Walentynki w Skrytce, czyli moi ukochani pisarze #1

Walentynki to zdecydowanie nie jest moje święto (aczkolwiek prezenty chętnie przyjmuję, zwłaszcza te książkowe!). Pomyślałam sobie jednak, że trochę smutno byłoby je całkowicie zignorować i temat miłości poruszyć tu trzeba. No bo w końcu latają w powietrzu te amorki i serduszka. Różowy jednorożec grzebie brokatowym kopytkiem w ziemi, a zapach miłości miesza się z codziennym smogiem. Postanowiłam jednak darować Wam zestawienia romansów wszech czasów, najbardziej wzruszających historii miłosnych itp. (kto jednak spragniony romansu, dla osób nie lubiących romansów – może zajrzeć tu) – tego w internetach jest już cała masa, a ja naprawdę nie lubię się powtarzać.

Jednak ponieważ to o miłość tu chodzi, a ja oprócz Gryzaka, Pawła, moich rodziców, Kota Morrisa, psów moich rodziców i paru innych osób przede wszystkim żywię gorące uczucia do książek (i czekolady…), dziś opowiem Wam, jakich pisarzy kocham miłością prawdziwą, szczerą i prawdopodobnie dozgonną. Większość z nich pewnie nie będzie dla Was zaskoczeniem, bo w końcu chyba każdy wie, że wielbię Sapkowskiego i Twardocha. Nie każdy natomiast wie, skąd się ta miłość wzięła, od kiedy trwa, za co cenię ich książki i dlaczego to właśnie oni trafiają do mnie najlepiej. Ale jeśli przeczytacie ten wpis, będziecie wiedzieć. No i jeszcze mała uwaga. Miłość do pisarza, to tak naprawdę miłość do jego książek. Życie prywatne tych pań i panów nie interesuje mnie wcale 😉

1. Andrzej Sapkowski

Nie masz, powtarzam, nie masz nic nad Sagę o Wiedźminie. Te książki są wszystkim co kocham. Jest w nich duuużo fantastyki (a to mimo wszystko nadal jest klimat najbliższy mojemu sercu), ogrom mądrości i trzeźwego spojrzenia na świat, genialna rozrywka i wciągająca akcja, wspaniali, wielowymiarowi bohaterowie, cięte dialogi, dopracowany, piękny język. To jest literatura totalna – taka, która niesie ze sobą zabawę, relaks i jednocześnie zmusza do refleksji, niepokoi, drażni. Podobne odczucia mam w stosunku do Trylogii Husyckiej, ale darzę ja jednak mniejszym sentymentem. Kocham te książki i będę je czytać do końca życia mego. Amen.

2. Haruki Murakami

Z Japończykiem mam pewien problem. Bo takie książki, jak Kronika ptaka nakręcaczaKafka nad morzem czy Norwegian Wood są dla mnie niezwykle ważne i twórczość Murakamiego miała na moje postrzeganie literatury ogromny wpływ. Do dziś lubię sięgać po jego powieści, ale… to już nie jest to samo. Mam wrażenie, że z tych książek po prostu wyrosłam. Że kiedyś były dla mnie czymś świeżym i odkrywczym, czymś wyjątkowym, pozwalającym poznać nowe, niezbadane literackie światy, ale dziś, kiedy mam już za sobą setki innych pozycji widzę w nich wiele, wiele wad. Jednak sentyment do Murakamiego, wdzięczność za odkrycie nowych książkowych horyzontów i tego, że można inaczej nie zniknie nigdy. No i uwielbiam ten ścisły związek jego twórczości z muzyką!

3. Majgull Axelsson

Ta szwedzka pisarka jest ze mną już od przeszło 10 lat. Poleciły mi ją koleżanki ze studiów z którymi nie mam już najmniejszego kontaktu. Axelsson została. Czytam każdą jej powieść, która ukazuje się w Polsce i właściwie nigdy się nie zawodzę. Bo w sumie, wbrew temu co uparcie twierdzę – ja lubię kobiecą literaturę. No w każdym razie – TAKĄ kobiecą literaturę. Głęboką, mądrą, pozbawioną taniego psychologizowania, trudną, niewesołą, ale doskonale napisaną, a przez to niebywale przyjemną w odbiorze (tak już mam, że nawet najcięższe książki sprawiają mi przyjemność, jeśli z każdego słowa przebija talent autora). Majgull! Jesteś wielka <3

4. Szczepan Twardoch

Wszystko zaczęło się od Morfiny. To był przełomowy moment w moim czytelnictwie z bardzo prostego powodu – przedtem unikałam polskich autorów. To znaczy nie tak, że wszystkich programowo (bo przecież i Sapkowski, i Krajewski, i Musierowicz), ale zjawisko pt młoda polska proza wywoływało u mnie dreszcz grozy. Że to nie dla mnie. Że zbyt wymagające. Zbyt wykręcone. Zbyt pretensjonalne. Dziś, gdy z ekscytacją sięgam po naszych młodych autorów i często odkrywam prawdziwe artystyczne, piękne perełki takie myślenie wydaje mi się absolutnie absurdalne. Ale tak właśnie było. I dopiero Morfina pokazała mi, że polska powieść z tzw. ambicjami to może być petarda. Że to może być coś, co idealnie wpisze się w moją literacką wrażliwość. Otworzyłam się wtedy na rodzimą prozę, zaczęłam śledzić nowości i czytać nagradzane i nominowane książki. Potem Twardoch tylko ugruntował swoją pozycję w moim osobistym czytelniczym rankingu – genialnym Drachem i doskonałym Królem, który jest powieścią na miarę międzynarodowej, wielkiej kariery. Jednak mimo wszystko – najbardziej kocham go za Morfinę – kolejną już książkę, która pokazała mi, że można czytać inaczej i to jest boskie.

5. Małgorzata Musierowicz

Kolejna problemowa pozycja. Moja wczesna młodość – to Musierowicz. Moje pierwsze literackie emocje – to Musierowicz. Ukochałam sobie to borejkowskie zaczytanie, ten klimat inteligenckiego domu i myślę, że moja obsesja na punkcie książek jest w dużej mierze winą pani Małgorzaty. Kocham Kwiat kalafioraSzóstą klepkęOpium w rosole Pulpecję tak bardzo, że mogłabym w tych powieściach mieszkać. Tak. Mieszkać. Czytałam je tyle razy, że nie da się tego zliczyć. Pulpecję dosłownie potrafię cytować (to moja ulubiona książka!). Kocham Małgorzatę Musierowicz i wybaczam jej nawet wypaczony obraz związku, jaki niosą ze sobą jej książki. Ale niestety! Seria powinna zakończyć się po Kalamburce! Ta cała nowa Jeżycjada nie do końca do mnie trafia, mam wrażenie, że jest zbyt mocno oderwana od współczesności, od realiów życia młodych ludzi, że straciła cały urok. Czytam każdą kolejną część Jeżycjady, ale robię to raczej z rozpędu i z nadziei, że to dobre, borejkowskie ciepło jeszcze kiedyś wróci.

6. Chimamanda Ngozie Adichie

Kiedyś, kiedy jeszcze, jako nieopierzony aplikant radcowski, jeździł po kraju tropem rozpraw sądowych, Paweł lubił przywozić mi prezenty. Wyszukiwał w innych miastach punkty z tanią książką i kupował perełki. Głównie o Afryce, bo to był czas, kiedy moje zainteresowanie tym rejonem świata było szczególnie intensywne. Dziś już tak nie robi, bo po pierwsze mniej podróżuje, po drugie – uparcie twierdzi, że książki nas kiedyś eksmitują (a sam je kupuje Kołtun jeden!). W każdym razie – w ten sposób pod nasz dach trafiła Połówka żółtego słońca. Moim zdaniem najlepsza, najmocniejsza, najbardziej emocjonalna powieść Adichie. I tak też zaczęła się moja przygoda z wtedy nieznaną jeszcze u nas w kraju pisarką. Pokochałam jej prozę od pierwszych stron i kocham ją nadal, bo Chimamanda jest po prostu genialna. I jest feministką. A przecież we should all be feminists!


No! Powiem Wam, że naprawdę musiałam się ostro ograniczać, bo w kolejce czeka jeszcze co najmniej kilkunastu wybitnych (lub mniej wybitnych, ale za to przeze mnie ukochanych) pisarzy, a nie chciałam przytłoczyć Was ilością 😉 Więc niedługo pojawi się tu część druga zestawienia. A potem pewnie część trzecia, czwarta, piąta… Bo wiecie, jak to jest. Moje serce jest pojemne, a ja jestem literacką bigamistką i średnio raz w miesiącu pojawia się nowa miłość! Taka już jestem rozwiązła, nic nie poradzę 😀

  • Agata Tuchaj

    Twardoch i Axelsson to też moje miłości!Jako że do fantastyki podchodzę jak pies do jeża – chciałam bardzo Ci podziękować za wpis o „Ziemiomorzu” – ponieważ czytam teraz „Sześć światów Hain” i jestem zakochana:) Miłego dnia i czekam na następny odcinek z miłością w tle.

    • Cieszę się, że Le Guin przypadła Ci do gustu <3 To trochę taka fantastyka dla ludzi, którzy nie czytają fantastyki – tak mi teraz przyszło do głowy 😉

  • Pan nr 4 mnie bardzo zainteresował dzięki temu tekstowi. 🙂

  • Karola

    W pierwszym momencie zaciekawiłaś mnie tą „Morfiną”, ochoczo sięgnęłam więc do innych źródeł, aby dowiedzieć się, z czym to się je… i od razu odechciało mi się po tą książkę sięgać.
    „Napisana barwnym, soczystym językiem powieść, która obala mit Polaka-patrioty”, „Autor w bezkompromisowy sposób rozprawia się ze stereotypami dotyczącymi postaw Polaków podczas okupacji w Warszawie – nie ma tu miejsca na patriotyzm, bohaterstwo czy poświęcenie” etc. etc.
    Serio?! W czasie II wojny światowej nie było Polaków – patriotów? To tylko taki stereotyp zmyślony na potrzeby potomnych?
    W dzisiejszych, tak modnych zwłaszcza w ostatnich latach, postawach współczesnych Polaków wobec własnego narodu i ojczyzny już chyba nic mnie nie zdoła zdziwić! 😛

    • Może najpierw przeczytaj „Morfinę” i wyrób sobie zdanie na podstawie lektury, a nie opinii innych? Pozdrawiam

      • Karola

        Może pozwolisz, że będę robiła to, na co sama mam ochotę, a nie to, co Ty mi wskażesz? 🙂
        Jeżeli szereg czytelników w taki sposób mógł zinterpretować treść tej książki, to znaczy, że książka ta w taki sposób widocznie została napisana, z powietrza się to nie wzięło! 😉 Mam całą masę naprawdę wartościowych i ambitnych lektur na swojej liście do przeczytania (przede wszystkim prawdziwych), a czasu na ich czytanie nieco mniej, więc wybacz, ale nie będę tracić swojego cennego czasu na sprawdzanie jakiegoś grubaśnego, przereklamowanego gniota, w tak skrajnych przypadkach opinie innych w zupełności mi wystarczą 🙂 Zwłaszcza, że nie były to tylko opinie dotyczące „obalania mitu” na temat polskości i patriotyzmu w czasie wojny, a książka ma bronić się jedynie sprytnie poprowadzonym sposobem narracji, sama historia natomiast niewiele wnosząca, główny bohater nijaki, dla mnie to trochę za mało, lektura ma nieść ze sobą również (przede wszystkim!) wartościowy przekaz. Jednak niektórym wystarczy, aby jakaś książka została nagrodzona i od razu ze wszystkich stron sypie się zachwyt.
        Udanego dnia życzę 😉

        • Absolutnie nie było moim zamiarem wskazywanie Ci, co powinnaś robić. Przepraszam, jeśli tak to odebrałaś. Uważam jednak, że zanim zabiera się głos na temat jakiegoś tytułu, należy go przeczytać. Opieranie się na opiniach innych czasem okazuje się zgubne – sama niejednokrotnie się o tym przekonałam kupując z polecenia książki „wybitne”, które okazywały się zaledwie dobre. W przypadku Twardocha opinie czytelników są bardzo podzielone: autor ma mnóstwo zwolenników i krytyków, tym bardziej warto przekonać się samemu o jakości jego twórczości.
          Nie będę zresztą na siłę broniła „Morfiny”, bo jeszcze jej nie czytałam. Czytałam za to „Króla”, który mnie zachwycił i byłam na spotkaniu z autorem, który… także mnie zachwycił. Może stąd ten odruch obronny: )
          Tobie równiez miłego dnia!

        • Nie ma sensu sięgać po książki na które nie ma się ochoty i nie będę Cię na to namawiać. Zwłaszcza, że faktycznie z Twardochem jest tak, że albo się podoba albo się nie podoba 🙂

          Ale trochę go tu obronię, bo nie zgadzam się z tym co o nim piszesz 🙂 Twardoch jest genialny jeśli chodzi o posługiwanie się językiem, pisze pięknie, ma swój specyficzny, niepodrabialny styl, potrafi bardzo trafnie i prawdziwie konstruować swoich bohaterów. Poza tym do swoich książek robi naprawdę dobry historyczny research i pisze na tematy, których w naszej rodzimej prozie albo nie ma, albo jest ich mało (stąd być może to – niezbyt zresztą fortunne i nie pasujące do treści książki – stwierdzenie o „obalaniu mitu Polaka-patrioty”). I o żadnej z jego książek nie da się powiedzieć „gniot”.

          Ale też doskonale rozumiem, że mogą się one komuś nie podobać. Bo są specyficzne, bo są trudne (zwłaszcza „Morfina”), bo komuś może nie odpowiadać jego styl, bo nie widzi w nich sensu, bo nie lubi takiej narracji, bo nie podoba mu się opisana historia. I dobrze – odbiór książki subiektywnym jest i to co kocha jedna osoba, druga może uznać za marniznę 🙂

          • Karola

            I tu się ze sobą w pełni zgadzamy – nie ma sensu sięgać po książki, na które nie ma się ochoty. A żeby się dowiedzieć, czy taką ochotę się ma, czy nie, nie znając danej pozycji, sięgamy do opinii innych osób i w ten sposób dotarłyśmy do punktu wyjściowego mojej wypowiedzi (z ukłonem w stronę agussiek) 😉
            Nie zgodzę się za to ze stwierdzeniem, że „o żadnej z jego książek nie da się powiedzieć „gniot”. Skoro ktoś, kto czytał twórczość tego pana, tak to podsumował, to widocznie jednak da się tak powiedzieć. No i znów wychodzimy do punktu wyjściowego, bo to jest dokładnie to, o czym sama wyżej napisałaś – jednemu coś się podoba, innemu to samo niekoniecznie spodobać się musi.
            Historyczny research jednak wolę przeprowadzać sobie sama w oparciu o źródła historyczne pochodzące z IPNu!
            Być może nawet autor nie miał nic antypolskiego na myśli w momencie tworzenia swojego utworu (tego nie wiem, nie znam osobiście, nie rozmawiałam), jeżeli jednak niektórzy odbiorcy mogą w ten sposób odbierać jego książkę, widocznie w sposób niefortunny zostały w niej pewne kwestie ujęte.
            Tak czy siak, ja się o tym przekonywać nie mam zamiaru, bo wolę ten czas poświęcić na Szmaglewską, Posmysz, Eco, Wassmo czy Dostojewskiego.

          • Pomijając kwestie w której całkowicie się z Tobą zgadzam – każdy czyta to na co ma ochotę i w swoich decyzjach czytelniczych kieruje się takimi kryteriami jakie uważa za właściwe, nie mogę się zgodzić z jedną rzeczą o której piszesz. I to właściwie w sferze czysto teoretycznej 🙂

            Definicja słowa „gniot”: utwór literacki, film, sztuka itp. bez żadnych wartości artystycznych, wywołujący znużenie odbiorcy; szmira. A książka Twardocha ma pewną obiektywną wartość artystyczną (o czym pisałam w poprzednim komentarzu), ale też komuś może się jego pisanie nie podobać i może je krytykować. Jasne. Ja na przykład nie znoszę prozy Elfriede Jelinek i uważam, że tego się nie da czytać, ale nie nazwałabym jej książek gniotami. To po prostu literatura, która do mnie totalnie nie trafia i jej nie lubię.

            To, że komuś się książka, sposób pisania autora (czy cokolwiek innego) nie podoba, to jeszcze nie znaczy, że ta pozycja faktycznie jest gniotem, nawet jeśli recenzent ją tak nazywa. Przykład (nie książkowy akurat) – to, że ktoś powie o kimś „głupi” – nie oznacza automatycznie, że ten ktoś jest mało inteligentny. Może tak być, ale równie dobrze osoba wypowiadająca sąd może kierować się fałszywymi przesłankami, niezrozumieniem czy też niewiedzą co do faktycznej inteligencji osoby o której mówi.

            To w ogóle jest bardzo subiektywne, bo znam (czytających) ludzi, którzy choćby o wspomnianym przez Ciebie Dostojewskim powiedzą, że gniot i to do tego antypolski (i faktycznie tu będą mieli rację, bo Dostojewski Polaków nie lubił i dawał temu wyraz w swojej twórczości), a o Eco, że wszystko poza „Imieniem róży” to niestrawny bełkot. A inni (w tym ja i Ty!) będą wołali, że to wielka literatura jest.

            I dlatego, że odbiór literatury jest tak bardzo subiektywny słowo gniot jest moim zdaniem przeznaczone dla książek wybitnie złych, które nie przedstawiają sobą żadnej obiektywnej literackiej wartości. A takich jest – na szczęście – niewiele. Nie chcę rzucać nazwami, ale w kinach leci teraz taki mocno reklamowany film, na podstawie jednej z tych niewielu książek, które – moim zdaniem – zasługują na miano gniota 😉

          • Karola

            Tak, tyle, że ja w komentarzu, do którego teraz nawiązałaś, nie napisałam, że jego książka to jest gniot (nie czytałam jej w końcu, opieram wszystkie swoje wypowiedzi o odczucia pewnego grona czytelników, którzy się z tą książką zapoznali, a widać się nie spodobała), tylko to, że skoro ktoś tak ją podsumował, to widocznie jednak da się tak powiedzieć – to jest fakt, rzecz już dokonana, a nie jakieś gdybanie. Rozumiesz, o co mi chodzi 🙂 Może chodzi bardziej o dobór słów, bo gdybyś napisała, że w Twoim odczuciu żadna z książek tego autora nie może zasługiwać na miano gniota i tu wyjaśnienie dlaczego, zabrzmiało by inaczej, ale piszesz, że o żadnej z jego książek nie da się powiedzieć gniot, ale ktoś tak gdzieś powiedział, więc jednak się da 😉

            Dostojewski, zgadza się, nie lubił Polaków i każda ze stworzonych przez niego postaci, która była polskiego pochodzenia, dostawała niezbyt chlubne cechy, zachowania itp. Tyle, że Dostojewski nie był Polakiem, a antagonizmy pomiędzy Polakami i Rosjanami to nie znów taka nowa kwestia, więc trudno byłoby mi oczekiwać, aby wszystkie narody kochały Polskę i Polaków. Co innego ma się do Polaków, którzy lubią szkalować polskość tak, jakby tymi Polakami wcale nie byli. Nie rozumiem tego i nigdy nie zrozumiem… Nie chodzi o to, że nasz naród jest krystalicznie nieskazitelny, oczywiście, że nie jest, ale pewne sprawy, które czasami stanowiły jedynie epizody w wykonaniu garstki złych ludzi, dzisiaj bardzo chętnie rozdmuchiwane są do rangi tak wielkiej, jakby były negatywną cechą narodową całego naszego narodu. Tak, jakby niektórzy nie zauważali, że większość pewnych kwestii nie popierała, nie uczestniczyła w ich procederze, wręcz przeciwnie, stawiała opór. I prawdziwych patriotów wśród Polaków w tamtych strasznych czasach z całą pewnością nie brakowało (to raczej dzisiaj, patrząc na młode pokolenie narodu polskiego, martwiłabym się o te braki).

            W sumie, jak się tak zastanowić nad całą tą naszą dyskusją, to i ja mam rację i Ty masz rację, i każdy inny człowiek, który chciałby się wypowiedzieć na temat nie_gniotów, też będzie miał rację. Swoją własną rację.
            No bo spójrzmy na tą definicję słowa „gniot”, którą przytoczyłaś, a następnie przypiszmy do tego te właśnie subiektywne odczucia każdego odbiorcy z osobna. Można wtedy wydedukować, że tak naprawdę nie ma książek wybitnie złych, nie przedstawiających sobą żadnej wartości literackiej. Tzn. dla nas samych mogą one istnieć (chociażby, jeżeli dobrze się domyślam, ta ciemniejsza strona literatury kobiecej, że tak to określę ;)), ale dla innych one takimi nie będą. Nie wywołają u nich uczucia znużenia, nie uznają tego za szmirę, baaa, nawet będą się z innymi kłóciły, że tam tyle artyzmu można znaleźć, że książka świetna, doskonale napisana.

            Faktem jest, że bez sensu się spierać, bo osobiste odczucia to osobiste odczucia, a o gustach podobno się nie dyskutuje, dlatego też przepraszam za niezbyt fortunne użycie przeze mnie słowa „gniot” gdzieś tam dużo wyżej. Napisałam bez zastanowienia, z rozmachu, mając na myśli ogólne rozczarowanie w przeszłości wieloma, w moim odczuciu, przereklamowanymi tytułami i teraz w oparciu o niezbyt pochlebne opinie, do jakich dotarłam, przypisałam to słowo również do tej książki, której w końcu nie znam, nie czytałam 🙂

  • Agata

    Bardzo fajny pomysł na walentynkowy wpis 🙂 Sapkowskiego kocham za Wiedźmina. Trylogii Husyckiej nie czytałam… a właściwie to kiedyś, dawno temu pierwszy tom. Z Murakamim mam podobnie – kiedyś absolutny zachwyt, a teraz chyba czytam z przyzwyczajenia. Reszty nie czytałam, ale najbliżej mi do Axelsson 🙂 Ja kocham Christie, Georga R.R Martina (choć tu bywa różnie), Marqueza i Pratchetta.

    • Dziękuję 🙂 Marqueza bardzo lubię i cenię – jakieś 10 lat temu przeczytałam kilka jego powieści – ale to nie było miłość po grób. Christie też kocham i pewnie w następnych częściach znajdzie swoje miejsce, Pratchetta znam słabiutko (ale to co czytałam było przegenialne <3), a Martin niech najpierw skończy "Wichry zimy", a potem pogadamy o uczuciach 😀

      A Trylogia Husycka Ci nie podeszła? Bo ja się nie mogłam oderwać, a na przykład mój mąż, który bardzo lubi Wiedźmina tu był bardzo zawiedziony i też skończył na jednym tomie 🙂

      • Agata

        Z Martinem to jest miłość i nienawiść 😀
        Z tego co pamiętam, to pierwszy tom mi się podobał, ale czyta już dość dawno. Potem na drugi tom trzeba było długo czekać, ja zapomniałam o co chodziło w 1 i nie miałam mobilizacji żeby się brać za 2 😛

        • No tak 🙂 Z tego co pamiętam przed lekturą drugiego tomu czytałam pierwszy jeszcze raz 🙂 Fabuła jest tam nieco zawiła 😀

  • Ciekawa jestem, kto u Ciebie załapie się na drugą, trzecią, czwartą i kolejną część listy 🙂

    Gdybym miała wybierać sześcioro pisarek i pisarzy tworzących literaturę piękną, to teraz, w lutym 2017, byliby to:
    Olga Tokarczuk (za wszystko, co przeczytałam), Szczepan Twardoch (za „Króla”), Zadie Smith (za „Białe zęby”), Chimamanda Ngozie Adichie (za „Amerykaanę”), Eshkol Nevo (za piękny uśmiech 🙂 oraz Zeruya Shalev (za osobowość i „Życie miłosne”).

    No i możę dorzucę jeszcze drugą szóstkę tych, których jeszcze nie czytałam, ale czuję, że będzie mi z nimi BARDZO po drodze: Richard Flanagan, Majgull Axelsson, Herbjørg Wassmo, Elizabeth Strout, Jaume Cabré oraz Amos Oz.

    • Widzę, że mamy niemalże identyczną listę pisarzy z którymi będzie nam po drodze 😀 Strout i Flanagan czekają na czytniku, Amos Oz w papierze, a z prozy Jaume Cabre czytałam tylko „Wyznaję” i choć zdecydowanie nie była to książka mojego życia (co nie znaczy, że mi się nie podobała!), to jednak od kilku lat mam zamiar przeczytać jego następne powieści 🙂

      A z Twoich ukochanych autorów nie czytałam nic Zeruyi Shalev (choć oczywiście bardzo bym chciała!), a Eshkol Nevo to w ogóle dla mnie nowe nazwisko. Ale widzę, że pan jest z Izraela, a izraelskich pisarzy co do zasady lubię, więc zapisuję na moją niekończącą się listę 🙂

  • Nie wiem, czy potrafiłabym wypisać pisarzy, których kocham. Na pewno na liście znalazłby się Pratchett, chcę skompletować wszystkie jego publikacje. Kiedyś to nastąpi. Najpewniej zacznę, jak będę miała do dyspozycji mieszkanie, które będę mogła tym zagracić.
    Z Adichie chcę się zapoznać, muszę się wybrać po nią do biblioteki 🙂 Pod miłością do Sapka i Wiedźmina się podpisuję.
    Natomiast z Musierowicz mam problem… zaczytywałam się Jeżycjadą do nieprzytomności jako nastolatka i niedawno postanowiłam sobie ją przypomnieć. To był duży, bardzo duży błąd… Nie mówię nawet o tych nowych tomach! Moim zdaniem stara Jeżycjada zestarzała się bardzo niekorzystnie. Nie potrafię przymknąć oka na wypaczony obraz związku (męczennica Gabrysia, taka „dzielna” i „szlachetna”, porzucona przez Pyziaka, z którym nie wiem jak zbudowała związek, skoro nawet nie chciała z nim rozmawiać, bo „najlepiej iść w milczeniu”), a „borejkowskie ciepło” zamieniło się w moim odbiorze w jakiś przykry obraz nieco dysfunkcyjnej rodziny (np. nikt nie usiadł z Pulpą po tym jak nie zdała matury, żeby porozmawiać i dowiedzieć się, co się stało, za to wszyscy dogadywali, że jako jedyna córka, hańba, nie zdała). Przykłady zresztą można mnożyć, a naprawdę fajnie punktowała je kiedyś Niezatapialna Armada w swoich analizach nowej i starej Jeżycjady – przejechali się po „Języku Trolli”, „McDusi”, ale i po „Tygrysie i Róży” (polecam: http://niezatapialna-armada.blogspot.com/2015/11/302-zbuntowany-tygrys-usmiechnieta-roza.html). Generalnie chodzi o to, że do wykreowania charakteru nie wystarczą przymiotniki, jeśli nie pokrywają się z zachowaniem i działaniami postaci. Ten rozjazd tylko pogłębia się w nowych tomach. Choć podobno „Wnuczka do orzechów” była nienajgorsza 🙂

    • Znam te analizy 😀 Zniszczyły mi wyidealizowany obraz młodości 😀 A już tak całkiem poważnie mówiąc: to co piszesz jest niestety prawdą i jeszcze zanim wpadłam na wpisy Niezatapialnej Armady (i forum esd, czy jakoś tak, które już totalnie odziera ze złudzeń…), to wiele rzeczy mi nie pasowało. Jak choćby brak rozmowy z Laurą o ojcu, olewanie potrzeb Pulpecji (samo to, że wróciła z ustnej matury i nikt się nie zapytał jak poszło…) itd. To wszystko było takie nieprawdziwe, zupełnie inne niż w moim domu. Ale nie zmienia to faktu, że te książki mają też w sobie masę ciepła i pozytywów. Poza tym kojarzą mi się z dzieciństwem. Może gdybym wróciła do nich po latach, byłoby inaczej. Ale ja je odświeżam regularnie od dwudziestu lat i do pewnych wad się już przyzwyczaiłam 😉

      A a propos Prarchetta – mój mąż właśnie kończy kolekcjonować Świat Dysku (przysyłają nam co miesiąc dwie książki) i Pratchett zajął nam już prawie dwie półki. Rozpycha się strasznie 😉

      • Tak, moje długie oderwanie od Jeżycjady na pewno ma wpływ na jej teraźniejszy odbiór.
        Pratchett marzy mi się podwójnie: w oryginale i w świetnym tłumaczeniu Cholewy. Chyba będę musiała mieć na niego osobny regał 😀

  • Aleksandra Bernatek

    Sapkowskiego również kocham 😀 a co do Twardocha, to dyskusja pod tym postem tylko utwierdziła mnie w przekonaniu, że MUSZĘ przeczytać „Morfinę” (chociaż sama uważam się za patriotkę :p). To może być bardzo ciekawe doświadczenie literackie.
    Pozdrawiam!
    przeliterowana.blogspot.com

    • A to się bardzo cieszę 🙂 Moim zdaniem zawsze warto wyrobić sobie własne zdanie na temat książki, tym bardziej, jeśli wywołuje ona dość skrajne reakcje (a w razie czego – nie trzeba czytać do końca 😉 ).

      • Aleksandra Bernatek

        Otóż to! 🙂

  • Pingback: Mój Książkowy Kodeks - 10 zasad, dzięki którym sięgam tylko po dobre książki - Skrytka na kulturę()

  • Dzięki za podsunięcie Majgull Axelsson – dzisiaj marudziłam, że ciężko mi znaleźć literaturę kobiecą, która nie jest płaska, miałka i nijaka. Zobaczymy, może tutaj się zaskoczę 🙂

    Co do Jeżycjady, to ja akurat najbardziej lubię Kwiat Kalafiora (no i Gabę, oczywiście). I też mam mieszane uczucia do książek powyżej Kalamburki, ale ostatecznie cieszę się, że powstają (no dobra, McDusia mogłaby nie powstać :p). Sprężyna bardzo mi się podobała, a Wnuczka do Orzechów i Feblik to znów fajny powrót do klimatu (przynajmniej dla mnie, i kojarzą mi się trochę z Dzieckiem Piątku).
    I tylko taka smutna myśl mnie nachodzi – kto odejdzie pierwszy, dziadkowie Borejkowie czy autorka? Na pewno w tym momencie skończy się dla mnie pewna era czytelnictwa.

    • „Kwiat kalafiora” też uwielbiam <3 I też sobie myślałam ostatnio o tym, że przecież oni wszyscy (i dziadkowie Borejko i Musierowicz) mają już swoje lata 🙁 Chociaż Musierowicz ma 72, więc jeszcze co najmniej kilku książek się spodziewam!

      A Majgull polecam, to naprawdę jest doskonała literatura 🙂

  • Sławka Samoraj

    Jeśli podobała Ci się Majgull, to spróbuj Annie Proulx i Joyce Carol Oates. Myślę,że spodobają Ci się.

    • Dziękuję za polecenie 🙂 Oates jest na mojej liście autorów do spróbowania już od jakiegoś czasu i tym chętniej po nią sięgnę, skoro to podobna do Axelsson literatura. A nazwisko Annie Proulx nic mi wcześniej nie mówiło, więc dziękuję tym bardziej 🙂

  • Pingback: Światowy Dzień Książki w Skrytce, czyli moi ukochani pisarze #2 - Skrytka na kulturę()

%d bloggers like this: