Księga M – Peng Shepherd – recenzja

Upadek cywilizacji fascynuje i przeraża od dawna, jednak szczególnego wydźwięku nabiera w dzisiejszych czasach, w których jesteśmy od dobrodziejstw nowoczesności uzależnieni niemal całkowicie. Przypomnijcie sobie, co się działo, kiedy na parę godzin zabrakło Wam w domu prądu? Co byście zrobili bez stałego dostępu do wi-fi, bez supermarketów wypełnionych po brzegi gotowym jedzeniem? A przecież tak niewiele trzeba, by ludzkość upadła, a świat, który znamy przestał istnieć. Boimy się tego upadku, każdy z nas choć trochę. Dlatego tak chętnie sięgamy po historie postapo – by oswoić i nazwać nasze lęki. Ja też od czasu do czasu z przyjemnością zanurzam się w taką opowieść, a dziś mam dla Was bardzo ciekawą premierę w tym klimacie. Oto Księga Peng Shepherd, typowa powieść postapokaliptyczna, która zachowując wszelkie prawidła swojego gatunku jednocześnie zadziwia i zachwyca. Choć niestety nie jest pozbawiona wad.

Świat, jaki znaliśmy skończył się. Duża część ludzkości straciła swoje cienie, a wraz z nimi stopniowo znikała im też pamięć. Większość bezcienistych zginęła – zostali zabici przez przerażonych cienistych, zapomnieli jak się oddycha albo po prostu wyparowali. Zaś ci, którzy przeżyli i zachowali swój cień muszą mierzyć się z rzeczywistością, która przeraża – przeraża brakiem cywilizacyjnych uproszczeń, bezprawiem, zdziczeniem i ciągłym lękiem przed utratą cienia. Na takim świecie żyją Max i Ory – kochające małżeństwo, które ukrywa się w opuszczonym hotelu, położnym z dala od głównych dróg. Ich w miarę ułożona, monotonna egzystencja zostaje przerwana, gdy Max traci cień i pewnego dnia postanawia opuścić męża. Kobieta odchodzi, a jej jedynym bagażem jest podarowany przez Ory’ego dyktafon, na który nagrywa wszystkie swoje najważniejsze wspomnienia i opowiada o życiu w świecie po katastrofie. Ory bez zastanowienia wyrusza za ukochaną żoną i rozpoczyna wędrówkę przez dziki, dziwny świat, w którym od czasu do czasu ukojenie przynoszą plotki o Tym, Który Gromadzi – istocie rzekomo ratującej ludzkość przed bezcienistością. Równolegle poznajemy historią Raz – silnej łuczniczki, która opowiada o tym, co ją spotkało.

Albert Goodwin, Apocalyps

Księga M to powieść drogi – bohaterowie przemieszczają się i to wówczas dokonuje się w nich przemiana. To podczas podróży dzieją się rzeczy, które wpływają na osobowość i losy postaci, ale też podróż sama w sobie jest kluczem do ich przemiany. Tym bardziej, że świat po którym poruszają się Ory, Max i Raz jest przerażający, niebezpieczny i nieprzewidywalny, a zarazem zaskakujący i niezwykły. Peng Shepherd zachwyca oryginalnością pomysłu, jego baśniowością, tajemniczością. Bo w książce ludzie nie tylko masowo tracą swoje cienie (które okazują się być elementem niezbędnym do funkcjonowania – nośnikiem pamięci i tożsamości), ale też zyskują dar, jakim jest… magia i umiejętność deformowania rzeczywistości. To piękne i dość nietypowe dla gatunku postapo rozwiązanie, które prowokuje pytania, niepokoi i sprawia, że Księga M jest na swój sposób powieścią wyjątkową, czymś więcej niż tylko kolejną wciągającą fantastyką. Peng Shepherd zostawia czytelnika z licznymi wątpliwościami. Co sprawia, że jesteśmy sobą? Co czyni nas ludźmi? Ile można poświęcić dla miłości? I czy to właśnie miłość jest w stanie nas uratować? Czy nasze wspomnienia faktycznie są tylko nasze? Czy istnieje jakaś zbiorowa tożsamość o którą w chwilach kryzysu można się oprzeć? Do mocnych stron powieści zdecydowanie należy też zakończenie, które zaskakuje, zadziwia i zastanawia – zdecydowanie nie jest takie, jak byśmy chcieli. Księga M to powieść smutna, nostalgiczna i konfrontująca czytelnika z jego lękami.

Dmitriy Korzhev, Postapocalyptic suite

Niestety, są też momenty w których Księga M zawodzi – zdecydowanie nie jest to lektura idealna. A to co jest największą siłą powieści, czyli koncepcja bezcienistości, stanowi zarazem jej największy mankament. Świat, który stworzyła Peng Shepherd momentami bywa niespójny. Sporo jest nielogiczności w wykreowanej przez autorkę rzeczywistości. Nie chcę Wam spoilerować, więc nie będę się zagłębiać w temat, ale moim zdaniem cała konstrukcja oparta jest na podstawach, które nie trzymają się kupy, a konwencja przyjęta przez Shepherd jest przede wszystkim wygodna dla niej – da się w nią upchać każde fabularne ułatwienie. Teoretycznie można to tłumaczyć symbolicznym podejściem do tematu i pewną baśniowością, ale mnie to drażniło i psuło przyjemność z lektury. Lubię, kiedy wszystko się ze sobą zgadza 😉

John Martin, The Great Day of His Wrath

Największą wadą Księgi M jest jednak poprowadzenie fabuły. Niektóre fragmenty wciągają tak bardzo, że nawet nie zauważałam pochłonięcia kilkudziesięciu stron, a po nich następują inne – męczące i nudnawe. To literatura drogi, w której dzieje się dużo i niestety nie każda scena jest potrzeba, a nie każda historia niezbędna, by popchnąć akcję naprzód. Księga M to książka nierówna – raz fascynująca, a raz miałka. Na szczęście tych fascynujących fragmentów jest w niej więcej.


Księga M to niewątpliwie ciekawa, oryginalna powieść, która stara się dać czytelnikowi coś więcej niż tylko prostą rozrywkę. To taka literatura, która zostaje w nas i jeszcze długo po skończonej lekturze siedzi w głowie. To książka, która stawia pytania, męczy i nie daje o sobie zapomnieć. Niestety miejscami jest mocno przegadana i gdyby była o sto stron krótsza – działałoby to wyłącznie na jej korzyść. Polecam Księgę M Peng Shepherd wszystkim lubiącym nieoczywistą, frapującą prozę fantastyczną oraz tym, którzy szukają w książkach czegoś więcej niż tylko rozrywki. Mimo kilku jej wad, uważam, że warto ją przeczytać, bo w swoim smutku bywa naprawdę piękna.

Moja ocena: 6/10

PS Za możliwość przeczytania Księgi M dziękuję wydawnictwu Burda Książki.

Po więcej doskonałej fantastyki zapraszam tu:

Ursula le Guin Ziemiomorze

Jarosław Grzędowicz Pan Lodowego Ogrodu

Brandon Sanderson Droga królów

%d bloggers like this: