W linii prostej – Damien Boyd – recenzja

Jesień i zima to dla mnie zdecydowanie sezon na kryminały! Lubię ten gatunek i sięgam po niego przez cały rok, ale to właśnie te mroczne i pochmurne miesiące są okresem, kiedy kryminałami się zaczytuję najchętniej. W tym roku mam w planach wiele ciekawych pozycji i nazwisk, na liście są między innymi Wojciech Chmielarz, nowy Krajewski, Wiara Anny Kańtoch i Gaja Grzegorzewska. No cóż… zobaczymy co z tego wyjdzie, bo niestety nadal czytam w tempie bardzo żółwim i mogę się nie ogarnąć ;). Niemniej pierwszą jesienno-kryminalną pozycję mam już za sobą, a Was mogę zaprosić do przeczytania recenzji 🙂 Oto W linii prostej Damiena Boyda, czyli zbrodnicza historia rodem z wysp brytyjskich.

O co chodzi?

Na południu Anglii, w hrabstwie Somerset dochodzi do dramatycznego wypadku. Podczas wspinaczki w wąwozie Cheddar, na niezwykle ambitnej trasie, życie traci wirtuoz tego sportu – Jake Fayter. W pewnym momencie rozwiązują się asekurujące go liny i pozbawiony ochrony mężczyzna spada z ogromnej wysokości. Początkowo wydaje się, że w tej śmierci nie ma niczego niezwykłego, jednak kiedy sprawie zaczyna przyglądać się komisarz Nick Dixon, który w przeszłości był partnerem wspinaczkowym zmarłego, pojawiają się coraz liczniejsze pytania i wątpliwości. Czy tragiczny zgon Jake’a Faytera rzeczywiście był tylko nieszczęśliwym wypadkiem i wynikiem zaniedbania? A może cała sprawa ma jednak drugie dno?

Klasyczny kryminał

W linii prostej to typowy, dość prosto skonstruowany kryminał. Są tu więc zagadka i cała masa stopniowo odkrywanych tajemnic i sekretów. Krąg podejrzanych jest stosunkowo wąski i dzięki temu czytelnik może typować winnego i próbować samodzielnie dochodzić do rozwiązania. Damien Boyd podrzuca nam liczne tropy, fałszywe wątki, by na końcu zaskoczyć i zadziwić, a w finale powieści rozwiać wszelkie wątpliwości. Konstrukcja, jak w klasykach Agathy Christie. Akcja toczy się w dość umiarkowanym tempie, nie pędzi jak szalona, ale też posuwa się naprzód równo i systematycznie. Nie ma tu rozbudowanej warstwy obyczajowej, ani zbędnego psychologizowania. Po prostu: mamy zagadkę, mamy interesujacego detektywa, mamy rozwiązanie. Książka jest też bardzo krótka, bo można ją przeczytać dosłownie w jeden wieczór, co również upodabnia ją do klasycznych powieści kryminalnych sprzed lat.

Dobra powieść, tylko…

W linii prostej nie ma właściwie większych wad. Książkę czyta się szybko i przyjemnie, fabuła jest prawidłowo skonstruowana i wiarygodna, podobnie jak bohaterowie. Język przyzwoity, a – jak już pisałam wyżej – reguły kryminału zachowane. Czyli niby wszystko jest na swoim miejscu, niby wszystko jest okej, ale… wciąż czegoś brakuje. I nawet wiem czego W linii prostej ma zbyt mało: emocji. Emocji, które są tak niezbędne do napisania powieści poruszającej czytelnika do głębi. U Damiena Boyda po prostu ich brakuje. Zbrodnia jest letnia, bohaterowie też i czyta się to wszystko dobrze i przyjemnie, ale szczerze mówiąc, równie łatwo się o tej książce zapomina. Mam nadzieję, że następne części (bo przecież jeszcze nie pisałam, że W linii prostej jest pierwszą częścią cyklu o komisarzu Dixonie!) rozkręcą trochę związek czytelnika z bohaterami, a przede wszystkim z samym Dixonem. Liczę na to, że tak! Zwłaszcza że jest jeszcze jedna rzecz, która mnie w tej powieści urzekła, a jest to…

Przyroda i angielska prowincja

Znacie serial Broadchurch? Kiedy czytałam W linii prostej cały czas miałam przed oczami kadry z tej, skądinąd bardzo dobrej, produkcji. I jak się okazało – moje przeczucia były słuszne, bo zarówno fabuła Broadchurch, jak i W linii prostej rozgrywa się na południu Anglii, w hrabstwie Somerset. A tam jest tak dziko i pięknie! Mroczne, tajemnicze morze, plaże pełne stromych klifów, a w przypadku W linii prostej dochodzi jeszcze niesamowity wąwóz Cheddar, który jest tłem dla dużej części akcji. Do tego atmosfera angielskiej prowincji, gdzie wszyscy się znają, a czas nie pędzi do przodu jak szalony, tylko płynie sobie własnym rytmem, co odbija się nie tylko na codzienności, ale nawet na pracy policji. No przyznajcie, dla takich smaczków warto sięgnąć po tę powieść.


W linii prostej to lekki, odprężający, przyzwoicie napisany kryminał, który zadowoli wielbicieli klasycznych powieści detektywistycznych. Trochę zabrakło mi w nim emocji, ale spędziłam z nim naprawdę przyjemne chwile i będę wypatrywać kolejnych tomów przygód komisarza Dixona. Nie ma może w tej książce niczego rewolucyjnego, ani wyjątkowego, ale jako przerywnik i towarzysz miłego jesiennego wieczoru pod kocem sprawdzi się idealnie.

Moja ocena: 6,5/10

PS Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Editio Black.

Po więcej kryminałów o klasycznej konstrukcji zapraszam tu:

Arthur Conan Doyle Pies Baskerville’ów

Marcin Wroński Morderstwo pod cenzurą

Agatha Christie I nie było już nikogo 

%d bloggers like this: