Przegląd oscarowy #2: trzy filmy o muzykach

Tegoroczne Oscary obrodziły w filmy w których muzyka i scena odgrywają kluczową, bądź istotną rolę. W najważniejszej kategorii nominowane zostały aż trzy obrazy opowiadające historie muzyków. Dla mnie to miód na serce, bo moim tajemnym, skrytym (i zupełnie niespełnionym!) marzeniem z dzieciństwa, było zostać wokalistką rockową. Taaak, teraz możecie się śmiać 😉 Niestety los poskąpił mi odwagi do publicznego śpiewania (na szczęście), a jeszcze bardziej poskąpił mi talentu (niestety) i dziś raczę występami mojego dzidziusia oraz – zdaje się – sąsiadów (jeśli jacyś sąsiedzi czytają tego bloga, to ja ich bardzo, bardzo przepraszam). Lubię też pośpiewać na całe gardło w samochodzie, a przede wszystkim kocham oglądać filmy muzyczne. Uwielbiam przeżywać drogę do sławy prawdziwych i wymyślonych postaci, po raz pierwszy wchodzić z nimi na wielką scenę, zdobywać szczyty i nagrody, a najbardziej uwielbiam kino w którym główną rolę gra pasja do grania i śpiewania. Dlatego tegoroczne nominacje są dla mnie wyjątkowo przyjemne w odbiorze i dlatego teraz przedstawię Wam aż trzy filmy o muzykach. Każdy z nich wart uwagi 🙂

Green Book, reż. Peter Farrelly

O co chodzi: Nowy York, początek lat sześćdziesiątych. Włoch Tony na kilka tygodni traci źródło utrzymania. Żeby wykarmić rodzinę podejmuje się bardzo nietypowej pracy – zostaje kierowcą oraz pomocnikiem wybitnego muzyka i rusza z nim w trasę koncertową po Amerykańskim południu. Szkopuł tkwi w tym, że artysta jest Afroamerykaninem, a jego trasa po południowych stanach USA będzie pełna przeszkód, rasizmu i agresji.

Czy warto: warto! Z kina wyjdziecie z szerokim uśmiechem na twarzy i ciepłem w sercu – choć nie ukrywam, że Green Book Was nie zaskoczy. Historia rodzącej przyjaźni Tony’ego i doktora Dona Shirley’a to film drogi, a jak to w porządnym filmie drogi bywa bohaterowie przechodzą przemianę i odnajdują w sobie rzeczy zupełnie niespodziewane. W ogóle Green Book to bardzo stereotypowe kino, które nie zaskakuje absolutnie niczym, a zarówno fabułę, jak i jej zakończenie można przewidzieć po pierwszych dwudziestu minutach seansu. Jednak ma też w sobie ogromnie dużo ciepła i uroku, za co w dużej mierze odpowiedzialni są odtwórcy głównych ról. Jestem ogromną fanką talentu i klasy Viggo Mortensena, który sprawdził się w filmie doskonale, podobnie jak partnerujący mu Mahershala Ali (obaj otrzymali za swoje role zasłużone nominacje). Green Book to historia, którą kupuje się w całości – trochę dlatego, że oparta jest na prawdziwych wydarzeniach, trochę dlatego, że jest po prostu dobrze zagrana i dobrze nakręcona.

Dla kogo: myślę, że dla wszystkich. To film, który z czystym sumieniem polecę każdemu, kto tylko ma ochotę na odrobinę optymizmu i iskrę dobra.

Moja ocena: 7/10

Bohemian Rhapsody, reż. Bryan Singer

O co chodzi: pełna rozmachu i muzyki opowieść o karierze jednego z najwybitniejszych (jeśli nie najwybitniejszego!) wokalistów wszech czasów – Freddiego Mercury’ego.

Czy warto: Bohemian Rhapsody to film, który zostanie zapamiętany przez widzów na długo. Przede wszystkim dlatego, że opowiada historię legendy, charyzmatycznego ekscentryka, który przyciągał i fascynował tłumy. Do tego pełen jest wspaniałych piosenek, które zna niemalże każdy (sama nie zdawałam sobie sprawy z tego, ile faktycznie Queen napisało hitów, dopóki nie usłyszałam ich wszystkich naraz). Oprócz tego jest to obraz sprawnie nakręcony, trzymający w napięciu, wzruszający, bardzo dobrze zagrany i … I tyle. Choć seans Bohemian Rhapsody dał mi dużo radości i przyjemności i choć wiem, że jest to kino, które zapadnie w zbiorową pamięć, to nie odnalazłam w nim nic głębszego, nic tak naprawdę wartego uwagi. Freddie Mercury został w nim pokazany w niezwykle pozytywnym świetle, zbyt pozytywnym. To tak ciekawa, tak wielowarstwowa postać, a więcej refleksji i zainteresowania wzbudza we mnie prosta notka biograficzna w Wikipedii niż film o jego życiu. To co kontrowersyjne zostało tu wygładzone, usprawiedliwione i zaokrąglone, ucinając tym samym jakąkolwiek głębszą analizę. Szkoda. No i jeszcze jedna sprawa! Rami Malek (nominowany, oczywiście!) zagrał doskonale, bez dwóch zdań, ale… On jest urodzonym Mickiem Jaggerem, zwłaszcza z długimi włosami! 😀

Dla kogo: dla każdego, kto poszukuje przyjemnej rozrywki w hollywoodzkim stylu. Dla fanów Queen i Freddiego. Dla tych, którzy lubią filmy pełne doskonałej muzyki i mają ochotę na spektakularne widowisko.

Moja ocena: 6/10

Narodziny gwiazdy, reż. Bradley Cooper

O co chodzi: Ally jest młodą piosenkarką – niezwykle utalentowaną i obdarzoną licznymi zaletami. Początek kariery nie jest jednak dla niej łatwy, branża muzyczna nie zauważa jej pięknego głosu i wielkiego serca do muzyki. Wszystko to zmienia się, gdy na jej drodze zjawia się podstarzały piosenkarz country. Parę szybko łączy wspólna pasja i wielkie uczucie.

Czy warto: no co my się tam będziemy oszukiwać… Narodziny gwiazdy to po prostu romans, bajka dla dorosłych na poziomie nieco wyższym niż Pretty Woman. Dobrze nakręcony, rozrywkowy film z wielkimi gwiazdami w rolach głównych. Ani to nie jest realistyczna opowieść o stawaniu się gwiazdą i o tym, jak bardzo sława potrafi zmienić człowieka, ani wnikliwe studium psychologiczne osób będących pod ciągłym ostrzałem mediów. Jednak jeśli podejść do filmu bez oczekiwań na wybitne, wnikliwe kino Narodziny gwiazdy okazują się być doskonałą, pełną emocji rozrywką. Kupuję w stu procentach Lady Gagę i Bradley’a Coopera (dwie nominacje aktorskie), którym udało się stworzyć naprawdę iskrzący duet. Kupuję tę historię, bo choć wszystko jest w niej naiwne i wyidealizowane, to jest na swój sposób piękna i wzruszająca. A ja po prostu lubię piękne i wzruszające historie 🙂

Dla kogo: dla fanów Bradley’a Coopera (ja!) i Lady Gagi (nie ja!), dla wielbicieli ckliwych romansów i chlipania w rękaw na koniec filmu. Dla każdego, kto lubi klasyczne hollywoodzkie kino, którego głównym zadaniem jest wzbudzić w widzu emocje. Dla tych, którzy mają ochotę posłuchać ładnych piosenek i poczuć sceniczne emocje.

Moja ocena: 7/10


Bohemian Rhapsody, Narodziny gwiazdy Green book to zdecydowanie obrazy przeznaczone dla masowego widza. Każdy z tych filmów jest inny, ale wszystkie łączy to, że są doskonałą rozrywką i świetnym sposobem na spędzenie wieczoru w gronie rodziny i przyjaciół. To dobre, doskonale zrealizowane kino, które emocjonuje, wzrusza i wciąga, ale też kino, które nie stawia głębokich i odważnych pytań. Czy to źle? Nie, bo to właśnie takich filmów publiczność potrzebuje najbardziej. Niemniej trzeba mieć świadomość, że w tym przypadku liczne Oscarowe (i nie tylko) nominacje nie idą w parze z wybitnością.

%d bloggers like this: