Tajemnica wyspy Flatey – recenzja

Okładka obiecuje tajemniczą, nastrojową zagadkę i fascynujące godziny spędzone na smaganej wiatrem islandzkiej wyspie. Tytuł kusi północną, mroczną prostotą. Tak, ta książka wydaje się mieć w środku wszystko to, co my – polscy czytelnicy – tak bardzo kochamy. Skandynawię i kryminał. Pewnie dlatego, kiedy podczas lektury pokazywałam ją Wam w mediach społecznościowych, tak często o nią zagadywaliście 🙂 Recenzja pisała się jednak długo, bo wakacje i zdrowie nie pozwalają mi ostatnio na większą efektywność, ale oto jest: Tajemnica wyspy Flatey Viktora Arnara Ingolfssona i moja odpowiedź na pytanie, które zadaliście mi już parokrotnie. Czy warto sięgnąć po tę książkę?

Lata 60-te. Życie na niewielkiej islandzkiej wyspie Flatey biegnie powolnym, podyktowanym porami roku i pogodą rytmem, aż do chwili, gdy mieszkańcy tej małej społeczności odkrywają na jednej z przyległych wysepek zwłoki. Jak się tam znalazły? Dlaczego? I do kogo należą? Na te pytania spróbuje odpowiedzieć między innymi Kjartan, przedstawiciel prefekta. Dodatkowo szybko okazuje się, że nad całą sprawą unosi się duch starych, wikińskich legend opisanych w Flateyjarbok, a sama księga może mieć niebagatelne znaczenie dla rozwiązania zagadki.

Przejdę od razu do konkretów i spróbuję odpowiedzieć na pytanie: czy warto sięgnąć po Tajemnicę wyspy Flatey? Noooo… I tu zaczynają się schody, bo odpowiedź nie jest wcale taka jednoznaczna. Do tego stopnia, że posłużę się tu moim ulubionym prawniczym tekstem: to zależy 😉 Powieść Viktora Arnara Ingolfssona to przyzwoicie napisana, nastrojowa i nieco poetycka pozycja, która zabiera czytelnika w świat dzikiej, nieposkromionej przyrody, krystalicznego powietrza i mrocznego morza. To piękny portret życia na niemalże odciętej od świata wyspie i ciekawa podróż wgłąb skandynawskich legend. Jest to z pewnością dobra i ciekawa książka, którą będę Wam polecać. Tylko czy dobra książka automatycznie oznacza dobry kryminał?

No cóż. Nie oznacza. W Tajemnicy wyspy Flatey kryminalne emocje są dość letnie. Zupełnie nie wciągnęła mnie zagadka, a do książki wracałam wyłącznie po to, by poczuć mglisty, wyspiarski, tajemniczy klimat. Kto zabił i dlaczego było mi tak naprawdę obojętne. W ogóle miałam cały czas wrażenie, że intryga jest tylko pretekstem do zanurzenia się w legendach wikingów i atmosferze dzikiej krainy, co dość dobitnie potwierdziło zakończenie. Nie będę Wam wiele zdradzać, powiem tylko, że to nie jest powieść dla poszukiwaczy sensacji. Brakuje tu suspensu, emocji, a zazwyczaj niezwykle smakowite sekrety małej społeczności tu właściwie nie występują. Nie ma też żadnego bohatera, z którym można się utożsamiać, żadnego, któremu moglibyśmy naprawdę kibicować – książka ewidentnie opowiada o wyspie, jej mieszkańcach i ich codziennym, prostym życiu.

Dlatego też miałam na początku dość duży problem z lekturą, bo spodziewałam się raczej czytadła, klasycznej zagadki obtoczonej w skandynawskich klimatach, a dostałam piękną, momentami nostalgiczną powieść, pełną skrzeku mew, szumu morza i twardych ludzi, dla których skąpane w tłuszczu focze mięso to najwspanialszy przysmak. Dopiero kiedy zrozumiałam w czym tkwi urok Tajemnicy wyspy Flatey udało mi się wpaść w tę historię i zaczerpnąć z niej to, co najlepsze.


Tajemnica wyspy Flatey to ładna, niespieszna, nastrojowa proza i polecam ją przede wszystkim miłośnikom skandynawskich, wyspiarskich klimatów i nieco magicznych opowieści. Zawiodą się jednak ci, którzy szukają lekkiego kryminału do pociągu. Mi się podobało i po przestawieniu się z trybu kryminał, na tryb literatura obyczajowa (macie takie czytelnicze tryby? 😀 ) odnalazłam w lekturze prawdziwą przyjemność 🙂

Moja ocena: 6,5/10

PS Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Editio Black.

 

Po więcej kryminalnych zagadek zapraszam tu:

Aleksandra Marinina Stylista

Agatha Christie I nie było już nikogo

Robert Galbraith Żniwa zła

 

  • Agata

    Nie pomogłaś mi w podjęciu decyzji 😉 Czasem lubię kryminały, który akcja pędzi na łeb na szyję, ale lubię też atmosferę wyspy smaganej wiatrami 😉 Dużo zależy od oczekiwań i nastroju, ale chyba jednak zaryzykuję.

%d bloggers like this: