Co przeczytałam na urlopie? Albo trzy książki po które warto sięgnać

Lato się kończy… A mi nawet nie jest specjalnie żal. Wygrzałam się, nasyciłam słońcem i zielenią. Teraz czekam na jesień. Na długie wieczory spędzane w towarzystwie grubych książek i seriali. Na wspólne kreatywne zabawy z Synem Wielce Wymownym i Królewną Ulewną (mam już cały karton gier, książek i akcesoriów!). Na jesienne, rozgrzewające potrawy, które będę gotować. Na studia podyplomowe, które zaczynam od października. No fajnie będzie, mówię Wam <3 Ale dziś jeszcze wspominam lato i trzy książki, które przeczytałam gdzieś pomiędzy plażą, jazdą samochodem i kiełbaską z grilla 😉 Oprócz tego powoli szykuję też taką mini-relację z naszych wakacji, bo odwiedziliśmy kilka naprawdę ciekawych miejsc i chcę się z Wami nimi podzielić. A potem zdecydowanie przechodzę już w tryb jesienny…

Latawiec z betonu Monika Milewska

O co chodzi: Lata siedemdziesiąte. Na gdańskim Przymorzu staje najdłuższy w Polsce budynek – falowiec. Jego konstruktor – Inżynier – wyrusza w pełną przygód i zadziwienia wędrówkę. Podróżuje między blokowymi klatkami jednocześnie przenosząc się w czasie w coraz bardziej odległą przyszłość. Aż do naszej współczesności.

Czy warto: mnie Latawiec z betonu zainteresował przede wszystkim ze względu na miejsce akcji. Chętnie sięgam po wszystkie lektury trójmiejskie, a budynek falowca zawsze mnie fascynował i brzydził jednocześnie. I o ile samego Gdańska w Latawcu jest tyle co nic, to już falowiec czytelnik może poznać do głębi. Dzięki Monice Milewskiej udało mi się spojrzeć na tego giganta w nieco inny sposób, poczytałam też trochę o le Corbusierze i na pewno w jakiś sposób mnie ta książka rozwinęła. Ciekawy jest też punkt wyjścia – Inżyniera poznajemy w momencie, kiedy falowiec zostaje oddany do użytkowania, a więc w pierwszej połowie lat siedemdziesiątych. I z jego perspektywy obserwujemy wszystkie zmiany, jakie zaszły w naszym kraju – aż do dziś. Patrzymy na teraźniejszość i przeszłość oczami osoby dla której wszystko jest zaskoczeniem, a to co nam wydaje się oczywiste, dla niego jest szokiem i czymś niewyobrażalnym. Fajne to zadziwienie i naprawdę dobrze się to czyta. Poza tym Latawiec z betonu to przyjemna i sprytnie napisana pozycja, ale na pewno nie jest to literatura, która powala na kolana i nie daje o sobie zapomnieć. Taka miła odskocznia od tradycyjnych, realistycznych powieści, krótka przygoda w najdłuższym polskim budynku.

Dla kogo: na pewno dla mieszkańców Gdańska dla których falowiec jest stałym elementem krajobrazu. Dla osób lubiących opowieści o polskiej przeszłości, klimat czasów komuny, realizm magiczny i … podróże w czasie 🙂

Moja ocena: 6/10

Kwiaty w pudełku. Japonia oczami kobiet Karolina Bednarz

O co chodzi: Kraj mangi, malowniczych buddyjskich świątyń, intensywnych szintoistycznych chramów i sushi. Poza tym tętniące światłami Tokio, egzotyka i ramen. Tak Japonia kojarzy się przeciętnemu odbiorcy kultury. Na szczęście Karolina Bednarz patrzy głębiej i próbuje opowiedzieć nam o tym państwie coś więcej, ukazać Japonię z perspektywy kobiet. A obraz który przed nami maluje okazuje się dość przerażający.

Czy warto: warto, ale… Czegoś mi w tej książce zabrakło, miałam wrażenie, że niektóre rozdziały są pisane jakby na siłę. Spodziewałam się zwięzłej i uderzającej opowieści o Japonkach i ich życiu, a dostałam dość niepełny obraz. Owszem, bohaterkami reportaży Karoliny Bednarz są kobiety, ale w kilku przypadkach płeć nie ma dla ich sytuacji większego znaczenia. Niektóre rozdziały, choć ciekawe, są doklejone jakby na siłę. Zdecydowanie zabrakło mi większej spójności i kilku opowieści uzupełniających ten kobiecy portret kraju.

Poza tym nie mam zastrzeżeń. Kwiaty w pudełku to bardzo dobrze napisana opowieść o Japonii, a także ciekawe, bardziej kobiece i feministyczne spojrzenie na ten kraj. Może nie jest to obraz kompletny, może momentami pisany nieco po wierzchu, ale na pewno wart przeczytania.

Dla kogo: dla czytelników lubiących dobre reportaże z egzotycznych stron świata. Dla każdego, kto uważa, że feminizm to fanaberia nieatrakcyjnych lesbijek i paranoiczek, żeby uzmysłowić mu, jak bardzo się myli i jak wiele jest jeszcze do zrobienia. Na świecie. I w Polsce.

Moja ocena: 7/10

Śleboda Małgorzata i Michał Kuźmińscy

O co chodzi: Antropolog Anka Serafin po latach ciężkiej walki o pozycję na uczelni postanawia pojechać na urlop. Kierunek: Tatry. Cel: podróż do krainy dzieciństwa, miejsca w którym spędzała w młodości każde wakacje. Kobieta jeszcze nie wie, że wspomnieniowa wizyta u kuzynki góralki przyniesie jej coś więcej niż przyjemne spacery po górach. A wszystko zacznie się, kiedy Anka w lesie znajduje rozszarpane przez niedźwiedzia ludzkie zwłoki.

Czy warto: warto! Śleboda to naprawdę ciekawa książka, idealna na urlop i jako odskocznia od codziennych obowiązków. Bardzo wciąga, czyta się ją lekko. Językowo jest bez zarzutu. Intryga też jest interesująca – przede wszystkim dlatego, że sięga do góralskiej kultury i tradycji. Bohaterowie są niebanalni, nieoczywiści, mają wady i nie zawsze dają się lubić. I dobrze, bo jeśli czegoś w książkach nie lubię to właśnie banału i przesłodzenia. W Ślebodzie na szczęście nie ma po nich śladu!

Dla kogo: dla każdego, kto lubi dobrze napisane kryminały z szybką akcją i ciekawym tłem obyczajowym. Dla miłośników góralszczyzny i niespełnionych etnologów (to ja! to ja!).

Moja ocena: 7/10


A Wy? Ile książek przeczytaliście w tym roku na urlopie? Trafiliście na jakieś super tytuły? Koniecznie się podzielcie!

  • U mnie urlop dopiero w październiku, także nie podzielę się wakacyjnymi lekturami;)
    Bardzo zainteresowała mnie „Śleboda”. Góry i kryminał? Dużo więcej mi nie potrzeba;)

  • Magda

    Hej, ale przecież – jesteś non stop na urlopie?

%d bloggers like this: