Rzeczy, których nie wyrzuciłem – Marcin Wicha

Popularne książki, o których jest głośno. Nagradzane książki. Polecane książki. Książki wymieniane, jako te najistotniejsze, najważniejsze. Jako te, których nie można przegapić. Te książki, które my – osoby zajmujące się literaturą, hobbystycznie czy zawodowo – powinniśmy bezwzględnie znać. Te książki, cóż… one nie zawsze są dobre. Ba! One często są naprawdę marniutkie, a ich popularność napędzana jest machiną promocyjną, znajomościami i nie do końca zrozumiałą modą. Dlatego zawsze sięgam po nie z lękiem. Bo wiem o tym wszystkim, wiem, że mogę się bardzo mocno rozczarować. Z drugiej strony jednak nadzieja na lekturę wybitną chyba nigdy mnie nie opuści. Więc wchodzę w nie, otwieram, podejmuję ryzyko. Często długo się ociągam, odkładam lekturę i czekam nie wiadomo na co. Tak. Tak właśnie było z Rzeczami których nie wyrzuciłem Marcina Wichy. Ale odważyłam się, przeczytałam dwie pierwsze strony. I wiecie co? Wsiąkłam w tę prozę całą sobą. Ufff 🙂

Rzeczy, których nie wyrzuciłem to bardzo krótka książka, taka to połknięcia w jeden wieczór. Owszem, chciałoby się ją dawkować po kawałku, ale to niemożliwe, bo nie da się jej odłożyć. Wicha opowiada o swojej zmarłej matce: o jej ukochanych książkach, o jej zwyczajach, o jej słabostkach. Pisze o rzeczach ważnych i o tych – tylko pozornie – nieistotnych. I robi to z niezwykłą klasą.

Bo opowiadanie o najbliższych ludziach, których już z nami nie ma, jest niezwykle trudne. Jak przedstawić ich wady, by uniknąć krytyki, jak opisać zalety, by uniknąć sentymentalizmu? Ja znam już odpowiedź – trzeba to zrobić dokładnie tak, jak zrobił to Marcin Wicha.Rzeczy, których nie wyrzuciłem wyłania się portret matki, która jest żywym, fascynującym człowiekiem. To osoba interesująca, ciekawa – ze wszystkimi swoimi słabostkami, niedoskonałościami, z całą siłą swojego charakteru i z ciężarem przeszłości.

Wicha jest mistrzem ciętej riposty, mistrzem słowa, mistrzem obserwacji i chwytania z codzienności tego co szczególne, wyjątkowe i piękne. Umie opisać miłość, czułość i przywiązanie bez śladu banału. Doskonale operuje językiem i dzięki temu dokonał czegoś niezwykłego: w mocno skondensowanej formie zawarł historię człowieka, fascynującą opowieść o życiu oraz treść, jakiej często brakuje w niejednym opasłym tomie. Każde słowo ma tu znaczenie i nic nie jest przypadkowe. Ta proza to taki minimalistyczny koncentrat, który doskonale rozpuszcza się w umyśle czytelnika i zamienia się w przepyszny, pełen niuansów, znaczeń i warstw sok. Tym właśnie jest minimalizm: czegoś (na przykład ubrań) jest bardzo niewiele, ale są tak mądrze i sprytnie dobrane, że spełniają swoją rolę lepiej niż niejedna przeładowana szafa. I taka właśnie jest proza Wichy – słów jest tu niewiele, ale przekazują wszystko to, co trzeba, by opisać człowieka i jego los. Piękne.


Rzadko trafiam na książki doskonałe, do których właściwie nie jestem w stanie się przyczepić. Takie, w których wszystko mi się podoba, które zachwycają mnie od pierwszego do ostatniego słowa. Rzeczy, których nie wyrzuciłem właśnie takie są – zakochałam się w tej lekturze bez pamięci i jestem absolutnie przekonana, że jest to książka wybitna. Zarówno na poziomie obiektywnym, językowym, kompozycyjnym, jak i tym dla mnie ważniejszym – subiektywno-emocjonalnym. Myślę też, że jest to jedna z naprawdę niewielu pozycji do których jeszcze na pewno wrócę. I to nie raz. Polecam, polecam, polecam.

Moja ocena: 10/10

%d bloggers like this: