Couchsurfing w Iranie – Stephan Orth

Jeśli czegoś mi teraz w życiu brakuje, to są to podróże. No cóż. Nie jestem typem hardkorowego rodzica, który bierze niemowlaka/roczniaka/dwulatka w góry albo na drugi koniec świata. To znaczy – bardzo chciałam być takim rodzicem, ale praktyka zweryfikowała teorię. Plany mam wielkie, pieniądze też by się jakoś znalazły, ale zawsze kończy się na wniosku, że my jeszcze się najeździmy, a Hubert bardziej skorzysta, jak pojedzie na tydzień nad polskie morze. Pewnie przy drugim dziecku będzie trochę inaczej, bo w końcu Syn Gryzak już będzie starszy i bardziej spragniony wakacyjnych emocji, a interesy dzieci trzeba w końcu równoważyć 🙂 Tak czy inaczej, z osoby, która nie bała się polecieć sama do Japonii, która jeździła parę razy do roku na krótsze lub dłuższe wycieczki, z osoby dla której sezon jesienno-zimowy był nudną udręką, zamieniłam się w piecucha, który przez ostatnie trzy lata był dwa razy na tygodniowych wczasach w Ustce, raz w agroturystyce na Kaszubach i na trzech (w porywach do czterech) weekendowych wypadach z mężem 😀 Nie narzekam, bo wiem, że to chwilowe, ale po cichu już planuję te szalony eskapady, kiedy dzieci będą starsze. W planowaniu zaś towarzyszą mi lektury, wiadomo! I dlatego chętnie sięgnęłam po Couchsurfing w Iranie, tak jak chętnie sięgam po każdą książkę, która opowiada o dalekich, nieznanych krainach.

Couchsurfing w Iranie Stephana Ortha to zapis kilkutygodniowej podróży autora przez Iran – kraj o którym przeciętny Europejczyk wie tak naprawdę niewiele. Owszem, znamy fakty, pamiętamy o rewolucji. Kojarzymy takie hasła, jak islam, fundamentalizm religijny, reżim, broń atomowa, wojna. Co jednak wiemy o ludziach, którzy tam mieszkają? Czy wszyscy Irańczycy to fanatycy w pełni oddani władzy i religii? Kim są, co lubią robić na co dzień? Jak spędzają wolny czas? Jak mieszkają? Niemiecki podróżnik i dziennikarz Stephan Orth postanowił na własnej skórze sprawdzić, jak wygląda prawdziwe, (nie)codzienne życie Persów, spakował plecak i korzystając z couchsurfingu (który w Iranie jest zakazany!) zjechał ten kraj wzdłuż i wszerz.

Dwa miesiące pobytu w „państwie zbójeckim”, wywczasy na „osi zła”. Bawię się w urlop tam, gdzie inni bawią się w dyktaturę. Nie będę przemierzał kraju z zachodu na wschód, z północy na południe albo kierując się listą miejsc, które według przewodnika trzeba koniecznie zobaczyć. O tym, gdzie się znajdę, zadecydują ludzie. (…) Moim celem jest asymilacja.

Couchsurfing w Iranie czyta się przyjemnie i ciekawie. Książka pełna jest interesujących detali – razem z autorem wchodzimy do irańskich domów, jemy codzienne potrawy, pijemy (zakazany!) alkohol, bawimy się, zwiedzamy zabytki, podziwiamy przyrodę, wdychamy skażone, pełne smogu powietrze. Należy jednak pamiętać, że Couchsurfing w Iranie to typowa relacja z podróży, pełna subiektywnych obserwacji autora, jego uczuć i emocji. Niby sporo jest tu o ludziach, ale Stephan Orth patrzy na tych ludzi przez swój pryzmat. 

I jeszcze jedna kwestia nie pozwala mi spojrzeć na Couchsurfing w Iranie, jak na książkę, której głównym bohaterem są przede wszystkim kraj i jego mieszkańcy. Bo chociaż autor jeździ niemalże po całym Iranie, to jednak w czasie swojej wędrówki poznaje niemalże wyłącznie osoby skupione w środowisku couchsurferów. A więc osoby odważne, co do zasady młodsze, niepokorne, ciekawe świata, a przede wszystkim liberalne i elastyczne. Wiecie, sama siebie uważam za człowieka raczej nowoczesnego, ale idea couchsurfingu do mnie nie przemawia. Obcy człowiek w domu? Brrr! Spanie gdzieś, nie wiadomo w jakich warunkach, nie wiadomo u kogo? Nie! A co, jeśli gospodarz okaże się fanem i wiernym naśladowcą Hannibala Lectera?! Albo seksualnym zboczeńcem? Albo – najgorzej – będzie nudziarzem?! No dobra. Wiem, że to głupie myślenie, ale ja po prostu wolę hotele. Z całą świadomością tego, ile tracę rezygnując z bezpośredniego i bliskiego kontaktu z miejscowymi. Swoją drogą, wśród moich znajomych niewielu jest (bardzo niewielu!) odważnych, którzy decydują się na przygodę z couchsurfingiem. A jeśli mieszka się w państwie, które na couchsurfing nie pozwala? W państwie w którym za najmniejsze potknięcia grożą surowe represje, włącznie z karami fizycznymi? Sami przyznacie – irańscy couchsurferzy to muszą być naprawdę wyjątkowi, hardkorowi ludzie. A takich ludzi jest niewielu w każdym kraju i co do zasady stanowią jego margines, a nie serce i esencję.

Z drugiej strony couchsurferów w Iranie wcale nie jest mało, a sam fakt, że istnieją, pokazuje, że nie jest to kraj jednolity i oczywisty. Że ma warstwy, a to co wiemy o nim z mediów bywa przekłamane. Jednak nawet autor przyznaje, że tak naprawdę poznaje tylko wycinek rzeczywistości, skrawek, który może stanowić co najwyżej uzupełnienie wiedzy o tym świecie, może wstęp do pogłębionych badań, ale na pewno nie kompleksowy obraz państwa. Czytając Couchsurfing w Iranie warto o tym pamiętać i nie traktować przedstawionych w nim Irańczyków, jako wzorcowych obywateli tego państwa, ale raczej jako dającą nadzieję na lepsze jutro awangardę.


Couchsurfing w Iranie. (Nie)codzienne życie Persów Stephana Ortha to ciekawa i jedyna w swoim rodzaju relacja z podróży. Z pewnością spodoba się każdemu, kto marzy o egzotycznych wypadach w miejsca nieoczywiste, a także osobom, które interesują się tym regionem świata. Ale co najważniejsze – książka łamie stereotypy i pokazuje, że Iran może nas jeszcze zaskoczyć.

Moja ocena: 6/10

Po więcej egzotycznych podróży zapraszam tu:

Piotr Ibrahim Kalwas Egipt: haram halal

Jacek Pałkiewicz Menu świata

Paulina Wilk Lalki w ogniu

  • „Należy jednak pamiętać, że Couchsurfing w Iranie to typowa relacja z podróży, pełna subiektywnych obserwacji autora, jego uczuć i emocji. Niby sporo jest tu o ludziach, ale Stephan Orth patrzy na tych ludzi przez swój pryzmat.” Brzmi jak lekko zawoalowana przygana, albo to tylko moje odczucie. Czy z wieloma opiniami autora się nie zgadzałaś?
    Couchsurfing jest totalnie nie dla mnie, ja sie krępuję „podsypiać” bokiem u ciotków, czy znajomych, a co dopiero u obcych ludzi. Równie niechętnie przyjmuję gości, o ile nie są to bliskie mi osoby. Ale właśnie dlatego, że to totalnie nie dla mnie, chętnie przeczytałabym tę książkę, bo na pewno będzie kontrastować z moimi własnymi odczuciami. No i egzotyką miejsca…
    A co do podróży… masz rację, jeszcze się najeździcie, niech szkraby trochę podrosną.

    • NIe, to nie miała być przygana, a raczej ostrzeżenie 🙂 Ale przyznaję, że wolę książki bardziej skupione na opisywanym miejscu 😉

%d bloggers like this: