Żywi czy martwi? – Federico Mastrogiovanni – recenzja

Człowiek znika. Tak po prostu. Jeszcze dziś rano jadł śniadanie, szedł do pracy, wspominał o swoich planach i pytał, co będzie na obiad. Teraz jest tylko wyrwa. Wielki brak. I jedynie pytania zostają: co się z nim stało? gdzie jest? czy jeszcze kiedyś wróci do domu? Trudne do wyobrażenia, niemalże niemożliwe do przeżycia. Tym bardziej jeśli wiesz, że nie ma szans na uzyskanie jakiejkolwiek sensownej pomocy od przedstawicieli władzy. Bo to właśnie oni albo osoby działające z upoważnienia państwa, z jego pomocą lub za jego milczącą zgodą dokonują porwania. A następnie w ogóle się do tego nie przyznają, ukrywając losy porwanego lub jego miejsce pobytu. Abstrakcja? Nie. To fragment definicji wymuszonego zaginięcia. Wymuszonego zaginięcia? Sens tego zjawiska początkowo wydaje się niejasny. W końcu po co porywać kogoś tak po prostu? Nie dla okupu czy osiągnięcia określonego celu, tylko tak sobie, tylko po to, żeby zniknął? Komu to się opłaca? Czy to w ogóle możliwe? Okazuje się, że w Meksyku (i nie tylko tam) jak najbardziej, a wymuszone zaginięcie jako sposób na sterroryzowanie obywateli to właśnie temat wstrząsającego reportażu Federica Mastrogiovanniego Żywi czy martwi?

 Włoski reporter pisze o Meksyku

Włoski reporter Federico Mastrogiovanni pokazuje czytelnikowi szeroki obraz – jeździ po całym kraju, odwiedza miejsca zbrodni i te, w których kiedyś mieszkali zaginieni. Rozmawia z rodzinami ofiar, ocalałymi z porwań, prawnikami, naukowcami. Z jego słów przebija przede wszystkim dogłębna znajomość kraju i tematyki po jakiej się porusza, olbrzymia wiedza oraz doświadczenie. Mastrogiovanni spędził w Ameryce Łacińskiej wiele lat i to się czuje. Widać, że zna temat, że Żywych czy martwych? poprzedzają lata poznawania Meksyku. Tu nie ma pobieżnego researchu czy pochopnie wyciągniętych wniosków. Rzetelność i wiedza – to są największe zalety tego reportażu.

I chociaż momentami miałam wrażenie, jakbym słuchała tylko jednej strony, jakby wszystkie te rozmowy prowadziły do poparcia tezy autora, to trudno dopatrywać się tu błędu czy jednostronności Mastrogiovanniego. Bo jak inaczej pisać o zjawisku, do którego nikt się oficjalnie nie przyznaje? Jak opowiedzieć o grozie, którą państwo nie tylko wypiera, ale wręcz w niej uczestniczy? Jak posłuchać drugiej strony, jeśli ma ona do opowiedzenia jedynie kłamstwa i komunały? Bo państwo, które Mastrogiovanni opisuje, to nie jest zdrowe, dobre miejsce, w którym można normalnie, bezpiecznie żyć i głośno mówić o tym co złe. Nie. Mastrogiovanni pokazuje nam…

Meksyk poraniony

Żywi czy martwi? to przede wszystkim wstrząsający obraz życia we współczesnym Meksyku. Codzienność, która naznaczona jest wymuszonymi zaginięciami, terrorem mafii, coraz silniejszą władzą, która służy raczej narkotykowym kartelom i zagranicznym gigantom przemysłowym niż swoim obywatelem. Mastrogiovanni przedstawia nam Meksyk poraniony, odarty z poczucia bezpieczeństwa i spokoju. Każde zaginięcie, każda utrata człowieka, to cios nie tylko dla jego najbliższych, ale dla całego społeczeństwa.

Z jednej strony Meksyk, o którym czytałam u Mastrogiovanniego, nie jest dla mnie niczym nowym. Taki obraz tego kraju od lat pokazuje kultura popularna w filmach, serialach i książkach. Jednak tutaj nie był to plastikowy widoczek rodem z kina klasy B, tylko prawdziwe, bolesne ludzkie historie, pełne rozpaczy i krzyku. To właśnie mną wstrząsnęło, że to państwo terroru, które tak bezrefleksyjnie akceptujemy w kinie czy telewizji, nie jest fikcją, tylko prawdziwym miejscem, gdzie żyją i cierpią ludzie. W ogóle to dziwne, ale dopiero kiedy czytam reportaż (podobnie było w przypadku Głodu – klik) uświadamiam sobie, że to co się dzieje z dala ode mnie i mojego świata, dzieje się naprawdę. Najlepszą, najbardziej realną i opartą na faktach fabułę zawsze będę traktować z pewnym dystansem, jak coś nie do końca rzeczywistego. Dopiero non-fiction boli mnie i dotyka prawdziwie.

Żywi czy martwi? – reportaż nie dla każdego

Reportaż to gatunek, po który sięgam regularnie od niedawna. Wiele było powodów, dla których wkręciłam się w non-fiction dopiero po trzydziestym roku życia, ale jednym z nich zdecydowanie była moja miłość do pięknej prozy – żyłam w przekonaniu, że reportaż piękną prozą nie jest. Myliłam się bardzo, dziś to już wiem, ale książka Żywi czy martwi? na pewno nie zmieniłaby moich wcześniejszych uprzedzeń. To z jednej strony pozycja bardzo rzeczowa i konkretna – co jest jej dużą zaletą, ale z drugiej – książka zupełnie pozbawiona polotu czy lekkości. Bo wiecie, są czasami takie reportaże czy biografie, które bez względu na temat potrafią oczarować samą warstwą literacką, językiem, narracją, które potrafią zamienić pozornie nudne czy nieinteresujące nas zagadnienia w przygodę życia. Żywi czy martwi? do takich książek niestety nie należą. Mało odnalazłam tu literatury i choć nie uważam, żeby był to jakiś wielki minus, to jednak ma on dla mnie znaczenie. Bardzo męczące były też często przytaczane długie cytaty z różnych postaci: prokuratorów, prawników, które zajmowały nawet dwie albo więcej stron, miały ton typowo oficjalnych wypowiedzi i powtarzały to, co zostało powiedziane już wcześniej. Ten zabieg mi się nie spodobał, bo czułam się momentami, jakbym czytała podręcznik, a nie książkę, którą – jakby na to nie patrzeć – czyta się przecież dla rozrywki (nawet jeśli ta rozrywka ma polegać na pogłębianiu wiedzy czy mierzeniu się z trudnymi tematami).

Żywi czy martwi? to reportaż bardzo poznawczy, ciekawy i poruszający ważny temat. To książka, po którą niewątpliwie powinny sięgnąć wszystkie osoby zainteresowane nie tylko Meksykiem i tematem wymuszonych zaginięć, ale też wszyscy ci, których fascynują mechanizmy władzy, którzy interesują się sposobami, w jaki państwo sieje terror i stopniowo zniewala obywateli. Dla mnie Żywi czy martwi? to była lektura bardzo ciekawa, bo mechanizmy władzy, korupcji i terroru mnie interesują, ale nie jest to według mnie reportażowa pozycja obowiązkowa.

Moja ocena: 6/10

PS Za książkę dziękuję Wydawnictwu Uniwersytetu Jagiellońskiego.

  • Zwykle nie czytam reportaży, ale ten wydaje mi się niezwykle interesujący. Nigdy wcześniej nie słyszałam o zjawisku wymuszonego zaginięcia, ale chętnie dowiem się więcej o tym procederze.

  • Kocham Cię moje życie blog

    Czasami nachodzi mnie na przeczytanie dobrego reportażu. Ten brzmi ciekawie. Dopiszę do swojej listy do przeczytania 🙂

  • Lubię reportaże, Meksyk to świetna kanwa dla snucia opowieści prawdziwych i takich zmyślonych też. Wymuszone zaginięcie jako forma terroryzowania społeczeństwa wydaje się być bardzo logicznym rozwiązaniem, nie akceptowalnym, ale logicznym. W historii już nie raz pokazano, że wzbudzając strach można dużo osiągnąć… tylko jakoś nie zarejestrowali, że sukces jest dość krótkotrwały, zawsze w końcu się znajdzie jakiś „Czekoladowy Rambo” – jeśli wiesz o kim mówię 🙂

    • Nie słyszałam wcześniej o „Czekoladowym Rambo” 🙂 A to historia, jak z jakiegoś serialu czy filmu!

%d bloggers like this: