Dziedzictwo Ann Patchett – recenzja

Skusiła mnie piękna, smakowita okładka oraz obietnica doskonałej, mięsistej powieści. Lubię od czasu do czasu sięgnąć po dobrze napisane, mądre historie o życiu, które dają nadzieję na coś więcej niż tylko prostą fabułę. Liczyłam na to, że Dziedzictwo Ann Patchett będzie właśnie taką książką. I wiecie co? Miałam rację, Dziedzictwo to zdecydowanie coś więcej, niż tylko historia rodzinna. Tylko… to chyba nie do końca jest powieść dla mnie. Dlaczego?

O co chodzi?

Dziedzictwo Ann Patchett to opowieść o rodzinach Cousinsów i Keatingów. Ich losy poznajemy na przestrzeni kilkudziesięciu lat. Wszystko zaczyna się w latach sześćdziesiątych, w pewną słoneczną, kalifornijską niedzielę podczas chrzcin córki Fixa i Beverly Keating. Cousinsów i Keatingów połączy przypadkowe spotkanie i przypadkowy pocałunek, który zmieni życie tych ludzi już na zawsze.

W książce tłoczno jest od osamotnionych, walczących o uwagę rodziców dzieci. Dużo tu skrywanych emocji i uczuć. Jak żyć będąc ofiarą emocjonalnej niedojrzałości matki i ojca? Jak znaleźć swoją ścieżkę, jeśli cały czas pada na człowieka cień niełatwego dzieciństwa?

Zmysłowa historia rodzinna

Największa zaleta książki? Styl i sposób pisania autorki. Dziedzictwo Ann Patchett to dość prosta, ładna proza, ale przesycona niezwykłą, soczystą zmysłowością. Czytając tę powieść czuje się w ustach smak ginu, a nos drażni aromat pomarańczy. W oczy razi ostre kalifornijskie słońce, a ręce dotykają wysokiej trawy na łąkach Wirginii. Dzięki Ann Patchett możemy poczuć Stany Zjednoczone wszystkimi zmysłami, dotknąć ich, powąchać i wpaść w nie całkowicie.

Oprócz tego bardzo mi się podobała narracja. Autorka zrezygnowała z liniowości fabuły, tworząc jedynie ramy z pierwszego i ostatniego rozdziału, które stanowią odpowiednio rozpoczęcie i zakończenie tej historii. Reszta rozdziałów to pozorne pomieszanie z poplątaniem – raz jesteśmy we współczesności, raz cofamy się do dzieciństwa bohaterów, by znów wskoczyć w ich wczesną dorosłość. Trzeba też podkreślić, że postaci w książce jest wiele i autorka skupia się w mniejszym lub większym stopniu na każdym członku familii Cousinsów i Keatingów. Dzięki temu opowiada nam nie tylko historię rodzinną, ale tworzy też portret całego pokolenia.

Czegoś zabrakło, ale…

Rzadko mi się to zdarza, ale długo nie wiedziałam czego 😉 Po prostu Dziedzictwo mnie nie wciągnęło. Na początku było obiecująco, ale potem z każdą stroną opowieść nużyła mnie coraz bardziej. Trochę brakowało mi jakiegoś fabularnego bum, jakiejś wielkiej rodzinnej tajemnicy, czegoś, co by mnie naprawdę zaintrygowało i zmusiło do kompulsywnego czytania książki na jednym wdechu, od początku do końca. Jednak myślę, że znaczenie miało przede wszystkim to, że Dziedzictwo Ann Patchett to opowieść o Stanach Zjednoczonych, o ludziach i o kulturze, która jest wbrew pozorom zupełnie inna od naszej, europejskiej. To przecież w dużej mierze historia o dzieciństwie, dorastaniu i o społeczeństwie, a takie historie zawsze najlepiej się odczytuje, kiedy ma się jakiś punkt zaczepienia, wspólny kod kulturowy, wspólne z autorem i bohaterami książki doświadczenia. Owszem, czytałam w życiu wiele książek silnie osadzonych w amerykańskim środowisku, jednak te powieści zazwyczaj miały w sobie coś więcej. W Dziedzictwie zaś zabrakło mi uniwersalności treści, elementu, który przybliżyłby mnie emocjonalnie do tej historii.


Dziedzictwo Ann Patchett to przyzwoicie napisana, przesycona zapachem pomarańczy i smakiem ginu powieść obyczajowa o zwykłych ludziach, których życiem steruje przypadek. To kawałek solidnej prozy i powinna się spodobać osobom lubiącym nieco ambitniejsze, niebanalne książki. Jednak nie jest to obowiązkowa pozycja tego sezonu, a ja mam do niej stosunek raczej umiarkowany. Cieszę się, że ją przeczytałam, bo mogłam wyrobić sobie opinię, ale gdybym tego nie zrobiła, świat by się raczej nie zawalił.

Moja ocena: 6/10

PS Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Znak Literanova.

Po więcej dobrej, amerykańskiej prozy zapraszam tu:

Zabić drozda Harper Lee

Szczygieł Donna Tartt

Dziewczyny Emma Cline

 

  • Potwierdziłaś moje obawy wobec tej książki, którą większość blogerek i blogerów bardzo się zachwyca.
    Czytałam poprzednią powieść Ann Patchett „Stan zdumienia” i byłam zdziwiona wysokimi ocenami, które dostawała. Dla mnie była bardzo przeciętna. Myślę, że „Dziedzictwo” sobie odpuszczę. Pozdrawiam!

    • O widzisz, ja widziałam zarówno dobre, jak i złe recenzje „Dziedzictwa” 🙂 Tak pół na pół 🙂 I ja w sumie też oceniam ją tak pół na pół, ale do innych książek Patchett raczej mnie nie ciągnie 😉

  • I znów trudno będzie podjąć decyzję, czy czytać, czy nie… wciąż się zastanawiam.

%d bloggers like this: