Miasteczko z bajki – Dorota Gellner – recenzja

Dziś zdradzę Wam mój mały, recenzencki sekret! Wiecie co jest niezbędne abym uznała, że książka dla dzieci jest godna polecenia? Otóż musi ona zachwycić i mnie, i moje dziecko! Wiadomo, to, że mojemu synowi nie spodoba się jakaś książka nie jest równoznaczne z tym, że inne maluchy również ją odrzucą. Ludzie są różni, dzieci są różne i nie wszystko jest dla każdego. Niemniej, chcę Wam polecać wyłącznie pozycje, które otrzymają znak jakości i ode mnie, i od mojego Hubiego. Po prostu nie mogłabym napisać, że coś jest dobre, jeśli moje dziecko nie chciałoby tego czytać. To literatura dla niego, niejako razem ją recenzujemy i choć ja zajmuję się szczegółami, takimi jak treść i strona wizualna, to on ostatecznie wystawia książce gwiazdki 😉 Najbardziej lubię kiedy i ja, i Hubert mamy takie samo zdanie. Czasem jednak bywa inaczej…

Miasteczko z bajki od pierwszego wejrzenia mi się spodobało, a z każdą przejrzaną stroną podobało się coraz bardziej. Pełna nadziei pokazałam ją Synowi Wielce Wymownemu, ale on… cóż… ledwo rzucił na nią okiem i poszedł bawić się samochodami. Jasne, nie był to pierwszy raz, kiedy Wymownik olał jakąś książkę… Jednak taki zupełny brak zainteresowania zdarza mu się naprawdę rzadko. No cóż. Trudno. Wzruszyłam ramionami, odłożyłam Miasteczko z bajki na bok i pomyślałam, że mimo mojej aprobaty będę musiała Wam powiedzieć, że moje dziecko tej książki nie zaakceptowało. Szkoda, trudno, on tu jest decyzyjny. Jakie więc było moje zdziwienie, gdy dwa dni później wróciłam do domu z zakupów i zastałam moją ekipę zaczytaną właśnie w Miasteczku z bajki. Mój nieświadomy sytuacji mąż znalazł nową książkę na regale i zaczął po prostu czytać maluchom. I co? I bardzo polubił ją nie tylko Hubert, ale też Paweł i… Ulcia! Miasteczko z bajki trafiło do naszego stosu podręcznego i regularnie po nie sięgamy! Uffff! Teraz już mogę zachwalać tę książkę z czystym sumieniem! A uwierzcie mi, jest co chwalić.

Miasteczko z bajki Doroty Gellner to dwadzieścia jeden rymowanych historyjek o zwierzątkach i ich przygodach. Krótkie, zabawne bajeczki, których bohaterami są m.in. Kot, Jaszczurka, Ropuszki, Suseł czy Prosiak okraszone są ładnymi rysunkami ulic. Stworzenia wizualnej wersji miasteczka podjęła się Jola Richter-Magnuszewska.

Książka rekomendowana jest przez wydawnictwo dla dzieci w wieku od dwóch do czterech lat, ale ja nie do końca mogę się z tym zgodzić 😉 Moja czteromiesięczna Ulcia też bardzo chętnie słucha tekstów Doroty Gellner (w ogóle zauważyłam, że niemowlęta kochają wierszyki i to naprawdę od najwcześniejszych chwil). Miasteczko z bajki ma duże kartonowe strony z okrągłymi rogami, dzięki czemu uniknie aktów niszczenia i spokojnie można te teksty czytać uwielbiającym darcie papieru roczniakom. Ale nie da się ukryć, że dla mojego trzyletniego Huberta zarówno wierszyki, jak i ilustracje z ich poziomem skomplikowania są idealne i to właśnie takim maluchom polecam Miasteczko z bajki najbardziej.

A teraz czas na mój ulubiony aspekt książek dla dzieci, czyli ilustracje. A te autorstwa Joli Richter-Magnuszewskiej zachwycają. Nie rażą po oczach mocnymi kolorami, są raczej stonowane i wyciszające. Z drugiej strony pełne są szczegółów i ciekawych detali, które dziecko z rodzicem mogą stopniowo odkrywać. Możemy na nich śledzić zarówno zdarzenia, które mają miejsce w wierszykach Doroty Gellner, jak i losy bohaterów, które przez autorkę nie zostały opowiedziane. Dzięki temu Miasteczko z bajki można czytać na dwa sposoby – zarówno jako typową książkę z wierszykami, jak i podglądać na każdej stronie przygody ulubionej postaci. Dodatkowego smaku lekturze dodaje to, że na pierwszej stronie jest mapa całego miasteczka, a na kolejnych tylko jej powiększone części – dziecko może samo odkrywać, który fragment dużej mapy przedstawia konkretna ilustracja.


Miasteczko z bajki Doroty Gellner zdecydowanie dostaje nasz znak jakości! To ładna książka z uroczymi, zabawnymi wierszykami i ładnymi, niebanalnymi ilustracjami. Nada się zarówno dla maluszków, jak i dla dzieci nieco starszych. Naszej ekipie się baaaardzo podobało 🙂 Oboje słuchali wierszyków – Ulcia wczuwała się w ich rytm (nawet taki niespełna czteromiesięczniak może odnaleźć radość z czytania!), a Hubi zaśmiewał się z treści i z zaciekawieniem oglądał obrazki. A dowód macie na zdjęciach – zrobionych telefonem, totalnie przypadkowych i niepozowanych (co widać po piżamach, domowych strojach i przedwyjazdowym bałaganie w naszej sypialni). Po prostu – przyłapałam ich na czytaniu (oraz na próbach przewrotów z brzuszka na plecki) i błyskawicznie złapałam chwilę 😀

PS Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Papilon 🙂

Po więcej ciekawych książek dla dzieci zapraszam tu:

Paulina Wyrt Opowiem ci, mamo, co robią psy

Anita Głowińska seria o Kici Koci

Ola Woldańska-Płocińska Zwierzokracja

%d bloggers like this: