Jest źle – czyli garść przemyśleń o tym, co książki robią z człowiekiem

Ostatnio dopadła mnie blokada. Dużo myśli mieszka w mojej głowie, ale żadna z nich nie chce rozwinąć się w sensowny, ciekawy czy chociażby zabawny tekst. Tak czasem bywa, więc jakoś bardzo się tym nie przejmuję, ale jednak na blogu hula wiatr. A to już jest niedopuszczalne :D. Melduję więc, że się ogarnęłam, poskładałam, następnie nabawiłam zapalenia zatok na placu zabaw (czy innego badziewia), wzięłam garść tabletek i usiadłam do pisania. W sumie motywacją jest też to, że dorobiłam się własnego gabinetu (Paweł twierdzi, że to wspólny gabinet, ale co on się zna!) i chciałam sprawdzić, jak się pracuje w odświeżonym i ulepszonym pokoju, który dotychczas pełnił funkcję pośrednią między pralnią, graciarnią, gabinetem właśnie i Gryzakowym pokojem zabaw. Teraz jest tu ładnie, czysto, graty są pochowane, Gryzacki ma coś na kształt zakazu wstępu (nic sobie z niego nie robi…), a ja przestrzeń w której mój mózg ma pracować dobrze. Dość powiedzieć, że kiedy siedzę przy biurku patrzę na a) roślinki, b) zdjęcie Gryzaka z dzieciństwa, kiedy tylko leżał i spał (jaki to był piękny, piękny czas 😉 ).  W każdym razie – nie o tym miałam (ale jeśli chcecie zobaczyć, jak wygląda moja przestrzeń do pracy – pokazałam ją dzisiaj na Insta Stores, a tu wrzucam parę zdjęć), a o tym, że dziś mam dla Was totalny misz-masz. Spisałam kilka myśli i obserwacji – na rozruch umysłowy. Są więc moje sny, są ulubione zabawy mojego dziecka i moje matematyczne potyczki. Generalnie – nie wieje z tego wpisu optymizmem, a jedyna jego konkluzja brzmi: co te książki robią z człowiekiem 😀

Moja podświadomość zaczyna się o mnie martwić. Otóż miałam ostatnio sen. W tym śnie urządzaliśmy z Pawłem Wigilię dla naszych dwóch rodzin. Stado zaproszonych gości i huk roboty. Stół do nakrycia, pierogi do ulepienia, ciasto do upieczenia, choinka do ubrania. I rodzice Pawła do odebrania z dworca (normalnie przyjechaliby samochodem, ale takie jest już prawo marzeń sennych). Paweł wychodzi z domu – jedzie na dworzec po swoich rodziców. Dworzec jest daleko (a może to nie dworzec, tylko Paweł jedzie po swoją rodzinę do Słupska – w sumie obojętne). Ważne jest to, że Paweł wychodzi z domu, patrzy na mnie znacząco oraz wątpiąco i pyta: wrócę za 4 godziny. na pewno sobie poradzisz z tymi wszystkimi przygotowaniami? Na co ja skwapliwie kiwam głową, że oczywiście, Misiu, co to dla mnie. Tjaaa. 4 godziny później wraca Paweł ze swoją rodziną. W domu brudno, nic nie gotowe, a ja w dresie spokojnie tłumaczę, że nie mogłam przygotowywać Wigilii, bo książka była bardzo ciekawa i musiałam ją skończyć. I w sumie jeszcze mi zostało parę stron, więc proszę mamo, tato, babciu, rozgośćcie się, a ja sobie jeszcze chwilę poczytam. Tak. Ale najgorsze… Najgorsze nastąpiło rano, bo kiedy po przebudzeniu opowiadałam mój sen Pawłowi, to on się nawet nie zdziwił…

Dokonałam ostatnio pewnych (mocno szacunkowych i ogólnych, ale jednak) wyliczeń. W tym roku kończę 32 lata. Planuję jeszcze pożyć jakieś 50 lat. I mam na to realne szanse, bo pochodzę z ekstremalnie długowiecznej rodziny. Moje prababcie odeszły grubo po dziewięćdziesiątym roku życia, a obie babcie skończyły już 85 lat. Więc geny są. Z trybem życia trochę gorzej, ale pocieszam się, że ciocia mojego taty, która całe życie spędziła na czytaniu książek, paleniu papierosów i jedzeniu ciastek, ma teraz jakieś 87 lat i cieszy się całkiem niezłym zdrowiem. Fakt – nie miała nigdy męża i dzieci, co w jakiś sposób musiało pozytywnie wpłynąć na niższy poziom stresu, ale za to ja (prawie) nie palę 😀 Więc bilans się wyrównuje. Wracając jednak do meritum. Mam w planach długie życie. Zakładam też, że medycyna będzie na wystarczająco wysokim poziomie, żeby uratować mnie przed ostateczną kurzą ślepotą (w tej chwili żyję z wadą -10 dioptrii) i do końca moich dni będę czytać książki. Tym samym – przez najbliższe 40 – 50 lat planuję też kupować książki (mój bajecznie bogaty Syn, z wdzięczności za wiele lat poświęceń i macierzyńskich znojów, będzie mnie utrzymywał, więc będzie mnie na to stać również na emeryturze). Jeśli zaś będę nadal robiła tak maniakalne i kompulsywne zakupy – a więc średnio 7 nowych książek miesięcznie, to wychodzi mi, że po 40 latach będę miała w domu 3500 tomów więcej niż teraz. Dzisiaj mam jakieś 1000 książek z małą górką i one się ledwo mieszczą. Jeśli więc moje półki potroją swoją objętość może dojść do swego rodzaju katastrofy… Muszę się nad sobą poważnie zastanowić…

Dzieci jednak naśladują swoich rodziców we wszystkim. Dosłownie we wszystkim. Wiecie jaka jest druga w kolejności – zaraz po czytaniu książek – ulubiona zabawa Syna Gryzaka? Układanie książek na półkach. Tak. Wyjmuje książki, odkłada na łóżko/kanapę/stół, po czym reorganizuje mi biblioteczkę wedle swego widzimisię… Najbardziej upodobał sobie półki z reportażami, klasyką i współczesną polską prozą. Ma chłopak gust…

Moje dziecko ma też inną przypadłość, którą zadziwia wszystkich gości, którzy czują się w naszym domu na tyle komfortowo żeby uwalić swoje ciało na kanapie w pozycji wyluzowanej. Kiedy tylko Hubert widzi człowieka leżącego/półleżącego lub spoczywającego w sposób ewidentnie świadczący o tym, że zamierza on odpocząć, przynosi mu książkę. Albo gazetę. No bo jak to tak? Relaksować się i nic nie czytać?! Niewyobrażalne!

Starzeję się. I to już nie jest takie mrugnięcie okiem do rozmówcy, że ooooo jacy my starzy, mamy już 25 lat, oooooo. Nie. Autentycznie się starzeję i widzę to w moich wyborach życiowych. Książkowych właściwie. Bo ja od jakiegoś czasu mam ochotę tylko na poważne lektury. Jeszcze dwa lata temu tęskniłam za fantastyką, za młodzieżowymi powieściami i to one sprawiały mi największa czytelniczą przyjemność. Dzisiaj… dzisiaj prawdziwą frajdę mam z reportaży, zaczynam się przekonywać do biografii, powieści wybieram bardzo poważne i raczej z ambicjami. Moje wewnętrzne czytelnicze dziecko postanowiło się wyprowadzić! A ja za nim tęsknię i trochę mi smutno, ale mam coraz mniejszą ochotę na fantastykę i lekkie lektury.

  • Agata

    Ja ma ostatnio blogowstęt 😛 Ostatnio nie chciało mi się nawet czytać postów innych, co od dobrych 8 lat weszło mi w nawyk :/ Na szczęście to powoli mija.
    Gabinetu zazdroszczę! Ja się pewnie własnego nie dorobię, bo na razie marzę o własnym M1 i zastanawiam się, jak w nim pomieszczę te książki które już mam (pewnie część zostanie u rodziców, sic!), i te które pewnie jeszcze do tego czasu kupię (też około 7 miesięcznie).
    Pozdrawiam zasmarkana spod kołdry 😉

    • Ja nawet nie mam blogowstrętu, ale kurczę nie mam czasu nic w internecie czytać 🙁 Trochę mi tego brakuje, ale tyle jest spraw… A w kawalerce też można wydzielić piękny kąt do pracy, ja taki miałam w moim starym mieszkaniu 🙂

      I życzę duuużo zdrowia (o ile już nie wyzdrowiałaś, bo moje tempo odpisywania na komentarze jest ostatnio ślimacze 😉 ).

  • Beata Gołembiowska Nawrocka

    Staruszka 32 letnia!!!! A co ma powiedzieć staruszka 59 letnia? Czyli ja. To, że wracam do klasyki, ( po raz piaty czy szósty Anna Karenina), a coraz mniej podobają mi się powieści współczesne. Z małymi wyjątkami.

  • Twój syn jest boski 🙂 Można go wykorzystać w kampanii promującej czytelnictwo – pod warunkiem, że zechcesz zapraszać obcych ludzi na swoja kanapę 🙂
    Ja też tak mam: książek już ponad 700 na półkach i ciągle dochodzą nowe, a czytelnicze gusta też mi się zmieniły. Jestem trochę od Ciebie starsza, ale też zauważyłam, że coraz rzadziej daję się nabrac na literackie wydmuszki. Szukam lektur rozważniej i bardzo chętnie sięgam po reportaże, biografie oraz dobre, ambitne powieści. Tyle doskonałych książek przed nami 🙂

    • Obcy ludzie mogą do nas wpadać 😀 Byleby byli mili, lubili dzieci i Świnkę Peppę 😀 Przekonamy ich z Synem Gryzakiem do czytania raz-dwa 😉

      I to prawda – tyle cudownych książek na nas czeka, że aż chce się żyć <3

  • Gabinecik nieczgo sobie. I taki mi się marzy, ale… to dopiero jak się chaty dorobimy 😉

%d bloggers like this: