Czyje jest nasze życie? – Olga Drenda i Bartłomiej Dobroczyński

Lubię czytać książki, które w jakiś sposób inspirują mnie intelektualnie. Dzięki takim pozycjom rozwijam się, poszerzam horyzonty myślowe, a czasem – jeśli książka jest naprawdę dobra – zmieniam punkt widzenia na pewne sprawy. Staram się regularnie sięgać po felietony, wywiady-rzeki czy eseje i raz na jakiś czas urozmaicić sobie ten mój powieściowo-reportażowy świat. Dlatego nie miałam wątpliwości, że Czyje jest nasze życie?, czyli rozmowy dziennikarki i tłumaczki Olgi Drendy oraz psychologa i naukowca Bartłomieja Dobroczyńskiego to pozycja dla mnie.

O co chodzi?

Jak już wspomniałam Czyje jest nasze życie? to zbiór rozmów i – jak przeczytać możemy na okładce – została zainspirowana rozmowami publikowanymi w miesięczniku Znak w cyklu Mąciciele o dwóch głowach. Książka składa się z pięciu części, a każda z nich dotyczy innego elementu naszego życia – ciała, relacji z innymi, naszej rzeczywistości, stosunku do duchowości i wartości. Tak, rozstrzał omawianych zagadnień jest bardzo szeroki i obejmuje niemalże wszystkie strefy ludzkiej egzystencji. Siłą rzeczy nie da się ich omówić kompleksowo i szeroko, a Olga Drenda i Bartłomiej Dobroczyński skaczą po tematach, jak szalone pasikoniki. Tu zasieją wątpliwość, tam wywołają w czytelniku bunt, a potem pogłaszczą go po głowie i będą chcieli przytulać 😉 Jest w tym wszystkim sporo chaosu, ale jest to…

 Chaos kontrolowany

Rozmowy, które prowadzą Olga Drenda i Bartłomiej Dobroczyński są (z nielicznymi wyjątkami, o czym poniżej) interesujące i mądre. Nie ze wszystkim co mąciciele o dwóch głowach mówią jestem w stanie się zgodzić, a niektóre ich poglądy wywołują u mnie sprzeciw. Ale to dobrze, bardzo dobrze. Może jestem dziwna, ale lubię słuchać i czytać ludzi z którymi się nie zgadzam, ludzi podważających fundamenty mojego myślenia o sobie i o świecie. Dzięki temu wychodzę z intelektualnego rozleniwienia i odkrywam nowe punkty widzenia. Dlatego lektura książki była dla mnie przyjemnością i na pewno skłoniła mnie do analizy i rewizji pewnych moich poglądów na życie.

Jednak nie da się ukryć, że Czyje jest nasze życie? to pozycja bardzo specyficzna. Rozmowy mają charakter dość ogólny, czasem chaotyczny i często nie prowadzą do żadnych wniosków. Ich celem nie jest danie gotowego rozwiązania, a raczej wywołanie w czytelniku wątpliwości, wprowadzenie do naszych ułożonych i przygładzonych wizji świata niepokoju. Czyje jest nasze życie? to są raczej intelektualne zajawki, ćwiczenia z myślenia i gimnastyka mózgu. Nie spodziewajcie się książki z listą gotowych odpowiedzi, poradnika czy autorytatywnego wykładu.

Absolutnie nie twierdzę, że jest to wada, ale to nie jest dobra pozycja dla osób, które szukają gotowych rozwiązań albo lubią konkretne dyskusje z konkretnymi wnioskami. Swoją drogą, ja lubię konkretne dyskusje z konkretnymi wnioskami i momentami trochę mnie drażniło, że często Olga Drenda mówi jedno, a Bartłomiej Dobroczyński odpowiada na jej słowa w sposób bardzo luźny, w swojej wypowiedzi zahaczając jedynie o ich sens. Dzięki takim zabiegom dyskusja posuwa się do przodu, ale jeśli coś mnie zainteresowało wolałabym, żeby autorzy pociągnęli temat dalej. Z drugiej strony jest tu duża przestrzeń na moje wnioski i przemyślenia, a tych nigdy zbyt wiele!

Jest świetnie, ale czasem nie

Jak już wspominałam zakres tematów jest szeroki i większość z nich jest trafiona – widać, że autorzy czują się w nich dobrze, wiedzą co mówią i o czym mówią. Niestety, w książce znajdują się też rozmowy nieco słabsze i czuć, że to niekoniecznie są zagadnienia w których Olga Drenda i Bartłomiej Dobroczyńskiego czują się mocni. Są też (nieliczne!) fragmenty słabe, wydumane, nadinterpretowane. A jeden to mnie nawet zdenerwował. Tak zdenerwował, że aż o nim tu napiszę. Oto on:

B.D. – jest taki poziom przerażenia własną niższością, którego nie da się nasycić żadnymi przewagami ani sukcesami. Zauważ, że zwykle częścią tego, co nazywamy pouczaniem jest takie „wyjaśnienie” sprawy, żeby ktoś nic z niego nie zrozumiał

O.D. – to jest widoczne często w języku ekonomii albo prawa – dezorientacja Jana Kowalskiego zawiłymi objaśnieniami zjawisk, które można byłoby wyłożyć zrozumiale.

B.D. – pouczenie, które ma jednocześnie poniżać. Nie raz i nie dwa doświadczałem tego w kontaktach z informatykami i fachowcami od sprzętu audio. (…) Profesjonalizm polega moim skromnym zdanime m.in.na tym, że dobry fachowiec w jakiejś dziedzinie potrafi dostosować swoje zachowanie i język do prawidłowo zdiagnozowanych cech psychofizycznych osoby, której ma służyć. Jego celem nie ma być uzyskanie wątpliwej korzyści psychologicznej czy symbolicznej w postaci poczucia intelektualnej przewagi nad klientem.

Otóż nie! To, że prawnicy (i jak przypuszczam też informatycy i inni przesiąknięci swoją dziedziną fachowcy) mówią do swoich klientów tak skomplikowanym językiem nie wynika z poczucia wyższości/woli władzy/kompleksów czy innych negatywnych pobudek. To znaczy – może i czasem wynika, ale zasadniczo prawnicy mówią tak, jak mówią, bo nie umieją inaczej. Jeśli ktoś przez całe lata nauki i pracy posługuje się specyficznym językiem, to po prostu nim przesiąka. Bardzo, bardzo trudno jest w rozmowach z laikami mówić inaczej. A druga sprawa jest taka, że pewnych kwestii prawnych (i zapewne ekonomicznych, informatycznych i innych) bez używania charakterystycznych pojęć języka prawnego i prawniczego wytłumaczyć w sposób precyzyjny i dokładny po prostu się nie da. Bo są to kwestie tak subtelne, że użycie prostszego, potocznego sformułowania mogłoby prowadzić klienta w błąd. Jasne – profesjonalizm to mówienie do odbiorcy naszej usługi  językiem dla niego zrozumiałym, ale to jest sztuka niedostępna dla – strzelę – 90% prawników czy innych fachowców i to wcale nie dlatego, że są bucami, którzy chcą sobie poprawić samopoczucie dręcząc innych. Taki trochę offtop mi wyszedł, ale jak się nie wie na pewno, to lepiej nie przypisywać poszczególnym ludziom albo całym grupom zawodowym negatywnych intencji. Bo ktoś się może obrazić 😉

Czyje jest nasze życie? – to nie jest książka dla każdego

Kolejną kwestią, która sprawia, że Czyje jest nasze życie? nie spodoba się każdemu jest język, którego używają Drenda i Dobroczyński. Tematy o których mówią nie są znowu tak skomplikowane i ich sens spokojnie zrozumie każdy. Problem jednak w tym, że ilość słownictwa rodem z filozofii i psychologii, odwołań do różnych teorii, myślicieli jest naprawdę duża, a autorzy mają skłonność do opisywania prostych i oczywistych spraw w sposób niezwykle skomplikowany (aż się złośliwie chce zapytać czy w ten sposób manifestuje się ich przerażenie własną niższością? 😉 )  i przez to momentami wpadają nawet w pewnego rodzaju pretensjonalność. Przykład? Oto on. Rozmowa krąży wokół bezsensowności życia i samobójstwa.

O.D. – (…) Ale wracając do twojego pytania – nie zamierzam popełnić samobójstwa, przede wszystkim dlatego, że jest mi bliska etyka – również Schopenhauerowska – maksymalizacji współczucia i minimalizowania cierpienia, a proste ćwiczenie z wyobraźni (z czym zgadzają się też myśliciele, np. zdecydowany pesymista David Benatar) pozwala uświadomić sobie, że jeśli mamy bliskie relacje z innymi ludźmi, nasze samobójstwo może sprawić im ból. Myślę, że zwyczajna empatia pozwala na wykonanie takiego ćwiczenia – wyobrażenia sobie, że nagle znika ktoś ważny, a potem przeniesienie tego uczucia na kogoś, dla kogo istotni jesteśmy my.

Żeby odkryć, że po naszym samobójstwie będą płakali mama, tata, siostra, kot, dzieci, przyjaciele czy kto tam jeszcze jest blisko nas, trzeba przeprowadzać ćwiczenie z wyobraźni? Wow. Lubię, kiedy nawet o najtrudniejszych sprawach mówi się możliwie jak najprostszym językiem i choć książkę czytało mi się bardzo dobrze, rozumiałam zarówno słowa, jakich używali dyskutanci, jak i ich wypowiedzi, a zdecydowana większość rozmów była fascynująca, to trochę mnie drażniła ilość mądrych fragmentów. Ewidentnie Czyje jest nasze życie? to pozycja skierowana do bardzo wąskiej grupy ludzi. Czy to wada? Raczej nie, ale na pewno warto o tym wspomnieć pisząc o tej książce.


Jeśli lubicie mądre, ale niekoniecznie nieoczywiste rozmowy, jeśli przyjemność sprawiają Wam gry i zabawy intelektualne, jeśli interesujecie się otaczającym Was światem i jesteście ciekawi co mają na temat tego świata do powiedzenia inni (być może mądrzejsi) ludzie to Czyje jest nasze życie? będzie dla Was idealne. To bardzo specyficzna pozycja, zapis rozmowy i trudno ją jednoznacznie oceniać. Dlatego tym razem się od oceny powstrzymuję się – byłaby ona bez sensu! Napiszę tylko, że mi się – mimo pewnych zastrzeżeń – bardzo podobało. Tak podobało, że aż zamówiłam kolejną książkę z serii znakowych rozmów i na pewno za jakiś czas Wam o niej opowiem 🙂

PS Za możliwość przeczytania książki dziękuję Miesięcznikowi Znak.

Więcej inspirujących intelektualnie książek znajdziecie tu:

Umberto Eco Jak podróżować z łososiem

C.S. Lewis Listy starego diabła do młodego

ks. Jan Kaczkowski Grunt pod nogami

  • Już wcześniej widziałam tę książkę, ale teraz muszę ją przeczytać – uwielbiam takie :pobudzające” pozycje 😀

  • Też bardzo lubię książki, które gdzieś kolidują z moim podejściem i sposobem myślenia o pewnych kwestiach. Zwyczajnie to zmusza mnie do refleksji, a mam wrażenie coraz mniej ludzi poddaje się refleksjom tego co nas otacza, jacy ludzie, jakie zdarzenia, jakie poglądy. Bierzemy wszystko po prostu jak leci byle dalej gnać za tym światem. Ląduje na liście! <3

    • Cieszę się bardzo 🙂 To prawda, że coraz mniej jest przestrzeni – i w naszym życiu, i w mediach – na zastanowienie, refleksję i analizę swoich uczuć. Dobrze więc, że są takie książki 🙂

  • Czuję, że zdecydowanie jest to pozycja dla mnie! Ja wręcz wolę książki, które nie dają gotowych odpowiedzi i rozwiązań. Dla mnie najlepsze są te, które dają do myślenia i ta faktycznie taką się wydaje! Zapisuję. <3

  • A miałam tę książkę w ręce i w końcu jej nie kupiłam! Teraz, po przeczytaniu recenzji, żałuję i dopisuję na listę „do przeczytania”. Jednak w kwestii celowego wikłania wypowiedzi, żeby były niezrozumiałe dla laika, skłaniam się bardziej ku podejściu Drendy i Dobroczyńskiego. Rozumiem, że np. prawnikowi trudno jest coś wytłumaczyć bez używania terminów prawniczych, ale szacunek do rozmówcy nakazywałby jednak żeby te minimum wysiłku włożyć i chociaż postarać się przekazać informacje tak, żeby rozmówca zrozumiał. Jest tu jeszcze jeden aspekt: nieraz spotkałam się z tym, że po „przetłumaczeniu” zawiłej wypowiedzi „z polskiego na nasze”, było w niej bardzo mało treści. Najzwyczajniej jej autor nie miał nic do powiedzenia i próbował to przykryć (wątpliwą często zresztą) erudycją, metaforyką i skomplikowanym słownictwem.

    • To niestety często jest tak, że wkłada się ogromny wysiłek w wytłumaczenie prosto pewnych spraw, a one nadal nie są dla słuchacza zrozumiałe. To pewnie kwestia edukacji – może powinien być osobny przedmiot na każdych mocno specjalistycznych studiach? 😀 Inna sprawa – faktycznie często jest tak, że jak ktoś nie wie co powiedzieć, to mówi dużo niezrozumiałych rzeczy, żeby tylko wyjść na osobę, która wie co mówi. Tu się zgadzam 😉

%d bloggers like this: