3 razy non-fiction, czyli na skróty przez przeczytane książki

Sporo ostatnio czytam literatury faktu i mam z tego naprawdę dużo frajdy 🙂 To zabawne, bo jeszcze dwa lata temu nie sięgałam po nią prawie wcale. Co się zmieniło? No cóż. Reportaże i gatunki pokrewne są po prostu modne, a ja tej modzie ulegam. Ale też najzwyczajniej w świecie się starzeję (tak, tak. Tu się nie ma co oszukiwać… Ostatnio zamarzyłam o pracy w ogródku…) i książki oparte na faktach sprawiają mi najwięcej przyjemności. Tak czy inaczej: czytam. I dziś mam dla Was solidną porcję non-fiction, którą połknęłam w ostatnich tygodniach! 3 książki: biografia, reportaż o mieście i coś pośredniego między esejem, reportażem, a rodzinnym wspomnieniem. Czy warto po nie sięgnąć? Oto odpowiedź!

Singer. Pejzaże pamięci Agata Tuszyńska

O co chodzi: jedna z ciekawszych polskich biografistek tym razem wzięła się za życie i twórczość Isaaka Bashevisa Singera, noblisty i jednego z niewielu światowej sławy pisarzy tworzących w jidisz.

Czy warto: po stokroć warto! To piękna, wciągają opowieść o życiu pisarza. To doskonale skonstruowana i uczciwie napisana biografia człowieka. Singer nie budzi sympatii i jego obraz wyłaniający się z książki jest raczej negatywny, ale Tuszyńska nie ocenia. Jest obiektywna, opiera się przede wszystkim na faktach, książkach Singera lub wypowiedziach osób, które z pisarzem miały styczność. Dzięki temu czytelnik sam może sobie wyrobić zdanie o tej dość specyficznej postaci. Dodatkowo Pejzaże pamięci są przetykane scenami z życia Żydów przed II wojną światową i w jej trakcie, tworząc fascynujący obraz świata, który odszedł w niepamięć. Tuszyńska rekonstruuje tę nieco magiczną rzeczywistość i faktycznie snuje przed czytelnikiem pejzaże pamięci. Piękna rzecz.

Dla kogo: dla miłośników cudnie opowiedzianych biografii. Dla poszukiwaczy żydowskiej kultury i tego świata, którego już nie ma. Dla tych, którzy lubią dobrą prozę. Dla fanów Isaaka Bashevisa Singera. Polecam!

Moja ocena: 8/10

Poznań. Miasto grzechu Marcin Kącki

O co chodzi: znany reporter Marcin Kącki tym razem pochyla się nad Poznaniem. W poznańskich domach szuka trupów w szafie i oskarża Kościół (o wszystko). Poza tym geje, pedofile i ta straszna mieszczańska mentalność.

Czy warto: nooo… nie. Zdecydowanie odradzam. Z dwóch powodów. Po pierwsze i przede wszystkim Poznań jest książką pisaną pod tezę. I o ile poprzedni reportaż Kąckiego o Białymstoku też był pisany pod tezę, to jednak dało się w tej książce znaleźć jakieś ślady obiektywizmu czy próby dojścia do prawdy o świecie. Tu niestety autor się nie patyczkuje i usilnie stara się zbudować przed czytelnikiem obraz prawicowego zaścianka, gdzie każdy szanujący się obywatel całuje raz w tygodniu arcybiskupi pierścień, wszystkie śmieci zamiata pod dywan i myśli schematami sprzed stu lat. Wiecie: zrobię reportaż o tym, jaki to Kościół jest zły, Poznań straszny, a prawica beznadziejna, teraz tylko muszę poszukać na to odpowiednich dowodów. A rozdział o Małgorzacie Musierowicz i Stanisławie Barańczaku jest po prostu podły, niesprawiedliwy i szukający sensacji na siłę. Ble! Poza tym książka jest nudna (serio, część fragmentów pominęłam, bo bym się chyba zaziewała). Jedyne ciekawe rozdziały to te o Poznańskich słowikach. A one – zdaje się (poprawcie mnie jeśli coś kręcę!) – pochodzą z wcześniejszej książki autora.

Dla kogo: w sumie to dla nikogo. Nie warto marnować czasu na słabe książki.

Moja ocena: 3/10

A co ja mam z tym wspólnego? Sacha Batthyany

O co chodzi: autor odkrywa historię swojej rodziny, która naznaczona jest przez straszną zbrodnię, obojętność, milczenie i w ogóle przez XX wiek. Batthyany próbuje odkryć, co on, człowiek z nowego pokolenia, zdawałoby się niedotknięty przeszłością, może mieć z tym wszystkim wspólnego.

Czy warto: i tak, i nie. Batthyany podejmuje bardzo ciekawy temat i idąc w ślady choćby Martina Pollacka, mierzy się ze zbrodniami swoich przodków. Stara się rozliczyć przeszłość, znaleźć odpowiedzi i pogodzić ze sobą. Sam pomysł jest interesujący, a książka istotna i nie operująca sensacją czy szokiem (a to przecież częsta przypadłość opowieści o tym trudnym, wojennym czasie). Niestety całość jest trochę nudna i przegadana. Niespecjalnie mnie wciągnęły te dociekania, nie znalazłam w nich nic świeżego czy poruszającego. Ale najgorsze jest to, że Batthyany ucieka momentami w taki banał, że aż bolą zęby. Także sami zdecydujcie czy warto 🙂

Dla kogo: dla osób interesujących się historią II wojny światowej, a także dla wszystkich, którzy wierzą, że zbrodnie naszych przodków, ich winy, lęki i obawy płyną w naszym krwiobiegu.

Moja ocena: 6/10

  • Oj, z tym obiektywizmem w „Białymstoku” Kąckiego nie przesadzałabym. Reportaż był dobrze napisany, ale mocno przesadzony. Autor chyba lubi na siłę wyciągać jakieś brudy, które nie zawsze mają coś wspólnego z rzeczywistością.

    • Dlatego piszę o „śladach obiektywizmu” 😉 Ale naprawdę „Białystok” to w porównaniu z „Poznaniem” szczyt reporterskiej rzetelności 😉

  • Mnie Kącki zniechęcił „Plażą za szafą” – bo oglądając na instagramie miałam dużą ochotę, zobaczyłam w bibliotece i… okazało się że reportaże dosyć powierzchowne, mimo że historie bardzo ciekawe. Więc już nie kontynuowałam współpracy z tym autorem 😉
    Bardzo lubię non-fiction , chociaż część ma tak przygnębiający charakter, że jednak trzeba mieć do tego odpowiedni nastrój.
    Mi się bardzo podobał „Nie przeproszę, że urodziłam” K. Domagalskiej, teraz słucham w audiobooku „Wszystkich dzieci Louisa” Kamila Bałuka – podobna tematyka, o metodach wspomaganego rozrodu – bardzo ciekawe, a nie przygnębiające.

  • Potwierdzam, że „Pejzaże pamięci” to piękna rzecz. 🙂 Czytałam je wiele lat temu i powypisywałam mnóstwo cytatów. A Singer istotnie nie wzbudza sympatii. Zarozumialstwo, egoizm, skąpstwo – to tylko niektóre z jego wad.

%d bloggers like this: