Dlaczego „Małe życie” nie zostało książką mojego życia?

Do lektury podchodziłam z ogromnym entuzjazmem – lubię emocjonalne, mocne książki, uwielbiam grube tomiszcza i nie boję się trudnych tematów. Pierwsze 300 stron przeczytałam z wypiekami na twarzy – Hanyi Yanagiharze nie można odmówić umiejętności snucia opowieści i warsztatu pisarskiego. Tak – Małe życie jest napisane dobrze, a nawet bardzo dobrze. Yanagihara ma taki styl, który pochłania czytelnika w całości, wciąga i opętuje. Zdania łyka się w całości, a od lektury nie można się oderwać. I tak sobie czytałam i myślałam, że mam kolejną sensację na miarę zeszłorocznego Szczygła Donny Tartt (klik). Ale niestety. Po jakiś 300 stronach coś zaczęło zgrzytać i zgrzytało coraz bardziej do końca książki. Co zgrzytało? Już mówię. Aha. W tekście są nieznaczne spoilery, ale inaczej się po prostu nie da.

Koszmar na koszmarze, koszmarem pogania

Problemów z Małym życiem jest kilka, ale przede wszystkim na pierwszy plan wysuwa się fala koszmarów, która dotknęła Jude’a – głównego bohatera. Fala koszmarów, która wydaje się być nieco… absurdalna. Tego wszystkiego było za dużo. Zbyt brutalnie, zbyt agresywnie, zbyt naturalistycznie. Po co? Wiecie, kiedy autor pokazuje przemoc, agresję czy ludzkie nieszczęście to powinno czemuś służyć, powinno być środkiem, a nie celem samym w sobie. W przypadku Małego życia miałam momentami wrażenie, że to właśnie nieszczęścia Jude’a są tematem powieści, a cała ta potworność ma na celu jedynie podbicie wyników sprzedaży, a nie przekazanie istotnych treści. Bo żeby przekazać to co autorka nam ostatecznie przekazuje w finale, okropność i ohyda w takiej skali nie były wcale potrzebne.

Promyczek dla dużych dzieci

Kolejną sprawą jest pewna naiwność – parę razy wydawało mi się, że czytam dorosłą wersję Promyczka Kim Holden. Dla niewtajemniczonych Promyczek to powieść dla nastolatków i młodych dorosłych (BĘDĄ SPOILERY), po którą sięgnęłam ze względu na mój ulubiony, melodramatyczny motyw ciężkiego, śmiertelnego schorzenia głównej bohaterki, która jest takim promyczkiem szczęśliwości, mimo że jej życie przypomina jeden z kręgów dantejskiego piekła. W przypadku Jude’a miałam podobne odczucia –  mimo fali koszmarów, jaka go dotknęła (a może przez nią?) Jude jest wspaniałym przyjacielem, super-intelignetnym, wybitnym prawnikiem, dobrym człowiekiem, pracowitym, zaciskającym zęby bohaterem. Chociaż z czasem w tym wizerunku pojawiają się pewne pęknięcia i rysy, to jednak ogólny przekaz jest taki, że Jude mógłby zostać świętym, taki jest dobry, wspaniały i wybitny. I to połączenie wspaniałego człowieka z cierpieniem jest tandetne oraz bardzo, bardzo naiwne. Sprawdza się w powieściach dla młodzieży, ale w ambitnej prozie dla dorosłych czytelników już niekoniecznie.

Melodramatyzm

Taaaaa. Był taki moment, że Małego życia wręcz nie dało się czytać. Ten moment nastąpił, gdy do historii wdarł się wątek romantyczny. I absolutnie nie chodzi mi to, że był to wątek homoseksualny. Problemem były raczej nie kończące się rozmowy pary kochanków, rozstrząsania, rozważania, blablabla. Gdybym mogła wykreśliłabym jakieś 50 stron powtarzania wciąż tego samego. Lubię dobrze napisane historie miłosne, ale niestety ta, która jest w książce, dobra nie jest. To chyba w ogóle jest największa warsztatowa wada tej powieści – skopany, melodramatyczny do mdłości i za długi wątek miłosny. Fuj!

Czy ta opowieść jest psychologicznie autentyczna?

Nie wiem. Ciężko jest to oceniać, bo po pierwsze – żyję w świecie skrajnie odmiennym od nowojorskiej codzienności opisanej w powieści. Po drugie trudno jest chyba komukolwiek – a zwłaszcza laikowi – stwierdzić, jak może funkcjonować ludzka psychika po tak ogromnych traumach jakich doznał Jude. Jednak ja – gdzieś od połowy książki – miałam wrażenie, że to wszystko do siebie nie pasuje, że to niemożliwe, żeby Jude miał taki charakter. Poza tym osoba Jude’a ma tyle cech kulturowo przypisywanych kobiecie, że w pewnym momencie zaczęłam się zastanawiać czy Jude pierwotnie nie miał się nazywać Judy, ale autorka zmieniła mu płeć, żeby historia była bardziej oryginalna i kontrowersyjna.


Wiecie. Tak naprawdę to ja wcale nie uważam Małego życia za złą powieść i nie żałuję czasu z nią spędzonego. To kawał solidnej, dobrze napisanej prozy, ciekawej, wywołującej dyskusje i kontrowersje. Przecież o to w książkach chodzi, żeby dzieliły, żeby prowokowały, żeby zmuszały do dyskusji i do rozmów. A szczerze mówiąc jeszcze nigdy w historii mojego blogowania żadna pozycja nie wywołała takiej lawiny komentarzy (zwłaszcza na Instagramie, ale nie tylko) i to tak skrajnych. Kiedy tylko pokazałam Małe życie w mediach społecznościowych jedni pisali kocham, drudzy nieznoszę. Bardziej wyważonych komentarzy prawie nie było. To o czymś świadczy i moim zdaniem świadczy o książce dobrze. Poza tym Małe życie ma wiele zalet – jak choćby to, że pokazuje szerokiemu gronu czytelników miłość homoseksualną, jako coś normalnego i oczywistego oraz to że poruszając trudne tematy może uwrażliwiać czytelnika. Jednak ja nie mogę niestety powiedzieć, że jest to książka mojego życia. Ba. Nie mogę nawet powiedzieć, że jest to książka miesiąca.

Moja ocena: 6/10

  • „Małe życie” już od długiego czasu czeka na mnie na czytniku. Ty się nie boisz „grubasków”, ja trochę tak 😉 bo dawno już nie trafiłam na takiego „grubaska”, który w pewnym momencie nie zacząłby mnie męczyć. Ciesze się, że przeczytałam Twoją recenzję – trafiałam głównie na zachwyty, a dzięki Tobie już bardziej wiem, czego mogę się spodziewać po tej książce. I chyba jeszcze troszkę poczeka… 😉

    • A wiesz, że coś w tym jest z tymi grubaskami? Bardzo często zdarza mi się je przerywać i robić przerwę na coś innego, a potem do nich wracać 🙂 Przebywanie zbyt długo w jednym świecie bywa jednak dość nużące 😉 Ale i tak lubię, bo duża książka=dużo radości 😀

  • Świetna recenzja! Ja tej książki nie czytałam i nie zamierzam. A powód jest dość prosty: na Amazonie przeczytałam sobie kilka pierwszych stron i… nie spodobał mi się styl 😉 Nie chciało mi się po prostu dalej czytać. Już tak mam, że jeśli książka mnie czymś nie zaintryguje od samego początku (nie musi nawet być od razu super ciekawie, wystarczy, że język jest piękny, albo jakieś zdanie chwyci mnie za serce), to nie czytam. Poza tym postać tego strasznie doświadczonego bohatera w wielu recenzjach wyłania się właśnie jako mało realistyczna. Powiem szczerze, że jak już mam czytać o tego typu okropnościach (wiem, o jaką traumę w książce chodzi, bo sobie ostatecznie przeczytałam streszczenie), to wolę je w formie reportażu. Wtedy przynajmniej wiem, że taka osoba naprawdę istniała i naprawdę tego doświadczyła. Ale z drugiej strony zgadzam się, że dobrze, iż powstają takie książki, które wzbudzają emocje i kontrowersje, i prowokują dyskusje 🙂

    • Z tymi reportażami to prawda, jeśli już czytać o okropnościach, to najlepiej takich, które wydarzyły się naprawdę. Wtedy przynajmniej poszerza się wiedzę i jest to kolejny krok do zrozumienia świata. Z drugiej strony – ostatnio dość często czytam non-fiction na trudne tematy i jest mi później bardzo, bardzo smutno (podobny temat był na przykład w „Czy Bóg wybaczy siostrze Bernadetcie?” Justyny Kopińskiej, książce, którą odchorowywałam chyba przez tydzień). A w przypadku „Małego życia” było to wszystko tak mało realne, że gdzieś w połowie przestałam współodczuwać z głównym bohaterem.

  • Agata

    Rozmawiałam o tej książce ostatnio z koleżanką. „Małe życie” dostała pod choinkę (bo taki hit empiku, że musi być dobre) i męczyła chyba ze 2 miesiące. Stwierdziła, że do połowy nic się nie działo 😉 Ja do takich właśnie „hitów” podchodzę zazwyczaj jak do jeża i tym razem jest podobnie. Raczej sobie tą powieść odpuszczę.

    • Do połowy faktycznie jest w miarę spokojnie i dlatego czytało mi się bardzo dobrze 😉 Potem zaczyna się robić zbyt paskudnie. Jeśli nie jesteś przekonana i masz ograniczony czas na lekturę, to faktycznie lepiej przeczytać coś innego 🙂

  • kalimak

    My się z Disqusem bardzo nie lubimy i tak już chyba z trzy czy cztery posty mi minęły i nic nie wydukałam w komentarzach, a chciałam. W międzyczasie jednak przywitałam się na IG i podziękowałam za wciągające „insta-story” 🙂

    No chyba będę musiała po „Małe życie” w końcu sięgnąć właśnie dlatego, że kontrowersyjne. Jak wyszło i wydawało mi się, że wszyscy czytają to nie byłam na siłach sięgać po tak ciężką i smutną lekturę. Z przyjściem lata dostałam zastrzyk witaminy D i, co za tym idzie, optymizmu, więc może dam radę.

    Po poprzednią książkę Yanagihary też tak niby sięgałam i nie sięgnęłam ostatecznie. „The People in the Trees” intrygowało mnie motywem badań antropologicznych i podróży w nieznane… ale recenzje mnie skutecznie od książki odsunęły. Nie będę to spojlerami rzucać, ale te „ciężkie wątki”, które wydały Ci się przeładowane w „Małym życiu” grają zdaję się podobną rolę w poprzedniej powieści…

    Za sprawą Twojej recenzji trzeciej powieści Tartt, Magdo, na pewno ją przeczytam. A tę z kolei odsuwałam specjalnie… bo „Tajemna historia” tak mi się podobała, że bałam się rozczarować. „Mały przyjaciel” stoi u mnie na półce, bo pierwsze strony nie wciągnęły i nie byłam w nastroju by brnąć dalej.

    Jeśli mogę coś polecić, to chciałabym wspomnieć o Ruth Ozeki. Nie wiem czy jej debiutancka powieść „My year of Meats” wyszła w Polsce, ale widzę, że jest przekład „A Tale for the Time Being” jako „W poszukiwaniu istoty czasu.” Obydwie mi się podobały, ale „My year of Meats,” inspirowane „Zapiskami spod wezgłowia” Sei Shonagon szczególnie. Poczucie humoru i subtelna zabawa literacka świetnie tu grają z nieco mrocznym tematem co tam nam do mięsa pakują…

    • „Mały przyjaciel” mi się nie podobał, ale zamierzam dać tej powieści jeszcze jedną szansę, bo jakoś cały czas wracam do niej myślami (a przecież czytałam ją prawie rok temu!). A „Szczygieł” i ja… to jest miłość <3 "Tajemna historia" też bardzo mi się podobała, byłam zachwycona i obiektywnie patrząc – wydaje mi się, że to jest lepsza książka, ale to "Szczygieł mnie pochłonął i zdobył moje serce.

      Ruth Ozeki zapisuję, dziękuję! 🙂 Zbieram właśnie książki do majowych zakupów, więc może wpadnie do koszyka jeszcze w tym miesiącu 😀

  • Dobra, to chyba będzie dłuższy komentarz, bo chcę się trochę pozgadzać, a trochę „pokłócić”. Zrobię to po kolei w punktach, żeby się nie pogubić ;P I ostrzegam, że trochę tu spoilerów.

    1. Też ta liczba traumatycznych przeżyć Jude’a wydała mi się dziwna. Z drugiej strony, odbiegając od kontrowersyjności samego pomysłu, Yanagihara (yey, umiem to napisać z pamięci!) opisała wszystko z wielkim wyczuciem, tak że nie raziło mnie mimo mojej niskiej tolerancji wobec literackich patologii.

    2. Zauważ, że Jude jest normalny tylko z pozoru. Odbieram to jako próbę pokazania, że trauma dotyka nie tylko „psycholi”, ale również właśnie osób na pozór normalnych. Co do jego wiarygodności – odebrałam go po prostu jako wrażliwego człowieka, ale twoja wypowiedź o kobiecości nasunęła mi na myśl, czy może nie było to celem autorki? Podkreślenie, sama nie wiem, płynności między płciami? To samo można odnieść wtedy do orientacji seksualnej Willema (SPOILER ALERT: zaczyna on ją sobie uświadamiać dopiero pod wpływem wyznania Jude’a). Choć to taka trochę teoria pomyślana na gorąco ;D

    3. Tutaj muszę napisać, jak bardzo denerwuje mnie blurb tej książki, bo oczekiwałam czegoś zupełnie innego i mam wrażenie, że autorka również zmieniła nieco koncept w czasie pisania. Czy tylko się spodziewałam opowieści o czworgu przyjaciół? Tymczasem reszta staje się w zasadzie tylko tłem dla Jude’a. Tak samo w pewnym momencie głównym wątkiem staje się wątek związku Jude’a i Willema. Jak można było to pominąć w blurbie? Swoją drogą, to chyba najciekawszych „wątek homoseksualny”, z jakim się dotąd spotkałam. Niepretensjonalny i bardzo ludzko opisany. Autorka świetnie opisała, jak przyjaźń przekształca się płynnie w miłość. A za samą literaturą LGBTQ nie przepadam, głównie ze względu na to sztuczne wyodrębnienie.

    4. Melodramatyzm… Jest obecny, ale również jakoś specjalnie mi nie przeszkadzał. Spowodowany jest chyba głównie tym, jak długi jest proces „oswajania” Jude’a i „uczenia” go normalnego związku. Dopiero po wypadku pojawia się go trochę za dużo.

    Jejku, zaczynam żałować, że nie napisałam wcześniej recenzji „Małego życia”, bo widzę, że wciąż jest dużo rzeczy, którymi chciałabym się podzielić. Myślisz, że po pół roku nie jest za późno? ;D

    • Podoba mi się Wasza teoria, że Jude miał być kobietą. Że też wcześniej na to nie wpadłam! Teraz wszystko układa się jakby w jedną całość. Nareszcie 🙂 Choć książka bardzo mi się podobała, też mi czasem coś tam zgrzytnęło i podobnie jak u Was – ogrom nieszczęść.

    • 1 i 4. Zupełnie inaczej to odebrałam. Druga połowa książki była tak ciężka, że parę razy dosłownie musiałam się zmusić, żeby po nią sięgnąć. Podobnie było z melodramatyzmem. To chyba po prostu bardzo indywidualne, jak odbieramy takie rzeczy w literaturze. PS Ja nadal sprawdzam, jak się pisze jej nazwisko 😀

      2. Tak, Jude był połamany wewnętrznie i życie z nim nie było usłane różami, ale też był naprawdę dobrym człowiekiem. A poza byciem naprawdę dobrym człowiekiem, był wiernym i oddanym przyjacielem, wybitnym umysłem, itd. Nie znalazłam w nim żadnych typowo „ludzkich”, wstrętnych cech, takich jak zawiść czy egoizm. I tego mi zabrakło 😉 A co płynności między płciami – może być i tak, to by nawet pasowało do całego opisanego w niej świata 🙂

      3. Tak! Najpierw narobiła nam smaku historiami dwóch pozostałych przyjaciół (które dla mnie były najciekawsze i najbardziej autentyczne, bo po prostu zwyczajne), a potem porzuciła ich bezwzględnie i bez sensu. A wątek miłosny jest świetny. I moim zdaniem jest mało homoseksualny, a raczej uniwersalny. Tam jest nawet takie zdanie, kiedy Willem mówi, że on kocha Jude i nie ma znaczenia, jaka jest jego płeć.

      I koniecznie pisz recenzję! Będę czytać 🙂

      • 3. Ja tak bardzo żałowałam Malcolma! Tak ciekawy wątek człowieka, który jeszcze nie wie, czego chce oda życia, ale wymaga się od niego układania go! Do dziś tego żałuję :<

  • Ciężko mi włączyć się do dyskusji, bo nie czytałam „Małego życia”… Chyba nie czytałam nawet recenzji tej książki, aż do tej pory. Wiedziałam tylko ogólnie, o czym jest cała historia. Coś w tej książce musi być, skoro wywołuje takie dyskusje;) Faktycznie jedni będą ją kochać, inni rzucą w kąt. To jest chyba siła tej powieści;)

  • Pingback: Koniec samotności - Benedict Wells - recenzja - Skrytka na kulturę()

%d bloggers like this: