Hit i kit, czyli dwie dziecięce nowości od Wydawnictwa Nasza Księgarnia

Dwie nowości. Na każdą z nich czekałam z ogromną niecierpliwością. Obie są kontynuacjami serii, które u nas w domu wręcz wielbimy. Jedna z nich okazała się godną następczynią wcześniejszych tomów, a druga… Cóż… Druga zawiodła mnie ogromnie 🙁

Rok na targu Jola Richter-Magnuszewska

Oj. Ta książka to zdecydowanie kit 🙁 Bardzo dużo obiecywałam sobie po Roku na targu. W końcu z Synem Wielce Wymownym jesteśmy wiernymi fanami serii, mamy i lubimy każdą część. Jednak nie mogę Wam tej pozycji polecić – nad czym zresztą bardzo boleję. Bo podoba mi się w niej wszystko, poza jednym, niewielkim szczegółem. Ale ten szczegół jest na tyle istotny, że nie da się bez niego ocenić Roku na targu.

Rysunki są atrakcyjne. Może nie standardowo ładne, ale ilustracje Joli Richter-Magnuszewskiej do mnie trafiają. Są ciekawe i inne niż wszystko. A jedną z największych zalet tej serii jest właśnie pokazywanie dziecku różnych stylów plastycznych i zaznajamianie go z różnorodnymi formami estetycznymi. Zresztą Syn Wielce Wymowny dał ilustracjom swój znak jakości, bo już wiele razy przeglądał rozkładówki – są one dla niego czytelne i ciekawe. Sama tematyka też jest interesująca. Maluch może dowiedzieć się z niej co sprzedaje się na targu, jak zmienia się asortyment na poszczególnych stoiskach w zależności od miesiąca i pory roku.

No ale… skoro książka jest okej, ilustracje uważam za wartościowe, to dlaczego piszę, że jest to kit? Pewnie część z Was już wie dlaczego 😉 Chodzi oczywiście o negatywne postacie: Janusza i Grażynę. To para targowych cwaniaczków, stereotypowa aż do bólu zębów. Naciągają, zgapiają, są nieucziwi, brzydcy i głupi. No i ja się teraz pytam! Jak można, na litość wszystkich sił wyższych tego świata, publikować coś takiego w książce dla dzieci?!

Po pierwsze w ogóle nie uważam, żeby w tego typu pozycji potrzebny był czarny charakter. Sami tworzymy jej fabułę, sami decydujemy, jak będzie przebiegała opowieść. To doskonałe ćwiczenie dla wyobraźni – najpierw rodzica, a potem dziecka. I o ile jeszcze negatywny bohater taki jak Leśne Licho (postać z naszego ulubionego Roku w Krainie Czarów) ma jakiś sens, bo sprawia, że ilustracje są ciekawsze, a przy okazji można maluchowi wytłumaczyć czego robić nie wolno (Leśne Licho to taki rozbrykany, złośliwy trzylatek, wypisz wymaluj mój Syn Wielce Wymowny…), o tyle Janusze nie mają najmniejszego sensu.

Bo Janusze uczą dziecko patrzenia przez prymat stereotypów. Dają maluchowi jasny komunikat: tak wyglądają i zachowują się ludzie, których nie lubimy i nie szanujemy. Dres, klapki ubrane na skarpety, białe kozaczki i fryzura krótko z przodu, długo z tyłu to wyraźny sygnał, że ktoś chce nas oszukać, że ktoś jest nieuczciwy, gorszy od nas. Janusze uczą też dziecko nieufności i podejrzliwości. A na to kilkulatki jeszcze naprawdę mają duuuużo czasu. Zwłaszcza że w książce lekarstwem na pazerność okazuje się ziołowa mikstura, która zmienia Janusza i Grażynę nie do poznania. Zupełnie jak w życiu, prawda…?

No i na koniec. Serio? Śmiejemy się z imion? Przypisujemy im jakieś dodatkowe znaczenie? Uczymy dziecko, że imię Brajan jest głupie i pretensjonalne, Zdzisława brzydkie i staromodne, a Janusz obciachowe i związane z nieuczciwością? Wiecie dlaczego dzieci śmieją się z imion innych dzieci? Robią tak dlatego, że KTOŚ DOROSŁY im zasugerował, że dane imię jest z tych czy innych powodów niewłaściwe…

Ktoś powie a tam! To tylko mały fragment książki, a poza tym przecież taka jest rzeczywistość. Tacy krętacze istnieją naprawdę i wszyscy mówimy na nich JanuszeI tak, jasne, że istnieją. Tak, jasne, że tak mówimy. Sama tak czasami mówię (głównie autoironicznie, ale jednak). Mimo to nie uważam, żeby właściwe było umieszczanie ich w książkach dla kilkuletnich dzieci (ani też używanie takiego słownictwa przy dzieciach). Bo dziecko nie zrozumie ironii, nie zrozumie kontekstu, nie zrozumie uogólnienia, nie zrozumie żartu i mrugnięcia okiem. Dziecko nauczy się nietolerancji i stereotypowego patrzenia na świat. I naprawdę, to że coś istnieje, nie znaczy, że koniecznie musi trafić do książki dla dzieci.

Kupujcie więc Rok na targu na własną odpowiedzialność. Ja może jestem nieco przewrażliwiona, ale uważam, że to, co ląduje w głowie malucha zostaje w niej na całe życie. A książki mają nieść mądrość, piękno, dobro i naukę. Tak jak nie akceptuję serii o Tupciu Chrupciu (klik), tak nie akceptuję Roku na targu i Januszy. I aż mi szkoda, bo poza tym szczegółem, to jest naprawdę fajna pozycja. No ale ten jeden detal w tym przypadku zmienia wszystko.

Pucio na wakacjach Marta Galewska-Kustra

Jesteśmy z Synem Wielce Wymownym wielkimi fanami Pucia już od baaardzo dawna. Dla niewtajemniczonych – są tu tacy? 😉 – książki o Puciu i jego rodzinie to książki wspierające rozwój mowy u dziecka. Hubert kocha tę serię za prosto i przystępnie opowiedziane historie o codziennym życiu. Ja ją uwielbiam, bo łączy przyjemne z pożytecznym, a więc super rozrywkę z edukacją.

Pucio na wakacjach to już czwarta część przygód chłopca, skierowana do dzieci od lat trzech do sześciu – zdecydowanie jest to zakup na lata. Co prawda nie wiem, czy dla sześciolatka te historie nadal będą atrakcyjne, ale rozwój mowy będą wspomagać na pewno. Celem książki jest natomiast zabawa związana z artykulacją, a więc z umiejętnością prawidłowego wymawiania głosek.

Na początku znajdziemy długi wstęp, który przygotuje rodzica do pracy z książką. Na końcu zaś oprócz standardowej listy zwrotów, które dziecko powinno umieć wymawiać, jest zestaw ćwiczeń, które warto wykonywać, żeby mowa malucha rozwijała się jeszcze sprawniej.

Dla mnie największą wartością książki jest to, że w łatwy sposób można z nią zweryfikować czy dziecko potrzebuje konsultacji z logopedą. Bo przecież małe dzieci nie mówią jeszcze wyraźnie, wiele głosek w ich wykonaniu brzmi dziwnie, a rodzice nie zawsze wiedzą czy jest to jeszcze norma wiekowa czy już powód do szybkiej wizyty u specjalisty. Dzięki Pucio na wakacjach w prosty sposób możemy to sprawdzić! Pod każdą rozkładówką znajdują się wyrazy z zaznaczonymi na czerwono głoskami, które maluch powinien wypowiadać prawidłowo, pogrupowane w kategorie wiekowe. I ja już na przykład wiem, że mój Syn Wielce Wymowny doskonale radzi sobie zarówno z głoskami dedykowanymi trzylatkom, jak i z tymi dla czterolatków 😀 I mogę na wszelkie pasywno-agresywne złośliwostki typu no ja to bym z nim poszła do logopedy, bo mówi NIEWYRAŹNIE, które raz na jakiś czas słyszę od starszych członków mojej rodziny, odpowiadać, że chłopak ma prawo nie wymawiać dobrze r jeszcze baaaardzo długo 😉

Tyle w kwestiach edukacyjnych. A treść? Tu też jest fajnie! Fabuła jest jak zwykle bliska dziecku i jego emocjom. Tym razem Pucio wraz z rodziną udaje się na wakacje. Kąpie się w morzu i w jeziorze, zwiedza skansen, ma ochotę na lody i gofry i robi mnóstwo innych ciekawych rzeczy, takich jak jego rówieśnicy podczas urlopu. Ilustracje również trzymają poziom poprzednich części – jednych dorosłych zachwycą (mnie!), inni będą kręcić nosem, a dzieci będą po prostu zadowolone 🙂

Bardzo polecam Wam Pucia na wakacjach. Jeśli lubicie wcześniejsze tomy, ten też przypadnie Wam do gustu. A jeśli jeszcze nigdy nie czytaliście przygód Pucia (w co nie chce mi się wierzyć!), a macie dzieci w wieku przedszkolnym, to również biegnijcie do księgarni. Serio! Te książki to must have każdej dziecięcej biblioteczki!

PS Za możliwość przeczytania książek dziękuję Wydawnictwu Nasza Księgarnia.

  • My z Jasiem wyjątkowo „Pucia” jeszcze nie poznaliśmy, chociaż jesteśmy książkoholikami, ale chyba musimy to nadrobić. „Rok w…” uwielbiamy – szkoda tylko, że najnowszy tom odstaje poziomem.

    • Koniecznie! Dwie pierwsze części są dla maluszków, a kolejne już dla starszaków 🙂 A dzieciaki naprawdę kochają Pucia <3

  • Faktycznie, gdzieś mi mignęły te postacie Janusza i Grażyny z „Roku na targu”, ale dopiero teraz ogarnęłam o co chodzi…. I też mi się to nie podoba. Jeśli ktoś chciał wprowadzić negatywnego bohatera, można to było zrobić w inny sposób. Bo dzieci naprawdę nie zrozumieją kontekstu i nie do końca to do nich przemówi. Za to cieszy fakt, że ilustracje są piękne i nie odstają poziomem od całej serii.

    • Tak! Póki Wymownik nie umie czytać „Rok na targu” może stać na półce – do podziwiania ilustracji 😉

  • Karola

    Cześć .mam w domu trzylatka i sześciolatka i to co mogę powiedzieć od siebie to- Pucio jest wspaniały i interesuje zarówno trzy jak i sześciolatka 🙂 obydwaj uwielbiaja te książki 🙂

    • O! Dziękuję za komentarz, to cenna informacja 🙂 I mam nadzieję, że u nas też Pucio będzie w czytaniu jeszcze dłuuuugo <3

  • A lubicie „Rok w mieście”? ja byłam zdziwiona stylem ilustracji i nie wiem czy dzieci to łapią… U nas the best of jest jednak „Rok w przedszkolu”. Pucia przy następnej dostawie na pewno zamówimy, te książki są najlepsze <3

    • Ja uwielbiam „Rok w mieście”, ale byłam właśnie przekonana, że to w ogóle nie jest dla dzieci, a jeśli już to dla zdecydowanie starszych. Nawet tego Hubertowi nie proponowałam. Jakie więc było moje zdziwienie, kiedy parę miesięcy temu sam to wyciągnął z półki i czytaliśmy z jego inicjatywy kilka wieczorów pod rząd 😉 U nas „Rok w przedszkolu” jest chyba właśnie na ostatnim miejscu, bardzo rzadko do tej książki zaglądamy. Ale jak już czytamy to lubimy 🙂

%d bloggers like this: