Wchodzi koń do baru – Dawid Grosman – recenzja

Dawid Grosman już od bardzo dawna był na mojej liście autorów, których książki muszę przeczytać koniecznie. A sami wiecie najlepiej, jak to z takimi listami bywa – puchną, puchną i tak naprawdę rzadko kiedy udaje się nadrobić zaległości 😉 Na szczęście jego najnowsza powieść Wchodzi koń do baru zdobyła The Man Booker International Prize i tym samym zwróciła uwagę czytelników na całym świecie, a ja miałam doskonały pretekst, by przepchać Grosmana na początek listy przeczytam kiedyś.

Wchodzi koń do baru

W mieście Netanja rozpoczyna się przedstawienie. Na scenie występuje komik, artysta, wirtuoz stand-up comedy Dowale G. Publiczność, nastawiona na rozrywkę, ostry, wulgarny dowcip i salwy śmiechu jeszcze nie wie, że właśnie ten wieczór Dowale wybrał, by ostatecznie zmierzyć się ze swoim życiem i przeszłością. Wchodzi koń do baru Dawida Grosmana to krótka powieść, która ma zaledwie 240 stron i pozornie nie dzieje się w niej nic szczególnego. Ot, komik opowiada na scenie żarty, wtrącając co jakiś czas smutne historie ze swojego życia. Jednak to tylko pozory, bo ta książka ma czytelnikowi bardzo wiele do zaoferowania.

Tym, co najbardziej wyróżnia powieść Grosmana, jest minimalizm. Akcja rozgrywa się w ciągu jednego wieczoru, na oświetlonej reflektorami scenie, wśród publiczności – rozbawionej, zniesmaczonej, zawiedzionej, zafascynowanej. Tekst książki zaś to po prostu sceniczny monolog głównego bohatera oraz wewnętrzne rozważania i wspomnienia jednego z zaproszonych na przedstawienie gości. Niewiele tu opisów, dużo zaś retrospekcji, analizy i wnikania wgłąb samego siebie, sporo też gorzkiego, ostrego humoru, który stanowi doskonałe uzupełnienie rozważań i wspomnień bohaterów. Kolejną kwestią wartą uwagi jest atmosfera książki. Grosmanowi idealnie udało się odtworzyć klimat scenicznego, stand-upowego występu, gdzie światła skupiają się na jednej osobie, czasem tylko zbaczając gdzieś w bok. Reszta jest przydymiona, niewidoczna, znana jedynie ze swoich werbalnych reakcji.

Wchodzi  koń do baru to przede wszystkim książka o człowieku, który u kresu swojej drogi postanawia rozliczyć się z życiem, dokonać spowiedzi i zrzucić z siebie ciężar. To niesamowicie wnikliwie i dokładnie skonstruowany portret rozdartego przez los mężczyzny. W tej historii nie ma fajerwerków, wielkich sekretów i banalnych wybuchów namiętności, są za to ukryte pod cyniczną maską emocje, tęsknota i wyrzuty sumienia. Jest tu też całe morze samotności, smutku i dziedzictwa Holocaustu. I co tu dużo mówić – Wchodzi koń do baru to powieść i smutna, i trudna, i zdecydowanie nie dla każdego. Ta historia ma wiele warstw, a w pozornej prostocie i krótkiej formie odnaleźć można mnóstwo znaczeń. Myślę, że Grosman zdobył tak ważną literacką nagrodę dlatego, że udało mu się w niewielu słowach zamknąć maksimum treści i w ten sposób stworzył powieść, która naprawdę potrafi wstrząsnąć czytelnikiem.

A co myślę ja?

Hmmm. Zawsze dziwnie się czuję, kiedy piszę o książce, która jest obiektywnie dobra czy nawet wybitna, a mi zupełnie nie leży. No bo jak to tak? Jednak już na początku mojej drogi z blogowaniem założyłam sobie, że pisząc o literaturze będę ją przedstawiać obiektywnie i rzetelnie, ale zawsze też podzielę się moimi osobistymi i intymnymi wrażeniami z lektury. A wbrew pozorom te dwa aspekty mówienia o książkach wcale nie muszą iść w tym samym kierunku. Tak jest właśnie w tym przypadku – Wchodzi koń do baru to pozycja naprawdę warta uwagi, jednak, jeśli mam być szczera, to mnie mocno wymęczyła. Wynika to przede wszystkim z tego, że ja jestem jednak człowiekiem epickiej, grubej powieści, pełnej opisów, detali i wydarzeń, a po minimalistyczne lektury sięgam raczej rzadko i bardziej z ciekawości, niż z potrzeby serca. Poza tym jest to książka trudna, pełna odcieni, warstw i niuansów, a jej właściwa lektura wymaga wysiłku intelektualnego. To już zazwyczaj lubię, ale co ja Wam tu będę ściemniać – sierpień był dla mnie miesiącem tak trudnym, tak pełnym różnego rodzaju stresów i dolegliwości, że nie miałam siły na nic, a już tym bardziej na ambitne książki. W ogóle ciężko mi było czytać. Stąd cisza na blogu, która na szczęście powoli się kończy, bo i ja powoli wracam do normalnej wersji siebie. Przechodząc jednak do meritum – po prostu Wchodzi koń do baru to nie jest typ literatury, który kręci mnie najbardziej, a moment na czytanie wybrałam wybitnie niesprzyjający. I dlatego jakoś nie mam już ochoty na więcej powieści Grosmana (swoją drogą, pewnie bardzo się mylę).


Wchodzi koń do baru to książka dla wyrobionych i doświadczonych czytelników, którzy lubią ascetyczne w formie opowieści i podróże wgłąb psychiki bohaterów. Jeśli szukacie ambitnej, wielowymiarowej, oryginalnej lektury, to nagrodzona tegorocznym Międzynarodowym Bookerem pozycja powinna Was zadowolić. Jeśli zaś marzy Wam się pełnokrwista powieść, pełna bohaterów i wciągających historii – to nie ten adres.

Moja ocena: 8/10 (mimo wszystko doceniam kunszt Grosmana 😀 )

PS Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Świat Książki.

Po więcej ambitnych powieści zapraszam tu:

Abe Kobo Kobieta z wydm

Lutz Seiler Kruso

Zofia Posmysz Wakacje nad Adriatykiem

  • Ja też jestem, jak to idealnie określiłaś, „człowiekiem epickiej, grubej powieści, pełnej opisów, detali i wydarzeń”, jednak czasem potrzebuję też minimalizmu. Po ambitną literaturę również zdarza mi się sięgać, jednak dawkuję ją sobie oszczędnie, bo jeśli do mnie trafi, to mam po niej gigantycznego kaca książkowego. Tak, że może za jakiś czas, kiedy jeszcze trochę dorosnę, sięgnę po twórczość Grosmana 🙂

    • Warto mieć gdzieś z tyłu głowy to nazwisko, bo Grosman pisze naprawdę świetnie 🙂 I przybijam grubopowieściową piątkę 😀

%d bloggers like this: