Złe matki są najlepsze – Matylda Kozakiewicz – recenzja

Segrittę podczytuję już od kilku lat. Lubię jej styl i to, że pisze teksty, które zmuszają czytelnika do zastanowienia. Nawet jeśli się z nimi nie zgadzam, nawet jeśli myślę sobie bzdurrrra (co się parę razy zdarzyło), to potem i tak nad nimi główkuję. Jednak na prawdziwie regularne czytanie przestawiłam się, kiedy Matylda ogłosiła, że jest w ciąży. Tak się złożyło, że ja też byłam! I też na początku! Teraz nasze dzieci dzieli zaledwie kilka tygodni, do tego macierzyńskie opinie Segritty są mi niezwykle bliskie i cała ta filozofia bycia złą matką również. Matylda myli się całkowicie tylko w jednej kwestii. Oczywistym jest przecież to, że to MÓJ Gryzak, a nie jej Kociopełek jest najpiękniejszym dzieckiem na świecie. Ale co zrobić, dziewczyna zaślepiona miłością, takie rzeczy się wybacza 😀 Dlatego sami rozumiecie, że jej książka – o wiele mówiącym tytule: Złe matki są najlepsze – to był dla mnie punkt obowiązkowy i jak dotąd jest to jedyna pozycja autorstwa znanego blogera, po którą sięgnęłam.

Jak Złe matki są najlepsze wygląda w środku?

Tak naprawdę Złe matki są najlepsze to zbiór wpisów i felietonów z bloga autorki poszerzony o niepublikowane tam treści, głównie o charakterze poradnikowym i rozrywkowym. Podczas lektury miałam wrażenie, że cały czas po prostu czytam bloga Matyldy, przetykanego wpisami z fanpage’a Złej matki. Po analizie okazało się, że było to wrażenie błędne (teksty z bloga w niezmienionej lub nieznacznie zmienionej wersji stanowią trochę ponad połowę treści. Wiem, bo sprawdziłam 😉 ), niemniej w Złe matki są najlepsze znajdziecie większość parentingowych wpisów z segritta.pl. Oprócz nich są tu teksty różnego rodzaju, m.in. ciążowe i rodzicielskie zabobony, bardzo fajny felieton o tym, że w ciąży jesteś boska, bo robisz właśnie człowieka z jednej komórki <3, trochę ciekawostek o noworodkach, rozsądną listę prezentów dla dziecka w wieku do półtora roku. Poza tym jest tu trochę porad – między innymi tekst o relacji dziecka z psem, z którym – jako osoba przez lata wychowująca psy – nie mogę się do końca zgodzić. Całość jest nieco chaotyczna i wspaniałe, naprawdę dające kopa rozdziały, takie jak Czego możesz się bać przed porodem, są pomieszane z zapchajdziurami o przekłuwaniu uszu dzieciom (co to ma do bycia szczęśliwą mamą?!). Trzeba też podkreślić, że Złe matki to krótka książka, do przeczytania dosłownie w dwie-trzy godziny.

Czego mi zabrakło, co mi przeszkadzało?

Zgodnie z tytułem – ma to być poradnik szczęśliwej mamy. Czyli mamy, która ma zdrowe podejście do siebie, swojego dziecka i macierzyństwa. Jednak między tytułem a treścią jest pewna rozbieżność. Będę ugodowa i nie podważę obecności w książce rozdziałów o prezentach dla półtoraroczniaka czy o noworodkowych ciekawostkach – to są fajne fragmenty i nawet jeśli nie do końca mieszczą się w zakreślonym przez tytuł zakresie, dobrze tu pasują. Nie da się jednak ukryć, że trochę czego innego się spodziewałam, biorąc pod uwagę treść okładki i opis z tyłu. Myślałam, że w Złych matkach będą pozytywne treści o byciu mamą, odnajdywaniu siebie, zdrowym egoizmie, więc zaskoczyły mnie dodatkowe porady o tym co warto nosić ze sobą w torebce.

Ale najbardziej mi nie pasowała obecność rozdziałów zahaczających o wiedzę specjalistyczną. O kładzeniu dziecka na brzuszku, karmieniu i niejadkach, brudzie czy relacji dziecko-pies. Nie twierdzę, że są to teksty błędne. Ba, z mojego doświadczenia i wiedzy okołointernetowej wydaje się, że (poza bakteriami i psami) to wszystko ma sens, ale problem polega na tym, że mi się tylko tak wydaje. Nie jestem specjalistką. Autorka też nie (wyjątkiem jest fragment o psach, ale w nim akurat moim zdaniem nie ma do końca racji). Brakuje mi przy tych bardziej specjalistycznych fragmentach opinii ekspertów. Albo chociaż konsultacji merytorycznej. Albo przypisu, bo jeden przypis na całą książkę to trochę mało. Dzięki temu Złe matki zdecydowanie zyskałaby na wartości i wiarygodności. A jeśli żadna z tych rzeczy nie była możliwa, to trzeba było te fragmenty po prostu usunąć i zastąpić większą ilością pozytywnej treści i osobistych historii autorki, które przecież stanowią cały sens Złych matek.

Trochę mi też przeszkadzało, że porady Matyldy są czasem bardzo… spersonalizowane. Na pierwszy plan wysuwa się tu kwestia specjalnych ubrań ciążowych, które są według autorki generalnie niepotrzebne. Poza spodniami: ze spodniami jest inna historia, bo faktycznie z czasem zaczynasz potrzebować trochę więcej miejsca w talii, ale wystarczy, że założysz spodnie dresowe lub takie w typie dresowych – a do tego dłuższą, bawełnianą bluzkę. Wszystko się elegancko mieści. Możesz co najwyżej kupić jedną parę dżinsów z rozciągliwym pasem, bo czasem zdarza się okazja, kiedy wypada jednak włożyć dżinsy, a nie dres. Nie wiem, ja miałam taką okazję w ciąży niemalże codziennie, a nie czasem. Poza tym – nie lubię chodzić w dresach, nawet po domu. I lubię sukienki. Miałam trzy pary spodni ciążowych i trzy specjalne sukienki, sporo bluzek i ogólnie wszystko mi się bardzo przydało. Nie przydał mi się za to w ogóle stanik do karmienia, bo mam za duży biust i było to mega niewygodne. Nosiłam zwykły, ten sam, co w trakcie ciąży. To mam Wam teraz napisać, że Wy też nie musicie sobie kupować stanika do karmienia, bo mi wystarczyła zwyczajna bielizna? I tego typu rad jest więcej. Jeśli te porady uznamy za fragmenty osobistych, subiektywnych felietonów i wspomnień – okej, ale jeśli ktoś potraktuję tę książkę jak klasyczny poradnik i kupi ją po przejrzeniu spisu treści, to może się nieco zawieść. Szczerze? Albo bym tej książki nie nazywała poradnikiem, tylko zbiorem felietonów, albo uzupełniła o przypisy/opinie ekspertów albo usunęłabym wszystkie treści, które wprost nie dotyczą bycia szczęśliwą mamą. A jeśli po usunięciu tych treści zostałoby za mało tekstu, to bym ten tekst po prostu dopisała. 

Zbiór pozytywnych felietonów – tak

Natomiast książka broni się, jeśli potraktujemy ją jako zbiór felietonów/drogowskazów do stania się spełnioną mamą. Ciekawy – bo Segritta potrafi wciągnąć czytelnika w swoje opowieści. Inspirujący – bo pokazuje szczęśliwą i fajną kobietę. Lekki – szybko i przyjemnie się go czyta. Miły dla oka – bo świetnie, dowcipnie i trafnie zilustrowany. A przede wszystkim bardzo potrzebny. Bo wcale nie jest łatwo być matką w naszym społeczeństwie. To znaczy – owszem, macierzyństwo może być genialną przygodą. Dla mnie jest. Nic mi w życiu nie dało tyle satysfakcji, radości i dumy, co bycie z Synem Gryzakiem. Ale macierzyństwo może być też doświadczeniem bardzo ciężkim, często dla kobiet traumatycznym. Niby ostatnio coraz więcej się o tym mówi, ale – mam wrażenie – w niezbyt trafny sposób. Jako przykład może posłużyć laureatka Paszportu Polityki Natalia Fiedorczuk i jej książka Jak pokochać centra handlowe?, która robi z bycia matką jakiś dziwny, paskudny, lepki koszmar, spowodowany przez te męczące dzieci, które nie dają matce wypić kawy. Tymczasem – jeśli mama się męczy – to nigdy nie jest wina dziecka. Jeśli kobieta jest nieszczęśliwym rodzicem, to – poza sytuacjami takimi, jak choroby czy bieda – to musi być wina a) otoczenia, b) jej podejścia do siebie i dzieci, c) a i b naraz. I co ciekawe, w wielu przypadkach działa zmiana odnośnie do punktu b. Chcemy wszystko robić same, perfekcyjnie, żyjemy na wiecznych wyrzutach sumienia, ze zmęczenia tracimy cierpliwość, krzyczymy. Wracamy do pracy – mamy do siebie pretensje, że dziecko jest samo. Nie wracamy do pracy – jest nam źle i czujemy się przygłupimi kurami domowymi. Same się nawzajem w te wyrzuty sumienia wpędzamy. A ciocia Segritta mówi nam: cieszcie się chwilą, cieszcie się sobą, nie słuchajcie głupich rad, idźcie za swoim instynktem i bądźcie egoistkami, bo macie prawo. A przede wszystkim – pogódźcie się z tym, że nie ma matek idealnych i bądźcie szczęśliwe. Dla mnie to rzecz oczywista, ale z tego co widzę dookoła – nie jest ona oczywista dla każdej matki. I dlatego cieszę się, że Złe matki są najlepsze powstały. Brawo za takie treści, za promowanie prawdziwego, nieprzesłodzonego, ale pozytywnego macierzyństwa!


Jeśli lubicie blog Matyldy i jej styl pisania sięgajcie po Złe matki są najlepsze, tylko pamiętajcie, że znajdziecie tu sporo znanych z segritta.pl treści. Jeśli bloga nie czytacie (w co szczerze mówiąc wątpię, bo trochę już Was znam 😀 ), ale lubicie dobrze napisane, lekkie i bardzo pozytywne felietony oraz interesujecie się tematyką ogólnorodzicielską – również się nie zawiedziecie. Jeśli chcecie sposobu na odnalezienie się w dżungli macierzyństwa i potrzebujecie pozytywnego kopa – czytajcie. Jeśli spodziewacie się dziecka i chcecie poznać relację matki – szczerą, bez upiększeń i instagramowych kłamstw, która zarazem nie jest lamentem zrozpaczonej męczennicy – warto po Złe matki sięgnąć. Mi, mimo moich licznych uwag, się podobało. Czytałam sobie w Dzień Matki na tarasie, popijałam zimnego drinka i dobrze się bawiłam. Czego i Wam życzę. Żebyście się dobrze bawiły – wychowując dzieci i czytając tę książkę. Może nie zmieni ona świata, ale na pewno da Wam świetną energię. A to jest chyba najważniejsze 🙂

Moja ocena: 6/10

PS Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Znak.

  • Zastanawiam się, czy ją kupić. Nie czytam Segritty, ale kto wie, może mi się przyda inne podejście?

  • Szkoda. Czyli jednak rozczarowujące. ja generalnie nie lubię jak udzielają porad osoby bez specjalistycznego przygotowania. Pewnie wiedza porównywalna z moją 😉 a jednocześnie nie rozumiem tego opierania książki o teksty na blogu skoro pewnie glowni kupujący to właśnie czytelnicy. Może się czepiam trochę, ale dla mnie blog to takie regularne ćwiczenie pisania i fajnie jakby potem wyszło cos fajnego – a z opisu wynika ze to troche takie niewiadomoco. Dzięki za recenzje – to chyba jedna z pierwszych!

    • Wiesz, tych porad nie ma tam jakoś bardzo dużo, ale mnie to jednak raziło, więc musiałam wylać żal 😉 Ogólnie – przekaz i atmosfera książki bardzo pozytywne, ale określenie „niewiadomoco” faktycznie trochę do niej pasuje.

  • Emilia Sz

    „Jak pokochać centra handlowe” to jest obraz macierzyństwa z perspektywy depresji poporodowej. Uważam, że jest potrzebna, bo o tego rodzaju depresji nigdy nie mówiło się i nadal nie mówi głośno. A tymczasem to doświadczenie całkiem sporej grupy matek, wiele z nich się w tym mniej lub bardziej odnajduje.

    • Nie tylko. Natalia Fiedorczuk na koniec książki wyraźnie podkreśla, że to opowieść nie tylko o niej i jej doświadczeniach, ale ogólnie – o matkach i tym samym jest to historia zbiorowa. Opowieść o depresji i pokazanie macierzyństwa z tej perspektywy jest jej istotną i ważną częścią, ale tylko częścią.

%d bloggers like this: