Dziecko dla odważnych – Leszek K. Talko

Od kiedy zostałam mamą lubię podglądać rodzicielstwo innych. Obserwuję różne kolorowe instamatki (szczerze, to sama nie wiem po co, bo zazwyczaj po takiej solidnej porcji instagramowej rzeczywistości czuję się ubogim, brzydkim przegrywem. I tak, wiem, że to wszystko kreacja na potrzeby zarabiania kasy, ale teoretyczna wiedza teoretyczną wiedzą, a życie życiem). Dlatego najchętniej czytam książki o rodzicielstwie. Nie poradniki (choć po te też czasami sięgam), ale właśnie opowieści – mniej lub bardziej prawdziwe – o zmaganiu się z, tą często niełatwą, rzeczywistością. Czerpię z nich inspirację, radość, ale też pociechę, bo choć naprawdę uwielbiam być mamą, to czasami moje dzieci dają mi mocno w kość. I już od dawna miałam w planach kultowe, humorystyczne felietony Leszka K. Talko zebrane w tomie Dziecko dla odważnych. Ostatnio wznowiło je Wydawnictwo Znak Emotikon, a ja skorzystałam z okazji i prędko zabrałam się za lekturę 🙂

O co chodzi?

Autor w felietonach opisuje życie swojej rodziny. On i jego żona Monika na co dzień prowadzą nierówną walkę o dominację i przetrwanie z dwójką dzieci o ksywach Pitu i Kudłata. Na przeszło czterystu stronach poznajemy niemalże każdy aspekt posiadania potomstwa, a wszystko to jest pokazane w krzywym zwierciadle i z olbrzymią dozą humoru.

Opowieści o Pitu, Kudłatej i ich mocno zagubionych rodzicach czyta się świetnie. Lekko napisane, są naprawdę śmieszne i miejscami bardzo, bardzo prawdziwe. Nie da się ukryć, że Leszek Talko bardzo ubarwia rzeczywistość (bo serio, daleka jestem od podejrzewania, że jego życie rodzinne naprawdę wyglądało tak dramatycznie), ale te wszystkie historie są jednak osadzone w realnym świecie i myślę, że większość rodziców odnajdzie w nich siebie i swoje dzieci. Ja wiele razy kiwałam głową i uśmiechałam się pod nosem, bo Pitu momentami do złudzenia przypominał mojego Syna Wielce Wymownego.

Ogromnym atutem książki są przeurocze, przezabawne i doskonale pasujące do tekstu ilustracje Kseni Potępy. Jednak najfajniejsze w tym zbiorze felietonów jest to, że stanowi on idealną…

…odtrutkę na przesłodzony instaświat

Dziecko dla odważnych było pisane w latach, kiedy nie istniał jeszcze ten koszmarny instaprzemysł, który robi matkom (mi też, mi też!) wodę z mózgów. Jednak nie znaczy to, że w tamtych zamierzchłych przedinstagramowych czasach nie było rodziców idealnych. Owszem, istnieli. A były to perfekcyjne sąsiadki, które miały CZAS. Czas na dziecko, dom, dbanie o siebie i samorealizację. To były wygładzone mamusie patrzące uśmiechniętym wzrokiem z kart babskich pism.

Ale dziś… Dziś jest jeszcze gorzej… Wzorcowe instamamy żyją w pięknych wnętrzach, jedzą codziennie jakieś super jedzenie, mają na sobie modne ubrania i MAKIJAŻ. A ich dzieci? Och! To jest dopiero coś. Ich dzieci są CZYSTE, mają porządek w pokojach, miłe uśmiechy i jakieś takie eleganckie zabawki…. Tja. Nie wiem, jak to wygląda u Was, ale w pewnym skromnym mieszkanku w Gdańsku życie kręci się wokół kup, wrzasków, permanentnego niewyspania oraz dość żałosnych prób mojej samorealizacji. Codziennością jest zero make upu i negocjacje. Tak. Negocjacje. Bo wiecie. Ja to po urlopie macierzyńskim idę do pracy do służb specjalnych. Jako negocjator ds. terrorystów. I jestem przekonana, że to będzie pikuś w porównaniu z codziennymi próbami namówienia trzylatka do spożycia kolacji. A drewniane, designerskie zabawki? Bo pęknę ze śmiechu! 😀 Mój trzylatek gardzi hipsterskim designem. Ba! Mój trzylatek gardzi zwykłym, kolorowym plastikiem z Chin. Mój trzylatek kocha za to siatki foliowe (do których pakuje swoje klocki lego, a następnie wynosi je do babci), drewniane łyżki i wszelkiego rodzaju śmieci, papierki, chusteczki. Oraz kontakty i kable, oczywiście…

Tak wygląda zwykłe życie z dziećmi i tak (a nawet dużo bardziej ekstremalnie, jak dla mnie nawet zbyt ekstremalnie, o czym za chwilę) opisuje codzienność z maluchami Leszek Talko. Na jego szyderczej drodze płonie wszystko. I dzięki temu oprócz przyjemnej rozrywki felietony te stanowią idealną odtrutkę na słodkie instabobaski. Swoimi prześmiewczymi historyjkami Leszek Talko mówi czytelnikowi: WYLUZUJ! Miej dystans. Może nie jest łatwo, ale nie jesteś i nigdy nie będziesz rodzicem idealnym. Przecież życie z dziećmi nie składa się z przesłodzonych obrazków i pseudomotywacyjnych tekstów, tylko zazwyczaj jest hardkorową przeprawą przez rzeczywistość. Piszę to ja, kobieta, która od dwóch nocy nie spała, bo kogoś bolał brzuszek (a przecież moja Królewna Ulewna co do zasady przesypia noce!). Kobieta, która już drugi raz w życiu ze łzami w oczach pożegnała ukochane sery i jogurty, bo jednak nietolerancja białka krowiego okazuje się być bardzo rodzinną przypadłością… Jednak…

Wszystko fajnie, ale…

Bo przecież zawsze musi być jakieś ale, prawda? 😉 No właśnie 😀 Dwie rzeczy w lekturze książki mi przeszkadzały i nie pozwalały cieszyć się nią w stu procentach. Po pierwsze: dzieci. Pitu i Kudłata to prawdziwe stwory z piekła rodem, nieletnie demony, przebiegłe bestie, które robią ze swoimi biednymi rodzicami dokładnie to, na co mają ochotę. Autor i jego małżonka zostali przedstawieni jako ludzie bezradni, nie potrafiący zaprowadzić podstawowego porządku i rządzeni przez parę ledwo odrośniętych od ziemi tyranów. Jasne, wiem, że to wszystko jest mocno przejaskrawione, a rodzicielstwo celowo zostało przedstawione w krzywym zwierciadle. Wiem. Nie zmienia to jednak faktu, że taki opis wychowywania dzieci zwyczajnie mnie irytował i parę razy miałam ochotę zrobić interwencję ala Super Niania. Bo choć ideałem rodzica nie jestem i czasem mam wrażenie, że bezradność to moje drugie imię, to jednak Pitu i Kudłata dają w książce takiego ognia, że najbardziej tolerancyjny rodzic dostaje drgawek 😉

Druga zaś kwestia jest taka, że Leszek Talko snuje jednak dość pesymistyczny obraz bycia rodzicem. Zbyt pesymistyczny, jak na mój gust. Owszem, tak jak pisałam, stanowi on piękną odtrutkę na irytująco idealny instaświat. Jednak paradoksalnie ten portret rodzicielstwa jest zdecydowanie przesadzony w drugą stronę. Tu nie ma czasu na czytanie i na rozrywki, a życie polega na obsłudze pary nadinteligentnych potworów (patrz punkt pierwszy). I znowu – wiem, że to kreacja, wiem, że życie rodziny Talków nigdy tak nie wyglądało, ale mam jakąś wewnętrzną blokadę, kiedy autor przestawia tylko negatywną stronę posiadania dzieci. Moje potomstwo też dają mi czasem w kość, no jasne. Choćby wczoraj zaliczyłam nieprzespaną noc z Królewną Ulewną, a następnie po dwóch godzinach snu (jeśli snem można nazwać drzemkę w najciaśniejszym kącie łóżka – Królowa, choć waży zaledwie 5 kg potrzebuje przestrzeni życiowej przecież!) musiałam zmierzyć się z trzylatkiem wyjącym bez powodu przez godzinę i w jakiś sposób wyprawić dziada do przedszkola. Jednak mimo takich zmagań i trudnych sytuacji żyje mi się całkiem nieźle i ta para małych śmieszków daje mi ogromnie dużo radości i energii. Tak jest przecież ze wszystkim w życiu. Na przykład, jeśli chodzisz do pracy, którą lubisz, to mimo to też zdarzają się trudne dni, kryzysy twórcze i psujące się komputery, prawda? Dlatego najbardziej cenię treści wyważone, historie opisujące zarówno radość, jak i trud bycia matką/ojcem. A tak mało jest miejsc w sieci, tak mało książek, które pokazuję tę prawdziwą stronę rodzicielstwa. Nie sztuczną i przesłodzoną, nie czarną, przerażającą i depresyjną, tylko po prostu rzeczywistą. U Leszka Talko jest bardzo zabawnie, ale to zazwyczaj śmiech przez łzy. Momentami trochę to zbyt straszne, jak na mój gust. Bo ja tam lubię być mamą 🙂


Dziecko dla odważnych to przede wszystkim pozycja dla rodziców, którzy lubią czasem spojrzeć na swoje życie z dystansem i przymrużeniem oka. Dla mam i ojców – tych aktualnych i przyszłych – jako odtrutka od różowej do bólu zębów instagramowej rzeczywistości. Dla każdego, kto ceni cięty dowcip i lekki styl, potrzebuje odstresowania, oderwania i odrobiny uśmiechu 🙂

Moja ocena: 6/10

PS Za książkę dziękuję Wydawnictwu Znak Emotikon 🙂

  • Miałam ogromne oczekiwania względem książek Talko – byłam przekonana, że mnie zachwycą, bo uwielbiam lektury traktujące o rodzicielstwie, które pokazują je w realny sposób. Jednak po „Dziecku dla profesjonalistów” zwątpiłam i odechciało mi się sięgać po kolejne jego utwory…

%d bloggers like this: