Jedyna historia, czyli moja nowa literacka miłość

Paul, jako dojrzały już mężczyzna, wspomina dawne uczucie oraz swoją najważniejszą opowieść – wieloletni związek ze starszą od siebie mężatką Susan. Tak zaczyna się Jedyna historia Juliana Barnesa – zdecydowanie najlepsza książka jaką przeczytałam we wrześniu, a może i w tym roku. Dlaczego? 🙂

Proza Barnesa jest bardzo dygresyjna, narrator co chwila zbacza z głównego wątku opowieści, by wtrącić swoje uwagi i przemyślenia. W ogóle fabuła jest w Jedynej historii najmniej istotna. Losy Paula i Susan są proste i można by je opowiedzieć w formie króciutkiego opowiadania. Ale właśnie te liczne wtrącenia i rozważania o życiu sprawiają, że to jest coś więcej niż tylko zwykły romans. To między innymi subtelność i precyzja w opisywaniu uczuć, przemyśleń i wrażeń Paula sprawia, że Jedyna historia nie jest banalnym harlekinem, a naprawdę dobrą i wartościową literaturą. Tym bardziej, że Barnesowi udało się odrzeć tekst z kiczu i truizmów o które przy tego typu książkach nietrudno.

Poza tym Barnes idealnie panuje nad swoimi słowami – każde zdanie jest ważne, każde zdarzenie czy przemyślenie może do nas jeszcze wrócić. Sporo jest też ironii, dystansu i chłodu w tej prozie. Niby to historia miłości, ale jest to miłość raczej stonowana, płynna, bez wielkich uniesień. Miłość, która jest procesem.

Może miłości nie da się uchwycić w definicji, może można ją uchwycić jedynie w historii.

Autor gra też z czytelnikiem zmieniając osobę narratora z pierwszoosobowego, w trzecioosobowego, który jednak nadal nie jest wszechwiedzący i przedstawia nam jedynie perspektywę Paula. Wraca też do zdań i drobnych zdarzeń, które opisał w tekście wcześniej i patrzy na nie na nowo, inaczej. Barnes mówi nam, że nic nie jest pewne, że to co myśli Paul wcale nie musi być prawdą, że nasze wrażenia, odczucia i wnioski, jakie wyciągamy z życia wcale nie są stałe, mogą się zmieniać, dojrzewać. Najciekawsze jest jednak to, że znamy wyłącznie perspektywę Paula. O Susan, która jest w moim odczuciu bardziej interesującą postacią, wiemy tylko tyle, ile opowiada nam narrator – dokładnie tyle, ile wie o niej Paul. Te wszystkie czynniki sprawiają, że Jedyna historia to powieść pełna znaków zapytania, w której autor bawi się z czytelnikiem, miesza mu w głowie i sygnalizuje ogromną subiektywność naszych odczuć, jednocześnie nie roszcząc sobie prawa do głoszenia prawd absolutnych. Bo prawda o życiu jest zmienna, w zależności od tego kto i kiedy na nie patrzy.

No właśnie. Dla mnie najciekawsze było to, co zakryte, czyli historia Susan. Czterdziestoośmioletniej kobiety, która porzuca niesatysfakcjonujące życie i ucieka od męża z ledwo co dorosłym kochankiem. Na Susan patrzymy wyłącznie oczami Paula, chłopca, który pod grubą warstwą ironii i dystansu chce po prostu czuć, ratować i troszczyć się. Przez to, że widzimy Susan przez filtr spojrzenia kochającego ją mężczyzny nie wiemy o niej tak naprawdę nic. Co sprawiło, że jej życie weszło na takie, a nie inne tory? Czy nigdy nie żałowała swojej decyzji? Dlaczego w ogóle się na nią zdecydowała? Pytań jest wiele, a odpowiedzi możemy dać sobie sami. Albo i nie.

Paul zaś jest postacią równie ciekawą, choć dla kontrastu on jest nam pokazany niemalże całkowicie. Znamy jego każdą myśl, każdą fałdę umysłu, każde zmarszczenie. Chyba. Bo może też wiemy tylko to, co Paul chce nam powiedzieć? W końcu ludzie nie są w stanie w pełni obiektywnie oceniać swoich czynów i emocji.

Ale nigdy nie zapominaj,nigdy paniczu. Każdy ma swoją historię miłości. Każdy. Taka historia mogła zakończyć się fiaskiem, uczucie mogło wygasnąć, mogło nawet nigdy do niczego nie dojść, wszystko mogło rozgrywać się w wyobraźni, ale to nie czyni jej mniej prawdziwą. Czasem nawet bardziej.

Pięknie opisana jest ta gra dwojga ludzi. Chłopaka i dojrzałej kobiety. Mężczyzny i zagubionej dziewczynki, która poplątała swoje ścieżki. Osoby o której wiemy wszystko i osoby o której nie wiemy nic. Żeby coś takiego tak napisać, trzeba być mistrzem.

Choć Jedyna historia to opowieść o miłości, to absolutnie daleko jej do banału i sztampy w jakie wpada zdecydowana większość fabuł o uczuciach. Tu miłość jest istotna, ale też stanowi pretekst do rozważań o dojrzewaniu, o ludzkim losie, o relacjach, o młodości. To historia o tym, co ustawia nasz los i co sprawia, że jesteśmy tym kim jesteśmy. I jako taka ma niezwykłą wartość, a prozę Barnesa można bez najmniejszych wątpliwości postawić na najwyższej literackiej półce. Barnes to mistrz, ja to już wiem. Ale w jego prozie jest jeszcze coś. Coś więcej.


Czytam wiele książek. Nie wszystkie kończę, a nawet gdy dotrę do ostatniej strony mam często mnóstwo zastrzeżeń, nawet jeśli dana pozycja obiektywnie mi się podoba. Wśród tych dziesiątek tomów, które pochłaniam w ciągu roku naprawdę rzadko trafiam na takie, które mnie zachwycą całkowicie. Co do których właściwie nie mam uwag. A już zupełnie sporadycznie trafiam na prozę, której dodatkowo wierzę w stu procentach. Prozę, która do mnie trafia, którą rozumiem i która rozumie mnie. Między mną, a książką rodzi się chemia i gdyby literatura mogła tworzyć związki międzyludzkie, to ja bym chciała za tę prozę wyjść za mąż. Fascynacja, zakochanie, zrozumienie, emocjonalna bliskość – to uczucia wykraczające daleko poza zwykłe pisanie o książkach. I Barnes mnie uwiódł. Uwiódł mnie stylem, uwiódł grą, jaką ze mną prowadził. Uwiódł mnie opowiadaniem o uczuciach w prosty, ale unikający banału i pospolitości sposób. Wreszcie uwiódł mnie zrozumieniem dla natury ludzkiej, jej zmienności i ułomności. Kocham pana prozę panie Barnes i pragnę wejść z nią w długoletni związek <3

Moja ocena: 8/10

%d bloggers like this: