Dlaczego na urlopie nie czytam książek, czyli wakacje książkoholika

Biegamy po domu, jak naćpane amfetaminą koty z pęcherzami. W powietrzu latają krzyki, noże, rozgniecione truskawki. I groźby: sami se jedźcie, ja tu zostaję i wreszcie naprawdę odpocznę (to ja) albo Hubert! Nie wejdziesz do samochodu z tymi rozgniecionymi truskawkami w dłoni (to Paweł). Albo mama! Bam bam bam! (to Hubert celujący w kuchenne kafle słoikiem z marynowanymi papryczkami jalapeno, co jak się zapewne domyślacie, jest groźbą przerażającą i co istotne – jedyną realną). Pod drzwiami stoją cztery wielkie walizy, dwie nieco mniejsze, czerwony plecak z małpką załadowany figurkami zwierząt, worek klocków lego, zabawkowa śmieciarka o wymiarach sporej kanapy, łóżeczko turystyczne, wózek i kuferek z kosmetykami, który śmiało mógłby robić za siódmą walizkę. Trzyosobowa rodzina wyjeżdża na tygodniowe wczasy. Norma.

I kiedy już wszyscy (ja, Paweł, Hubert i załamany kot w transporterze, który jedzie na tygodniowy popas u dziadków) stoją gotowi do drogi przypomina mi się sprawa najważniejsza. Paweł! – wołam – jeszcze moje książki! W tym momencie Paweł łapie się za głowę, a ja biegnę szybko do naszej sypialni i chwytam dwie lniane torby wypełnione po brzegi literaturą. Oraz czytnik. Hubert biegnie za mną wołając mama! Czytać! Czytać! Paweł łapie się za głowę raz jeszcze. Teraz dopiero jesteśmy gotowi, by ruszyć w świat. Ku przygodzie!

Taaak. Wakacje i książki… Wielokrotnie już ten temat przewijał się w naszych małżeńskich dyskusjach. Kiedy nie mieliśmy jeszcze samochodu i jeździliśmy pociągami i autobusami przedmiotem sporu, był ciężar, który zdaniem mojego mężczyzny a.k.a. tragarza był nie do udźwignięcia. Oczywiście nie muszę Wam tłumaczyć, że wyszło na moje i Paweł – zwiedziony wizją muskulatury rodem z siłowni – karnie nosił siaty z książkami. Trochę gorzej rzecz się miała z transportem samolotowym, ale zawsze udało mi się przekonać Pawła, że jest mężczyzną i nie potrzebuje zbyt wielu rzeczy*. Kiedy zaś kupiliśmy nasz pierwszy samochód ograniczenia przestały istnieć, Paweł zamilkł, bo i argumenty mu się skończyły, a ja popłynęłam na fali bagażowej wolności. Oczywiście do czasu, bo wszystko zmieniły narodziny naszego pięknego, ważącego obecnie 13 kilo i wymagającego dwudziestu ton bagażu Syna Gryzaka. Moje potrzeby przestały się liczyć (macierzyński znój!), a spory o ilość zabieranych książek ponownie wróciły na tapet. Jasne, wygrywałam wszystkie, ale tylko ja wiem, jak bardzo niewygodnie jedzie się w wyładowanym po brzegi Peugeotcie 107 z dwiema siatami książek pod nogami. Teraz los znów się do mnie uśmiechnął, bo od jakiegoś czasu mamy nowe i większe auto, ale Paweł nadal patrzy na mnie krzywo. W sumie – muszę przyznać w cichości serca – wcale, a wcale mu się nie dziwię.

Bo brutalna prawda jest taka, że na urlopie nie czytam prawie wcale. Tak, w normalnym życiu wciągam średnio dwie-trzy książki na tydzień, w życiu wakacyjnym zaś, jeśli przeczytam przez tydzień 100 stron, jest dobrze. Jak to możliwe, że w tym teoretycznie najprzyjemniejszym i najbardziej relaksującym okresie roku odstawiam na boczny tor największą przyjemność w życiu? Przecież latem wszyscy czytają więcej, siedzą na tych plażach i delektują się wspaniałą literaturą. A ja? A ja nie. Dlaczego? Już tłumaczę.

Po pierwsze – dziecko. W dom pomieszczenia są tak przystosowane, że aby dokonać skutecznej autodestrukcji Syn Gryzak musiałby się naprawdę mocno postarać i najpierw zamknąć mnie na klucz w łazience (co nie jest możliwe). Innymi słowy – mogę spokojnie zostawić potomka samego w jego pokoju i podczytać na kanapie kilka stron, nawet w ciągu dnia. Wiem, że jest bezpieczny, a kiedy słyszę ciszę trwającą dłużej niż dziesięć sekund, natychmiast reaguję. Na wakacjach zaś pełno jest nowych, nieznanych miejsc, nieprzystosowanych do dziecięcej, nieskończonej wyobraźni przestrzeni, niebezpiecznych placów zabaw i innych takich. Trzeba młodzieży pilnować – cztery razy bardziej niż w domu. 

Po drugie – organizacja czasu. Osobiście uważam się za boginię organizacji czasu 😉 Działam zawsze zgodnie z przyjętym rozkładem (swoją drogą możecie sobie wyobrazić, jak bardzo mnie drażni, kiedy ten rozkład się sypie…) i czas na czytanie mam najzwyczajniej w świecie wpisany w plan dnia i z góry wydzielony. W ogóle tak sobie układam życie, żeby tej wolnej przestrzeni na książki było dużo. Bo mogę i chcę. A na urlopie? Na wakacjach? Matko kochana! Jaki to jest chaos 😀 Nic nie wiadomo, wszystko jest nowe, groźne i cholernie niezorganizowane. A zanim wytworzy się jakaś w miarę akceptowalna i przyjemna rutyna w którą można wcisnąć odrobinę spokoju z książką, trzeba wracać do domu. 

Po trzecie – na wakacjach trzeba spędzać czas z ludźmi. Tak, wiem. Jestem aspołecznym degeneratem, ale najlepiej czuję się w swoim własnym towarzystwie, w ciszy i oczywiście z książką. To znaczy, ludzi też lubię, ale bez przesady 😉 Dlatego najgorsze są takie urlopy, które spędza się w towarzystwie znajomych. Niby fajnie, niby wesoło, ale poczytać w spokoju nie ma jak, bo ciągle trzeba rozmawiać, grać w gry, pić alkohol i się dobrze bawić. Podobnie wyglądają wyjazdy do teściów, babć i innej rodziny – nie poczytasz. A jak poczytasz, to będą fochy i pretensje żeś odludek. Bez sensu. Trochę lepiej sprawy się mają, kiedy jedziemy tylko we trójkę, ale tu też nie jest różowo, bo Paweł uważa, że jeśli wyjeżdżamy razem na urlop powinnam starać się bardziej i więcej z nim rozmawiać. Czas spędzać, przytulać się. Fanaberie!

No i po czwarte – na wakacjach trzeba zwiedzać, poznawać, doznawać. Wykąpać się w zimnym morzu, zjeść smażoną rybę, odwiedzić park miniatur, czterdzieści pobliskich placów zabaw, średniowieczny kościół i lokalny aquapark. Tak czy inaczej – nie poczytasz – czytanie zawsze przegra z mini-zoo, rejsem wycieczkowym katamaranem stylizowanym na piracką łajbę i perswazją w stylu: Mama! Tam, tam! Ce, ce, ce! Tam idzie! Ty idzie tam! 

Ale i tak na urlop, który zbliża się wielkimi krokami, wezmę mój stały zestaw. Czyli czytnik z aplikacją Legimi (i tym samym ilością książek nieskończoną) oraz awaryjny smartfon, gdyby czytnik się zepsuł. A na wypadek, gdyby zniszczeniu uległy i czytnik, i telefon muszę mieć dodatkowo książki papierowe. Po jednej na każdy dzień i – co chyba istotniejsze – na każdy nastrój. Więc do walizki grzecznie zawędrują – klasyka, fantastyka, koniecznie kryminał, literatura piękna obca i coś z rodzimego podwórka. Bezwględnie reportażyk albo dwa. I co? Ktoś mi zabroni? No właśnie 😀 Zresztą, kto to wie? Może w tym roku wreszcie uda mi się poczytać?

* czas na mały lifehack. Tak, równość płci jest najważniejsza. Chyba że w grę wchodzą książki na wakacje! Wtedy możecie grać każdym najbardziej patriarchalnym i szowinistycznym, a najmniej genderowym i równościowym argumentem świata i zostanie Wam to wybaczone.

  • Agata

    Ale się uśmiałam! 🙂 Myślałam, że to tylko ja jestem takim odludkiem lubiącym swoje towarzystwo i książki 😛 Czytnika nie mam (choć kusi mnie taki z Legimi), ale w podróż zawsze biorę mały stosik książek – zazwyczaj 3 – 2 kryminały i coś lekkiego, przewodnik po miejscu do którego jadę i stosik gazet (w razie gdyby książki się skończyły) 🙂

    • Udludki wszystkich krajów, łączmy się 😀

      I bardzo polecam abonament w Legimi – jeśli czytasz średnio 3 ebooki miesięcznie i nie rozwalisz dwóch czytników w tydzień – opłaca się bardzo 😉

  • Ja nigdy nie taszczyłam siat książek na wakacje, ale jedną mieć muszę. Jeździmy zwykle na tydzień, i książkę czytam w pociągu jeśli nie jedziemy samochodem, a jak jedziemy to tylko na plaży, na miejscu, bo na ogół jeździmy nad morze. Właśnie ten punkt trzeci i czwarty jest u mnie najistotniejszy, bo jak już z kimś jadę, to chce mu poświęcić czas, plus szkoda czytać, kiedy nieodkryte tereny czekają na zwiedzanie 🙂
    W zeszłym roku jak jechałam pociągiem nad morze to akurat byłam w trakcie czytania Drogi Królów. Nie wiem czy znasz tę książkę, autor Sanderson, cegła to na 1000 stron, no to jak to brać na plażę? A potem z tym chodzić po mieście, kiedy torebka mała do sukienki i to nawet nie wejdzie? No to wtedy pożyczyłam czytnik i teraz chyba też go ze sobą zabiorę. Chociaż jak już się zostawia rzeczy na plaży i idzie do wody, to mniej się martwię o papierową książkę niż taki czytnik 🙂

    • Znam! 😀 „Droga królów” jest tak wielka, że da się ją czytać tylko w domu. A i to nie zawsze. Zaczęłam ją, kiedy byłam w ciąży i miałam już spory brzuch i było mi tak niewygodnie, że musiałam odłożyć ją na bok (nie miałam jeszcze czytnika) 😀

  • Napisałaś o tym wszystkim w tak lekki i przyjemny sposób! Aż chciałoby się więcej poczytać takich postów.
    Ja rzadko wyjeżdżam na wakacje, ale jeżeli już to robię, to jednak staram się nie zabierać ze sobą książek. No może jakąś jedną, na podróż. W sumie nawet nie odczuwam potrzeby, aby wszędzie, gdzie idę, brać ze sobą książkę (może to dlatego, że często się rozpraszam i nie potrafię skupić się na książce, gdy jestem w innym miejscu niż w domu?).

    Pozdrawiam serdecznie!

    • Dziękuję za miłe słowa 🙂 I zazdroszczę umiaru, ja jestem z tych, co biorą ze sobą książkę nawet kiedy idą do sklepu spożywczego po mleko 😀

  • Urlop wiążący się z wyjazdem rzeczywiście sprawia, że czytanie nie wychodzi – podobnie jak Ty wolę zwiedzać i poznawać. Czasem po drodze podczytuję książki, ale i wtedy wolę patrzeć w okno i podziwiać widoki. Za to zostając w domu pochłaniam książkę za książką i nadrabiam wszystko, na co normalnie nie mam czasu 😉

    • Racja! 🙂 Jeszcze widoki z samochodu – o ile nie jedziemy autostradą uwielbiam gapić się za okno i oglądać otoczenie 🙂

  • Jakby się nad tym zastanowić, to masz zupełną rację! Jednak nie wydaje mi się, żebym była w stanie spędzić chociaż jeden dzień bez książki… Czasem czytanie i recenzowanie doprowadza mnie do szewskiej pasji, jednak to przez natłok innych obowiązków, które domagają się uwagi. Nawet na urlopie potrafię znaleźć chociaż odrobinę czasu na czytanie (nie ukrywam, że niejednokrotnie wolę to od spędzania czasu z ludźmi) 😉

  • Dorota Józefiak

    Mam identycznie. W domu udaje się, na wyjeździe już nie. Pół książki to szczyt marzeń. W tym roku jedziemy w poszerzonym o niemowlaka składzie… to dopiero będzie zabawa 🙂

    • Ha! Wakacje z niemowlakiem, to jest dopiero przygoda 😀 Udanej zabawy i niech Ci się uda przeczytać te wymarzone pół książki 😉

  • ktrya

    Ja ogólnie w wakacje czytam mniej niż w roku akademickim. Po pierwsze po sesji jestem tak zmęczona, że potrzebuję odpoczynku od słowa pisanego. Po drugie zwykle robię inne rzeczy i najzwyczajniej w świecie głupio mi w domu rodzinnym leżeć brzuchem do góry i czytać. A w roku akademickim muszę spore ilości przeczytać to na zajęcia, to do jakieś pracy rocznej, to do pracy dyplomowej, to na konferencje, a to jeszcze na jakieś spotkanie autorskie itd. I tak kiedy w takim styczniu przeczytam ok. 20 książek, to w lipcu ok. 4. Natomiast podczas wyjazdów czytam, tzn. podczas podróży pociągiem, ewentualnie zlecenia z roboty biorę do dalszych miejscowości (bo mam więcej czasu) to czytam w drodze do nich.
    Choć to wszystko odnosiło się do lat poprzednich, w tym roku, kiedy skończyłam studia i siedzę aktualnie nad jeszcze jedną magisterką, to wygląda to zupełnie inaczej…

    • O! 🙂 W pociągu też lubię czytać 🙂 O ile nikt nie gada w przedziale, to atmosfera jest bardzo sprzyjająca i nawet trochę romantyczna 🙂 Ale my jednak zazwyczaj jeździmy samochodem albo samolotem, pociągiem w ciągu ostatnich kilku lat jechaliśmy raz. W zaś samochodzie często podziwiam widoki (plus mam chorobę lokomocyjną i czytanie ją pogarsza), a samolotów nie znoszę do tego stopnia, że nie jestem w stanie skupić się na książce 😉

  • Katarzyna Chojnacka-Musiał

    Świetnie napisane 😀

%d bloggers like this: