Inwazja Wojtka Miłoszewskiego – recenzja

Ostatnio czytałam niemalże wyłącznie trudną, smutną, wymagającą literaturę i szczerze mówiąc trochę przegrzał mi się mózg. Ileż można się intelektualnie i emocjonalnie dręczyć 😉 Nabrałam wielkiej ochoty na odskocznię, na opowieść, która mnie wciągnie, odpręży i zresetuje. Było kilku kandydatów, ale to właśnie Inwazja Wojtka Miłoszewskiego okazała się być książką, którą wybrałam na odstresowanie. Apetyt miałam duży. Po pierwsze zaciekawił mnie sam pomysł na fabułę, w której Rosja wypowiada Polsce wojnę. W 2017 roku. Po drugie zainteresował mnie autor, który nie dość, że jest bratem mojego drugiego ulubionego polskiego kryminalisty, to jeszcze zasłynął jako scenarzysta bardzo przyzwoitego serialu Wataha. Spodziewałam się naprawdę godnej, fascynującej lektury. I niestety – trochę się zawiodłam.

Jedna powieść, a w niej cztery światy

Inwazja Wojtka Miłoszewskiego to kilkuwątkowa powieść sensacyjno-wojenna, z elementami fikcji politycznej. W książce można wyróżnić cztery niezależne wątki (które z czasem oczywiście zaczyna coś łączyć), a te cztery wątki stanowią tak naprawdę cztery odrębne literackie światy. Jest więc świat wielkiej, światowej i lokalnej, polskiej polityki, przedstawiony w kabaretowy i dość toporny sposób (który to styl może co wrażliwszych wyborców PIS-u skłonić do ciśnięcia książką o ścianę, ewentualnie do spalenia jej w piecu). Jest historia żołnierza Romana, a wraz z nią czytamy opisy działań wojennych, które mogłyby stanowić idealny scenariusz do emocjonującej gry komputerowej. Dużo akcji, sporo technicznych szczegółów, powaga przetykana kanciastym, męskim dowcipem. Dalej poznajemy historię Michała i jego rodziny, która przypomina serial wojenno-obyczajowy, o ciężkich losach niewinnych cywili w czasie II wojny światowej. Tu też jest najwięcej wczesnowojennej codzienności. A na koniec wisienka na torcie, czyli opowieść kryminalno-sensacyjna, w której występuje seksowna, bezwględna, ale samotna Danuta, jej ojciec – tyran i rekin biznesu oraz Zenon Marczak – tajemniczy bohater, który skrywa w sobie niejedną tajemnicę. I cóż… Za dużo tego. Każdą z tych historii czyta się jak odrębną książkę – nie ze względu na język (wtedy mogłoby być ciekawie!), tylko z powodu ogromnych różnic w sposobie prowadzenia fabuły. Podrozdziały opowiadające poszczególne wątki mieszają się ze sobą, a czytelnik czuje się, jakby skakał po kanałach telewizyjnych – tu Comedy Central, tam Klan, a na deser serial sensacyjny. Mi taka konwencja, takie pomieszanie gatunków się nie spodobało, choćby dlatego, że w ten sposób powstała książka dla każdego i dla nikogo. Bez sensu.

Mało realna II wojna światowa ubrana we współczesny mundur

Jednym z powodów, dla których bardzo chciałam przeczytać Inwazję Wojtka Miłoszewskiego była ciekawość – co by się stało, gdyby wybuchła wojna? Jak to by wyglądało? Co by się zmieniło? Lubię takie gdybania i miałam nadzieję na korowód ciekawych pomysłów. Jaka tu jest przestrzeń dla wyobraźni – internet, hakerzy, reakcja licznej polskiej emigracji zarobkowej, pokazanie wojny w zachodnich mediach – a to tylko kilka pomysłów, rzuconych od ręki. W tej fabule leży olbrzymi potencjał! Niestety, autorowi zabrakło oryginalności. Obraz wojny, która miałaby się rozgrywać w 2017 roku niepokojąco przypomina przeszłość, bo cała akcja mogłaby toczyć się w roku… 1939. Nie ma tu właściwie nic, co wyróżniałoby dzisiejsze czasy, nie ma żadnych nowotarskich pomysłów, żadnej zabawy konwencją. Trochę to tak wygląda, jakby Wojtek Miłoszewski przeczytał kilkanaście obyczajowych i wojennych powieści o II wojnie światowej, scalił je w jedno, ubrał we współczesne ciuszki, wyposażył w dzisiejszą broń i wysłał w świat. To jest za mało i naprawdę szkoda mi tego pomysłu. Może autor założył, że najbardziej lubimy czytać historie, które już znamy? A może po prostu mu się nie chciało?

No i kolejna sprawa. Wiem, że to jest fikcja. Wiem, że autor ma tu prawo fantazjować. Jednak jeśli już przedstawia sytuację geopolityczną świata w sposób realny, jeśli Polskie władze są opisane w sposób do złudzenia przypominający dzisiejszych rządzących (choć jest to obraz wycięty żywcem z Ucha prezesa), to może warto byłoby zadbać o to, żeby przyczyny wybuchu wojny i jej przebieg miały w sobie choć lekką nutkę prawdopodobieństwa. Niestety Inwazja Wojtka Miłoszewskiego jest w tych kwestiach mocno oderwana od rzeczywistości, logiki czy wiedzy o współczesnym świecie.

Postacie kobiece rodem z seksistowskiego piekła Playboya

I to raczej z tego Playboya wydawanego w latach dziewięćdziesiątych. Żadna z opisywanych w powieści kobiet nie została obdarowana przez autora ciekawą albo choćby autentyczną osobowością. Nie. Wychodzi na to, że kobietom nie potrzebna jest osobowość. Kobietom potrzebne są fajne cycki i gęste włosy. Osobowość? Po co? W książce mamy dwie istotne bohaterki – Basię i Danutę. Generalnie panie stanowią swoje przeciwieństwa, ale jedno je łączy. Obie są cholernie atrakcyjne seksualnie, choć każda na swój sposób. Delikatna, macierzyńska Basia (żona Michała i matka jego dzieci) jest bardziej w stylu MILF, a ostra, bezwględna Danuta przypomina trochę bohaterkę filmu erotycznego. I poza niewątpliwymi walorami fizycznymi niewiele da się o tych paniach powiedzieć. Basia jest miła i stroi czasami fochy, które szybciutko jej przechodzą (te kobietki!), a Danuta skrycie marzy o wielkiej miłości (bo o czym może marzyć kobieta, prawda?) i chowa w sobie nienawiść do tatusia. To właściwie tyle w temacie. Epizodyczne postacie kobiece nie poprawiają sytuacji – to korowód istot płci żeńskiej o fajnych cyckach i istot płci żeńskiej, które nie mają fajnych cycków i są brzydkie. Koniec opisu. U mnie właśnie otworzyły się wrota do seksistowskiego piekła, a u Was? To znaczy – nie zrozumcie mnie źle, męskim bohaterom też daleko do doskonałości, też są mocno skupieni na swojej fizyczności, ale widać, że przy ich tworzeniu autor się trochę bardziej starał. Kobiety zaś mają być po prostu ładne, przygłupie i łatwe do prowadzenia. Brrr.

Inwazja Wojtka Miłoszewskiego – za co ją polubicie?

Tyle się namrudziłam, a przecież Inwazja Wojtka Miłoszewskiego ma też zalety! Przede wszystkim jest dobrze napisana. Autor ma lekki, swobodny styl i umie wciągnąć czytelnika w swoją opowieść. Książkę czyta się naprawdę dobrze, szybko i przyjemnie, a momentami trudno się od niej oderwać. Ja nie mogłam! Mimo tych wszystkich niedociągnięć, mimo tych irytujących pełnych piersi i skakania po konwencji, chciałam wiedzieć, jak potoczą się losy bohaterów i przewracałam strony z prędkością światła. Dzięki temu Inwazja Wojtka Miłoszewskiego broni się jako czytadło i osobom potrzebującym lekkiej, niewymagającej lektury mogę ją z czystym sumieniem polecić. Może nie byłby to mój pierwszy wybór, bo lekkich, a zarazem lepszych książek, jest na rynku sporo, ale jeśli interesuje Was ten temat, lubicie wojenne, szybkie, męskie historie i nie macie wielkich oczekiwań wobec książek, to czytajcie na zdrowie 🙂

Do grona zalet zaliczam też język, bo Wojtek Miłoszewski potrafi pisać ładnie i po polsku. Nie ma tu stylistycznych potworków, ani słownych zgrzytów, jest za to lekkie pióro. Biorąc pod uwagę, jak wiele wydawanych obecnie powieści jest źle napisanych, to znalezienie takiej, która swobodnie prowadzi czytelnika przez fabułę, jest czymś zasługującym na wyróżnienie. W ogóle myślę, że Wojtka Miłoszewskiego stać na dużo, dużo więcej. Jego powieść to debiut i mam szczerą nadzieję, że wyciągnie wnioski, a następna książka będzie o kilka poziomów lepsza od Inwazji. Tak. Przeczytam jego kolejną książkę i będę mocno trzymała kciuki za to, żeby się pięknie rozwinął.


Inwazja Wojtka Miłoszewskiego to niewątpliwie wciągająca i emocjonująca powieść, która w księgarni powinna leżeć w okolicach książek Remigiusza Mroza (którego, jak wiecie, lubię, więc nie jest to krytyka czy złośliwość). To dobre czytadło – nada się na odstresowanie albo do długiej, wakacyjnej podróży pociągiem pełnym ludzi. Jeśli więc szukacie tego typu literatury – nie powinniście się zawieść. Jeśli oczekujecie od książek czegoś więcej – odpuście.

Moja ocena: 5/10

PS Za możliwość przeczytania książki dziękuję PRart Media i Wydawnictwu WAB.

Po więcej rozrywkowych polskich powieści zapraszam tu:

Remigiusz Mróz Wotum nieufności

Zygmunt Miłoszewski Bezcenny

Marek Krajewski Mock

  • Hmmm, przymierzam się do przeczytania tej książki, bardzo ciekawi mnie styl autora.

    Pozdrawiam

  • Powieść zupełnie nie z moich rejonów czytelniczych i nawet gdybyś ją mocno chwaliła, to i tak bym pewnie po nią nie sięgnęła. Ale muszę napisać, że mnie zawsze w wyobrażeniach WWIII (lec takich, w których nie sterylizujemy od razu planety ;)) ciekawi rola kobiet. W 1939 wiadomo było, że w partyzantce, w sporym uproszczeniu oczywiście, jeśli facet to żołnierz, a jeśli kobieta to sanitariuszka. Jak by to wyglądało dzisiaj w Polsce, gdzie emancypacja utknęła gdzieś w połowie? Poczytałabym o tym 😀

    • Racja, to kolejna płaszczyzna do fascynujących gdybań 🙂 Swoją drogą u Miłoszewskiego nie było w armii chyba żadnej kobiety – sami super-twardzi mężczyźni. A przecież kobiety w wojsku są! 🙂

      • Tym mniej żałuję, że książki nie przeczytam 😛

  • Nie czytam takich książek, ale gdy tylko przeczytałam opis Inwazji odrzuciło mnie to, że autor opiera się na aktualnej sytuacji politycznej. Bardzo łatwo książka może się w takiej sytuacji stać opisem poglądów politycznych autora. No i niby temat fajny, co by było, gdyby, ale jakoś do mnie nie przemawia 🙂

    • Ta książka jest (leciutko zawoalowanym) opisem poglądów politycznych autora 😉 Moim zdaniem przy takich lekkich i rozrywkowych lekturach rzecz zupełnie niepotrzebna.

      • No tak, w sumie napisałaś, że może skłonić wyborców PISu do ciśnięcia nią o ścianę. Też myślę, że to zupełnie niepotrzebne.

%d bloggers like this: