Góra Synaj Krzysztofa Koziołka – recenzja

Lubię kryminały. Obok fantastyki pełnią na moich czytelniczych szlakach funkcję relaksacyjną. Wciągają, przenoszą do innego świata i łatwo odrywają głowę od codziennych problemów. Kiedy mam ochotę na książkę lżej strawną, rozrywkową, taką, która nie będzie wymagała ode mnie szczególnego wysiłku intelektualnego – wtedy tajemnicze zbrodnie sprawdzają się najlepiej. A już szczególnie upodobałam sobie kryminały retro. Dlatego wśród zalewu kryminalnych nowości wydawniczych to właśnie Góra Synaj Krzysztofa Koziołka zainteresowała mnie najbardziej. Czy słusznie? Czy faktycznie jest to powieść, z którą warto spędzić czas?

O co chodzi?

Deszczowa jesień roku 1938. Podzielona Europa stoi na progu kolejnej wojny, która wstrząśnie całym światem. Na terytorium III Rzeszy, w samym środku hitlerowskiej propagandy nienawiści giną mali chłopcy. Okoliczności tych zgonów są tragiczne, ale nie budzą podejrzeń policji. Utonięcie, wypadek w zoo – takie nieszczęścia się po prostu zdarzają. Jednak nie wszystko jest tak oczywiste i proste, jak mogłoby się z pozoru wydawać. W sprawach pojawia się sporo niejasności, a na ich trop niezależnie od siebie wpadają klepiący biedę funkcjonariusz policji obyczajowej Anton Habicht i Franziska von Haften – Polka i zarazem żona niemieckiego arystokraty. Rozpoczyna się podwójne śledztwo.

Mało emocji, słaba intryga

Góra Synaj Krzysztofa Koziołka jest książką dość przeciętną. Przyzwoicie napisana, pod pewnymi względami ciekawa (o czym poniżej), z bardzo obiecującą fabułą, ma też niestety sporo wad, a jej podstawowa jest taka, że wzbudziła we mnie niewielkie emocje. Mimo że temat wydaje się być poruszający – w końcu nie ma nic ohydniejszego niż robienie krzywdy dzieciom – nie wywołuje on palpitacji serca i po lekturze zdecydowanie da się spać w nocy. Dzieje się tak częściowo dlatego, że bohaterowie – choć mają ogromny potencjał (o czym poniżej) nie wywołują w czytelniku dużego zaangażowania – ani nie wzbudzają miłości, ani specjalnej niechęci, ale przede wszystkim ze względu na to, że…

…cała snuta przez Krzysztofa Koziołka intryga jest prosta, przewidywalna i pozbawiona polotu. Zabrakło mi tu zmyłek i fałszywych tropów. Za mało było tajemnic, za mało kierowania czytelnikiem i zwodzenia go na manowce, za mało zwrotów akcji. Lubię kryminały, które czerpią z tradycji książek Agathy Christie – gdzie każdy może być mordercą i autor wyraźnie to w swoim tekście pokazuje, rzucając konkretne podejrzenia na bohaterów, grając z czytelnikiem w grę. U Krzysztofa Koziołka niby to wszystko jest, ale w wersji mocno rozmytej i niemrawej. Przez to książka wciąga na średnim poziomie – da się czytać, ale da się też ją odłożyć i zrobić obiad czy pójść na spacer. Poza tym cała zagadka jest raczej prosta do rozszyfrowania – mniej więcej w połowie domyślałam się, kto jest mordercą (a może to moja wina? może przeczytałam w życiu za dużo kryminałów? a może powinnam zostać detektywem? 😉 ). W ogóle najbardziej zawiodłam się na zakończeniu, które – nie dość, że nie było zaskakujące, to dodatkowo pewnych spraw w ogóle nie tłumaczyło i bynajmniej nie chodziło tu o pozostawienie czytelnika w stanie niepokoju, tylko raczej o zwykłe zaniedbanie.

Kolejny kryminał retro…

Lubię kryminały retro. Zaczęło się od mojego ukochanego Krajewskiego (klik), ale w międzyczasie pokochałam wielu innych pisarzy. Przepadam ze Marylą Szymiczkową z jej drobnomieszczańskim urokiem (klik). Spodobały mi się historie Marcina Wrońskiego o komisarzu Zydze Maciejewskim (klik), trochę gorzej w zestawieniu wypada Katarzyna Kwiatkowska (klik), ale jej proza też ma sporo zalet. I w przypadku Krzysztofa Koziołka problem polega na tym, że na tle konkurencji nie oferuje on właściwie nic nowego. Owszem, starannie opisuje warstwę historyczną i przestrzeń miejską z przeszłości (czasem nawet zbyt starannie, bo w paru miejscach czułam się tak, jakbym czytała podręcznik) – widać, że autor był przygotowany i wykonał sporo pracy. To jest zawsze zaleta, bo dzięki temu książka jest poznawcza, ale też nie jest to nic wyjątkowego. Wielbiciele gatunku są do starannej pracy badawczej autorów po prostu przyzwyczajeni, jest to też element bez którego nie ma mowy o dobrym kryminale retro. Czego mi brakuje w Górze Synaj, to jakiejś charakterystycznej cechy, jakiegoś wyróżnika, bo poza tym, że autor opowiada nam historię z punktu widzenia zwykłego Niemca z lat trzydziestych (co jest dość ryzykowne), nie widzę tu nic specyficznego. U Marka Krajewskiego jest rozdzierający serce mrok, u Maryli Szymiczkowej drobnomieszczańskie smaczki i punktujący dowcip, Katarzyna Kwiatkowska przywiązuje wagę do uznawanych za kobiece detali, takich jak stroje czy kuchnia. Tu nie ma nic i przez to Góra Synaj Krzysztofa Koziołka to książka, którą zapomina się już godzinę po przeczytaniu.

Góra Synaj Krzysztofa Koziołka – zalety

I czuję się znowu okropnie, bo krytykuję pozycję, która przecież ma zalety! Po pierwsze styl Krzysztofa Koziołka jest przyjemny, a książkę czyta się dobrze, przyjemnie i szybko. Z informacji na okładce wynika, że Góra Synaj Krzysztofa Koziołka to początek dłuższej serii kryminalnej. Jeśli faktycznie tak będzie, to widzę tu duży potencjał na wykreowanie ciekawych i ewoluujących w czasie bohaterów. Największe nadzieje pokładam w Antonie Habichtcie – postaci złożonej i interesującej, która może nas jeszcze niejeden raz zaskoczyć. Jest tu też bardzo dużo wątków, które odważny autor może poruszyć. Pisanie o Niemcach przed i w czasie II wojny światowej nie jest sprawą prostą, ale jeśli Krzysztof Koziołek odpowiednio przemyśli sprawę, to może z tego wyjść naprawdę ciekawa i oryginalna rzecz. Ja będę wypatrywać kolejnych tomów serii i myślę, że dam jeszcze autorowi szansę.

Geneza nienawiści

A co jest najciekawsze w Górze Synaj? Wcale nie zagadka kryminalna, tylko podjęta przez Krzysztofa Koziołka próba pokazania czytelnikowi, skąd się wziął w Niemcach nazizm i jak to się stało, że ci ludzie byli skłonni do takiej nienawiści. Robi to w sposób bardzo subtelny i nie wprost – bohaterami książki są głównie zwykli, przeciętni Niemcy. To z ich perspektywy poznajemy opisywany świat, to ich myśli i uczucia znamy. Pomysł sam w sobie mi się spodobał i uważam go za ciekawą przeciwwagę do dominującej w literaturze popularnej narracji. Niestety wykonanie trochę szwankowało, bo – utożsamiając się ze swoimi bohaterami – momentami autor zahaczał o szukanie usprawiedliwienia dla nienawiści, a tego już chwalić nie mogę. Nic nie usprawiedliwia nienawiści – ani urazy z przeszłości, ani medialna propaganda. Nigdy. Trzeba starać się ją zrozumieć, trzeba ją wybaczać, ale usprawiedliwiać – nie. Nienawiść jest zła i tyle.  Trochę mi też zabrakło wyraźnej przeciwwagi dla tych tłumaczeń i wyraźnego powiedzenia czytelnikowi: to było złe. Zwłaszcza dziś trzeba o pewnych rzeczach mówić wyraźnie i wprost, bo jako społeczeństwo niemalże z tygodnia na tydzień jesteśmy coraz bardziej pełni niechęci i pogardy dla Innych. Teoretycznie po książki sięgają raczej ludzie inteligentni, otwarci, którzy umieją czytać między wierszami, ale to teoretycznie. W praktyce wszyscy dobrze wiecie, jak jest 😉


Góra Synaj  Krzysztofa Koziołka to poprawnie napisana powieść, która spodoba się przede wszystkim osobom zainteresowanym historią XX wieku. Wciągną się też miłośnicy kryminałów retro, którzy lubią zanurzyć się w zagadkach sprzed lat i nie mają wobec gatunku wygórowanych wymagań. Bo jeśli szukacie w literaturze czegoś wyjątkowego, jeśli liczycie na oryginalną i nowatorską powieść – to nie jest ten adres. Krzysztof Koziołek napisał książkę pociągową, czyli taką, którą można przeczytać przy okazji – podróży, wakacji, czekania w kolejce do dentysty i  będzie ona dla czytelnika miłym towarzyszem. Taka literatura też jest potrzebna, bo każdy ma ochotę czasem przeczytać i zapomnieć, prawda?

Moja ocena: 5/10

PS Za możliwość przeczytania książki dziękuję Business&Culture i Wydawnictwu Akurat.

Po więcej kryminałów retro zapraszam tu:

Marek Krajewski Arena szczurów

Katarzyna Kwiatkowska Zbrodnia w szkarłacie

Maryla Szymiczkowa Rozdarta zasłona

%d bloggers like this: