Czy można czytać „złe książki”?

Dzięki dziewczynom z blogów Oświaty kaganiec i Parapet literacki temat, który w środowisku książkoholików jest od zawsze mniej lub bardziej obecny, wrócił znów na tapet. Długo (bardzo długo, prawie miesiąc) zastanawiałam się co ja właściwie na ten temat myślę i doszłam do kilku wniosków. Przede wszystkim zadałam sobie pytanie…

Co to właściwie są te złe książki?

Na wstępie trzeba sobie wyjaśnić jedną sprawę. Bo co to właściwie są te złe książki*? Wiadomo, literatura dzieli się na tę wysoką, piękną, sztukę tworzoną po to, by odpowiadać na ważne pytania oraz na produkty rozrywkowe, pisane by sprzedać i zarobić. Jest to jednak podział dość płynny i co ważniejsze nie odpowiada na pytanie, które książki są dobre, a które złe. Bo wśród literatury pięknej, zaliczanej do tej ambitniejszej znajdziemy sporo pozycji słabych, nieciekawych, miałkich, zrobionych na odwal się, które autorom po prostu nie wyszły. Wśród komercyjnych historii zaś niejedna jest naprawdę mądra, dobrze napisana, zaskakująca i posiadająca niewątpliwą wartość artystyczną. Po prostu to, że coś jest lekkie i stworzone dla rozrywki nie znaczy od razu, że jest złe. A to, że coś zostało napisane ku chwale sztuki nie oznacza od razu, że jest dobre. To tak nie działa. Poza tym jest jeszcze coś takiego, jak literatura środka, czyli wersja pośrednia między wysoką i często trudno przyswajalną dla niewprawionego czytelnika prozą, a lekkimi czytadłami. Chociaż, jakby się tak zastanowić to często nie wiadomo do której z tych trzech kategorii zaszeregować daną książkę. Na przykład potworek nagrodzony w tym roku Paszportem Polityki (klik)? Co to u licha jest?

Więc może nie będziemy się silić na samodzielne myślenie i oddamy siebie i nasze lektury w ręce zaufanych krytyków literackich/blogerów, portali. Dobry pomysł? Pomoże nam odsiać ziarno od plew i zdefiniować co jest wartościowe, a więc dobre, a co chłamowate i złe? Oj, niekoniecznie. Od razu skreślimy Katarzynę Michalak, E L James i Remigiusza Mroza, ale co dalej? W końcu co krytyk to opinia i często jest tak, że jeden autorytet twierdzi, że coś jest super-ekstra, a drugi autorytet mówi, że wcale nie. Kierowanie się głosem autorytetów też może być zwodnicze, bo ich zdania się od siebie różnią. Poza tym w dzisiejszych, komercyjnych czasach to już w sumie nie wiadomo kto, komu i ile zapłacił za pozytywną recenzję.

To może by tak podzielić książki gatunkami? Że kryminały, fantastyka, obyczajówki to te złe, a klasyka, reportaże i literatura piękna obca i polska to te dobre? No okej. Ale co to właściwie są powieści obyczajowe, jak się mają do literatury pięknej i dlaczego cenioną w Szwecji Kristinę Sandberg można znaleźć na półkach z literaturą obyczajową, obok rozlewisk wszelkiej maści, a Cherezińską, która pisze bardzo popowe książki stawia się na półce z literaturą piękną polską (true story, Empik w Galerii Bałtyckiej w Gdańsku)? No a kryminały? Wszystkie to jedynie czytadła? A fantastyka? Sapkowski, Tolkien, Grzędowicz to tylko nic nie warta literatura rozrywkowa? Serio?

Złe książki istnieją

No właśnie. Czym, do jasnej cholery, jest ta zła literatura? A czym dobra? Gdzie jest granica? Co czytać wypada, by rozwijać umysł, a co powinno się wyrzucić do najbliższego śmietnika? Jasne. Trochę się z Wami droczę, bo przecież niewątpliwie istnieje coś takiego, jak – celowo włożone w cudzysłów – złe książki. Problem polega na tym, że często przyjmujemy, że coś jest dobre lub złe przez aklamację, nie poświęcając czasu na przeczytanie danej pozycji i uznając na przykład, że Remigiusz Mróz to grafoman** albo generalizujemy wrzucając wszystkie powieści obyczajowe do kosza z napisem szmira dla kucharek. Tymczasem stwierdzenie, że coś jest naprawdę złą, niewartą czasu książką wymaga dużo odwagi. Ja na przykład odważę się stwierdzić, że taką pozycją jest Pięćdziesiąt twarzy Greya i to właśnie dzieło będzie w dalszej części tekstu służyło za przykład. Ale, ale. Jakie są ogólne cechy złej książki?

Jest to książka stworzona na kolanie, bez pomysłu. Jest to książka wtórna, pozbawiona wdzięku, polotu i przede wszystkim logicznej, autentycznej, wartościowej treści. Napisana kanciastym, grafomańskim i sztucznym językiem. Jest to pozycja nie mająca absolutnie żadnej wartości, poza wątpliwej jakości walorem rozrywkowym. Takie książki są i prawdą jest, że są czytelnicy, którzy takie książki lubią. Tak. Są na świecie ludzie, którzy niespecjalnie wyczuwają różnicę między prozą Alice Munro, a E L James. Albo gorzej – wyczuwają różnicę, tylko że na korzyść tej drugiej, a Munro będzie dla nich niestrawna i nudna. Co więcej, moim zdaniem, osoby nie wyczuwające tej różnicy dziś, prawdopodobnie nie wyczują jej nigdy.

I jeszcze jedna uwaga. Nie stawiam znaku równości między tak zdefiniowanymi złymi książkami, a lekkimi czytadłami, ale umówmy się na potrzeby tekstu, że te lekkie, nierozwijające czytadła, których jedyną, wyłączną funkcją jest rozrywka (ale są na przykład porządnie napisane) też wejdą do tego złego worka. Inaczej ten tekst musiałby się nazywać: czy można czytać Pięćdziesiąt twarzy Greya 😉

Okej. Złe książki istnieją, wiemy z grubsza czym są, to teraz zadajmy sobie to dramatyczne pytanie: czy można je czytać? Czy można czytać złe książki?

Odpowiadam: tak. Możecie czytać złe książki. Możecie czytać takie książki, na jakie macie ochotę. Ale…

Ci co nie czytają w ogóle

Złe książki istnieją, ale tak naprawdę bardzo trudno obiektywnie i jednogłośnie zdefiniować dobrą złą literaturę, a definicja będzie się różniła w zależności od tego z kim porozmawiamy. Zresztą mam wrażenie, że ten nieszczęsny Grey jest raczej ewenementem, niż standardem. Ale wiecie co? Kiedy był na niego szał czytały go wszystkie dziewczyny, nawet te, które normalnie wolą obejrzeć reality show w telewizji (widziałam co się działo u mnie w pracy!). Dyskutowały o relacji głównych bohaterów, czasem całkiem mądrze i głęboko (a czasem wcale nie), przeżywały tę historię i kurczę, czy to zjawisko samo w sobie było złe? Czy jeśli ktoś nie czyta wcale i sięga po źle napisaną, ale niezwykle popularną i lekką książkę, a potem o niej rozmawia, współdzieli z innymi emocje to jest niedobrze?

Tu dla mnie nie ma żadnego ale. Jeśli ktoś nie sięga po literaturę, albo robi to rzadko, to skorzysta z KAŻDEJ książki po jaką sięgnie. Z Greya też. Może wzbogaci ona życie erotyczne? Może do czegoś zainspiruje? Może skłoni do analizy własnej relacji? Może będzie po prostu rozrywką? A może będzie po prostu dobrym treningiem rozumienia tekstu pisanego?

Właśnie. Regularne czytanie samo w sobie jest ważne. Sama czynność czytania ma zalety. Uczy koncentracji na przykład. Ponoć rozwija wyobraźnię. Lecz przede wszystkim – wiem, że dla niektórych może to być niewyobrażalne, ale serio – jest wśród nas przerażająco dużo osób, które nie rozumieją tekstu czytanego. Naprawdę. I im by się nawet te nieszczęsne Pięćdziesiąt twarzy Greya przydało. Dlatego właśnie warto promować czytelnictwo, szczepić je w młodych ludziach. Nie po to, żeby niszowe wydawnictwa zaczęły wreszcie zarabiać, tylko po to żeby tych, którzy nie kumajo co czytajo było jak najmniej. Śmiem twierdzić, że w państwie demokratycznym, gdzie nadal władzę wybiera się w wyborach powszechnych, duża liczba obywateli otrzaskanych z tekstem, jest czymś niezwykle istotnym. Bo takim ludziom zdecydowanie trudniej wciskać kit. Czytanie nie powinno być elitarne. Czytanie nie powinno być wyjątkowe. Regularne czytanie powinno być normą. Normą. Standardem. A ponieważ większość społeczeństwa będzie wolała sięgnąć po lekki erotyk/thriller niż po dzieło noblisty, my, osoby w jakiś sposób odpowiedzialne za promocję czytelnictwa, powinniśmy to szanować. Tak po prostu. 

Ci co czytają regularnie

Okej. Ale co z czytelnikami zaawansowanymi? Osobami, które od lat, regularnie sięgają po książki i nie trzeba ich ratować z wtórnego analfabetyzmu? Czy oni też mogą czytać złe książki? Albo gorzej – czy mogą czytać WYŁĄCZNIE złe książki? Yyyyy… tak. Tak, mogą. Bo kto im zabroni? 😉 A tak serio – nie róbmy z książki boga. Czytanie to przede wszystkim ROZRYWKA. Ma nas odprężać, relaksować i dawać radość. Jednemu radość da Proust, innemu E L James. I nie sądzę, żeby ktoś tu był od kogoś gorszy. Obie osoby się bawią, tylko jedna woli zabawy nieco bardziej wysublimowane, które dodatkowo wzbogacają ją i rozwijają intelektualnie na nieco wyższym poziomie niż nauka obcowanie z tekstem, a druga preferuje zabawy lżejsze, prostsze, nastawione wyłącznie na zapomnienie o problemach.

Wyznaję w życiu taką zasadę, że trzeba się rozwijać. Codziennie robić coś, co sprawia, że pokonujemy nasze bariery, że się zmieniamy na lepsze, udoskonalamy. Dzięki temu mamy szansę osiągnąć sukces, przełamać siebie, zdobyć własny szczyt. Możemy na przykład rozwijać się w pracy, która stawia przed nami ciągle nowe wyzwania. Możemy rozwijać się, jako rodzic pracując nad sobą i nad swoim gniewem. Możemy zmienić dietę, tryb życia. Możemy wystartować w maratonie. Możemy działać społecznie albo pisać bloga. Możemy oglądać teatr telewizji i artystyczne kino. W końcu możemy sięgać po dobrą, ambitną literaturę i wzbogacać się w ten sposób. Rozwój może odbywać się na milion sposobów. Jednym z tych sposobów może być czytanie ambitnych książek. Ale pamiętajmy, że to tylko jeden ze sposobów.

Pierwszy przykład z brzegu. Mój mąż. Paweł czyta głównie fantastykę, thrillery, czasami reportaż, jak go namówię. Na te wszystkie ambitne książki, które sprowadzam do domu nawet nie patrzy, woli lekką, niekoniecznie wartościową prozę gatunkową. Okej, czy to znaczy, że mój mąż ma w mózgu popkulturową sieczkę? Nie, oczywiście, że nie. Paweł ma bardzo wymagającą intelektualnie i emocjonalnie pracę, a wieczorami potrzebuje oderwania. Jego mózg działa przez grubo ponad osiem godzin na dobę na najwyższych obrotach. Czy Paweł się rozwija? Tak. Uprawia sport, interesuje się polityką (na poziomie nieco wyższym i bardziej świadomym niż przeciętny Kowalski), w końcu ma zawód, który stawia przed nim wciąż i wciąż nowe wyzwania. Czy Paweł czyta ambitne, dobre książki? Niezbyt często, jeśli mam być szczera. Tylko właściwie co z tego, skoro bystrością umysłu, rozsądkiem i wiedzą może niejednemu zaimponować?

Drugi przykład z brzegu. Ja. Uwielbiam czytać i wiecie dobrze, że lubię trudne książki. Ale nie zawsze. Są czasem takie dni, że na trudne książki nie mam siły, ale nadal chcę spędzić wieczór z literaturą. Bo lubię czynność czytania w ogóle i sprawia mi ona większą przyjemność niż na przykład oglądanie serialu. I czy wtedy sięgam po ambitne rzeczy? Nie. Wtedy biorę do ręki lekkie i przyjemne, popowe lektury, które nie zmienią mnie w geniusza, nie rozwiną, ale za to pozwolą mi się odstresować i po prostu rozerwać. Czy jest w tym coś złego? Nie. Pewnie, mogłabym w tym czasie nie czytać wcale i na jedno by wyszło. Ale ja wolę sobie w takiej chwili odpalić Remigiusza Mroza i zresetować mózg z Chyłką. I co? Ogłupia mnie ta Chyłka? Serio?

Właśnie dlatego uważam, że każdy ma prawo sięgać po takie książki na jakie ma ochotę. Czytanie dobrych książek nie jest warunkiem koniecznym, ani wystarczającym do bycia inteligentnym, rozgarniętym człowiekiem. Owszem, może do tego prowadzić, ale jest milion innych sposobów na rozwój osobowości, wrażliwości i intelektu.


Są na świecie osoby, które nie rozwijają się w żaden sposób, a czytają tylko tandetne romansidła. To przykre i na pewno byłoby dla nich lepiej, gdyby coś ze sobą zrobiły i na przykład sięgnęły po dobrą literaturę. Tylko w sumie, co z tego? Niech sobie robią co chcą i jak chcą. Każdy ma swoje życie i jeśli zdecyduje się spędzić je łatwo i bezrefleksyjnie to ma takie prawo. Ja zaś mam czyste sumienie, bo na co dzień staram się promować czytelnictwo. Piszę o dobrych książkach, o książkach wartościowych, niosących za sobą treść i jakość. Staram się to robić najciekawiej, jak tylko potrafię. Jeśli zaś coś jest miałkie, kiepsko napisane, banalne mówię o tym głośno. Promuję też dobrą literaturę wśród najbliższych i przyjaciół zasypując ich książkowymi prezentami, zaszczepiam codziennie miłość do słów w moim synku, a kiedy widzę, że mój mąż nie czytał nic od kilku dni przypominam mu o tym, że od czasu do czasu warto sięgnąć po książkę. Nawet jeśli to będzie kolejna saga fantasy!

PS Bardzo dziękuję Aleksandrze i Małgosi za inspirację 🙂

* złe książki to roboczo przyjęta nazwa, równie dobrze mogłyby być kiepskie książkigrafomaniabadziewne czytadła. Czy jakoś tak 😉

**I okej, może Mróz nie pisze z lekkością Iwaszkiewicza, jego książki mogłyby być dużo lepiej dopracowane, a do tego lubi sformułowania typu koncyliacyjnie i powinien się jeszcze sporo nauczyć, ale w swojej kategorii jego powieści są naprawdę dobre. Dlaczego? Bo wciągają, bo angażują, bo poruszają ciekawe tematy. Bo odprężają. Nie jest mistrzem pióra, ale doskonale rozumiem jego fenomen i będę go bronić.

  • Czy do napisania tego artykułu zmobilizował Cię trochę mój wczorajszy post, czy to tylko mój egocentryzm? ;D (A Twój jest świetny i absolutnie się zgadzam. Zwłaszcza, że aktualnie w dyskusji staram się wytłumaczyć czytelniczce, że obiektywnie zła literatura istnieje, i idzie mi ciężko ;)).

  • Ten tekst dał mi dużo do myślenia. Zwłaszcza że jestem literacką snobką (o czym na Pomiędzy Książkami: http://pomiedzy-ksiazkami.blogspot.com/2017/07/jestem-literacka-snobka-ty.html) i bardzo żal mi jak widzę, że ktoś dużo czyta, ale się literacko nie rozwija – nie próbuje czytać nowych książek, gatunków, autorów… zamyka się w kryminałach, kocha i wielbi Mroza, a tu jeszcze tyle do odkrycia! Ale pewnie masz rację – lepiej czytać cokolwiek niż nic, a jeszcze lepiej, kiedy się o tym czymkolwiek rozmawia. Bo koniec końców chodzi o przyjemność obcowania z tekstem.

    • Dokładnie 🙂 Mi przecież też zależy na promocji dobrej literatury, na pisaniu o książkach, które coś znaczą, rozwijają, ale przede wszystkim staram się szanować to, że ludzie mają po prostu różne potrzeby 🙂

  • I ja się z tym wszystkim zgadzam. Bardzo mądry tekst, aż go chyba podlinkuję gdzieś u siebie. Mi też przykro, kiedy ludzie czytają tylko złe książki, bo omija ich mnóstwo wspaniałych, wartościowych lektur, ale z drugiej strony mój brat na przykład w ogóle nie czyta. Kiedyś czytał sporo (fantastyka only), potem poszedł do pracy, założył rodzinę, a jako że jest złotą rączką to każdy ciągle coś od niego chce i na nic nie ma czasu. I czy ten brak czytania książek jakoś mu szkodzi? Absolutnie nie. Jest sto razy bardziej inteligentny i zaradny niż ja, a ja książki czytam. Dlatego zawsze staram się nie osądzać ludzi nie czytających albo czytających wyłącznie książki hm, odmóżdżające, kiedy tak naprawdę ich nie znam 🙂

    • Cieszę się bardzo, że tekst Ci się spodobał 🙂 Ja też staram się nie osądzać ludzi na podstawie jednej czy dwóch przesłanek (takich jak choćby czytanie lub nie), choć czasem muszę sama ze sobą walczyć. My ludzie, jako gatunek, mamy chyba ocenianie innych zakodowane w genach 😉

  • Zgadzam się. Nie róbmy z książki boga. Też mam czasami dni, że nie mam siły po 8h intensywnego myślenia w pracy skupiać się na jakiejś wymagającej lekturze, wtedy wybieram coś lekkiego, babskiego, coś co pozwoli mi zwyczajnie odpocząć. Złe książki istnieją, autorzy, którzy nie powinni pisać również. Zawsze jednak staram się, aby nawet te lekkie książki były na dobrym poziomie 😉

    • Ja też się staram i na szczęście, kiedy jakaś książka mi nie podejdzie, potrafię ją już bez żalu odłożyć 🙂 Gorzej jest z pozycjami które mam zamiar zrecenzować na blogu, wtedy – wiadomo – męczę do końca i czasem okropnie marudzę podczas czytania 😉

  • Zawsze kiedy widzę dyskusję na ten temat, mam w głowie masę przemyśleń i marzę o tym, żeby opisać je jakoś spójnie na blogu. Ale już nie muszę, bo Ty powiedziałaś dokładnie to, co uważam. Dziękuję.

  • Agata

    Bardzo ciekawy, przemyślany tekst 🙂 Według Twojej definicji wydaje mi się, że czytam najwięcej literatury środka, przeplatając książkami dobrymi. Od czasu do czasu przydarzy mi się jakaś „zła” książka. Chciałabym czytać więcej ambitniejszych lektur, ale prawdę mówiąc czytam głównie w komunikacji miejskiej (3h dziennie) i nie jestem w stanie skupić się na tyle, by przyswoić coś „cięższego”.
    Ważne, że ludzie czytają. Można zacząć od Greya, a potem odkrywać kolejne tytuły, być może lepsze 😉

    • Dziękuję 🙂

      I tak. Oj tak. Pamiętam jak przez ten krótki czas, kiedy jeździła do pracy (łącznie dwie godziny w obie strony) byłam w stanie czytać wyłącznie lekkie, wciągające powieści 🙂 Inaczej nie mogłam się skupić i zasypiałam (wyjeżdżałam z domu o 6 rano, więc trudno się dziwić 😀 ).

  • Bardzo fajny felieton! Tak, generalnie się zgadzam, ale chcę napisać o czymś innym: bardzo podoba mi się to, że bronisz Mroza. Ja go nie czytałam i raczej nie przeczytam, zwłaszcza że czytam jeden kryminał rocznie, a są lepsi autorzy (no dobra, kiedyś jeden przeczytam, muszę mieć jakieś podstawy do formułowania opinii) ale generalnie ludzie albo się nim zachwycają, albo po nim jadą, a Ty dostrzegasz wady w jego prozie, ale nie wahasz się napisać, że czasem go czytasz, że Cię odpręża i że rozumiesz fenomen. 🙂 I to jest super, i jakoś bardzo mnie cieszy. 🙂

  • Karola

    W ogóle wydaje mi się że każdemu jego katharsis i nie moja broszka od czego. Więcej, zaryzykowałabym stwierdzenie, że lepsze takie od tego przysłowiowego Grey’a niż żadne.

    Zastanawiam się ponadto (i trochę obserwuję w otoczeniu), na ile książki pomagają w budowaniu „doświadczeń życiowych”, pozwalających lżej przeżyć trudne momenty, albo próbować zrozumieć drugiego człowieka. Co tak naprawdę (chyba) nie ma wiele wspólnego z inteligencją i wiedzą naukową. No i tutaj bym jednak broniła czytania, jako wglądu do myśli kogoś innego 😉

    W życiu zdążyło mi się odłożyć w sumie kilka książek, napisanych tak, że czytanie ich było meczarnią. Czasem jest tak, że dopiero finał objawia kicz i tandetę, ale też zdażyło mi się czytać książkę tzw. kobiecą, która pomysł miała fajny, z tych herbatkowo-kocykowych, po czym ni z gruszki ni z pietruszki wyskakiwały wstawki miłosne…

  • mikewest007

    Można.
    Tylko po co?
    Nawet proste romansidło można napisać sprawnie i z sensem.

    • Pewnie, że tak 🙂 Ale przecież w tekście chodzi o to, by nie odbierać prawa innym do rozrywki, która daje im frajdę 🙂

  • Pingback: Czasem książka jednak hańbi, czyli jesteś tym co czytasz |()

%d bloggers like this: