Głód Martina Caparrosa – moje refleksje po lekturze

Głód Martina Caparrosa to pierwsza z 12 ważnych książek, które postanowiłam przeczytać w tym roku. Założenie mojego mini-wyzwania jest takie, żeby nie iść na ilość (choć patrząc na to ile już w tym roku przeczytałam, to można odnieść zgoła odmienne wrażenie) i skupić się na książkach niosących ze sobą wartość, na klasyce lub współczesnej literaturze, która ma szansę taką klasyką się stać. I muszę Wam powiedzieć, że na początek nie mogłam wybrać lepiej. Jeśli bowiem mam czytać książki ważne, to ta będzie najprawdopodobniej najważniejszą. Książką, która zmienia optykę, książką, którą pamięta się całe życie. Dlatego dziś nie będzie recenzji, nie będę dziś oceniać – nie umiem. Napiszę Wam po prostu co czułam czytając oraz jakie wątpliwości co do dzieła Caparrosa mimo wszystko mam.

A Ty? Co miałeś dzisiaj na obiad?

Co dzisiaj jadłeś? U nas na śniadanie shakshuka. Na obiad rosół i domowa pizza. Na deser machnęłam chlebek bananowy. Wczoraj mieliśmy sandacza w sosie szpinakowym, a jutro chyba upiekę jakieś mięso z warzywami. W lodówce stoi cały batalion jogurtów, serów, dobra szynka z zaufanego mięsnego. W misce na stole są jabłka, mandarynki, banany, mango i kiwi. Kto chce ten je. W zamrażarce czekają lody – na gorsze chwile. I może uprażymy trochę kukurydzy do wieczornego filmu? A jutro upiekę wytrwane babeczki z serem i kminkiem. Moi chłopcy je uwielbiają.

Uczta? Coś wyjątkowego? Nieee… Codzienne menu zwykłej, polskiej rodziny, która wcale nie puszcza majątku w sklepie spożywczym. Norma. Norma dla mnie, norma dla Ciebie, norma dla naszych sąsiadów. Coś nad czym się właściwie nie zastanawiamy. Oczywista oczywistość. Idziesz do sklepu i kupujesz. Jesz to na co masz ochotę. No wiadomo, że gdzieś tam na świecie, ktoś ma mniej. Ale, hej! Przecież u nas też była kiedyś wojna. A poza tym, to przecież w Afryce, tam dzicy ludzie mieszkają, ciągle się biją i nie chodzą do szkoły, to kto by się tam dziwił, że czasem nie mają co jeść. No smutne to bardzo i mi przykro, bo te dzieci, ale przecież to chyba normalne, że jest bieda na świecie?

Okej. Nie było ze mną, aż tak źle i przed lekturą Głodu daleka byłam od twierdzeń o dzikich ludziach. Ale wpadłam w kilka pułapek myślowych, które czyhają na człowieka zachodu. Zresztą najgorsze wcale nie były te pułapki. Niee... Pamiętam jak dziś dialog z kolegą z pracy, który rzekomo interesuje się światem, polityką i otaczającą go rzeczywistością. Dialog jeszcze sprzed czytania Głodu. Nie wiem już w jakim kontekście padły te słowa, nie pamiętam skąd wziął się ten temat. Pamiętam tylko tę krótką wymianę zdań:

Ja: Bo wiesz. Przecież na świecie głoduje tylu ludzi… 

On: Gdzie tam. Teraz nie ma już głodu. Kto głoduje? No w Afryce, może, ale poza tym przecież problem głodu nie istnieje.

Ja: Yyyyyy.

Gdybym teraz jeszcze chodziła do pracy albo gdyby ta rozmowa miała miejsce już po przeczytaniu Głodu autorstwa argentyńskiego pisarza Martina Caparrosa to bym mu powiedziała. Oj, jak ja bym mu powiedziała. Ale niestety przeprowadziłam ją przed lekturą i jedyne na co było mnie stać to żałosne yyyyy. Czym właściwie więc różnię się od niego? Co ja wiem? Co z tą wiedzą robię? Czy nie myślę tak, jak mi po prostu wygodnie? O to właśnie spytał mnie Caparros…

O co chodzi?

Głód Martina Caparrosa to potężnych rozmiarów esej (tak, tak, wbrew reklamom i opisom to nie jest reportaż, a esej z elementami reportażu), który powstał po wielu latach podróży autora po Innym Świecie, po rejonach, gdzie bieda i głód są nie tylko zjawiskami incydentalnym, wywołanym konfliktami zbrojnymi czy klęskami naturalnymi, ale przede wszystkim są zjawiskami o charakterze strukturalnym. Strukturalnym, a więc takim, który wypływa z samej natury rzeczy, ze sposobu w jaki jest zbudowane społeczeństwo, z funkcjonowania ekonomii. Autor zabiera nas do Indii, Sudanu Południowego, na Madagaskar, do USA, Argentyny, odziera wszystko z zasłony politycznej poprawności i wali prosto w twarz mówiąc głośno: tak to wygląda.

Głód to książka, która łączy w sobie wszystko co można o głodzie opowiedzieć, a więc skupia się zarówno na indywidualnych historiach (przy których parę razy po prostu płakałam), analizie przyczyn głodu i jego historii, a także refleksjach, jakie ten problem wywołuje w zachodnich, najedzonych i sennych społeczeństwach. To przerażająca podróż przez biedę, zło, egoizm i ból. To doskonale napisana, literacka petarda. To jest istotne, bo gdyby Głód nie był tak dobry warsztatowo, nie miałby tej siły rażenia. A tu mamy do czynienia z potęgą dobrej literatury, która potrafi ranić słowami.

Głód Martina Caparrosa – niezwykle istotna treść, niezwykle ważny temat, a przy tym zachowane walory artystyczne. I właściwie tyle mogę o niej napisać starając się być w miarę obiektywna. Krótko i mało. Wiem. Ale o Głodzie nie da się pisać obiektywnie. Bo ta książka zmienia człowieka. No właśnie…

Czy Głód Martina Caparrosa zmienił coś we mnie?

Martin Caparros przez całą książkę robi z czytelnikiem coś, co sprawia, że czytanie Głodu, dla co wrażliwszych jednostek jest prawdziwą drogą przez mękę. Autor ani przez moment nie pozwala zapomnieć o tym, że teraz, właśnie teraz, jakieś dziecko umiera z głodu. I z jednej strony buntowałam się podczas lektury, bo stosowanie takich zabiegów, to bardzo niesprawiedliwa gra na naszych emocjach. Z drugiej jednak strony… Ten zabieg nie pozwala łatwo o książce zapomnieć, zamienia ją ze zbioru suchych faktów, w coś co uderza w samo serce. Samo to, że się z autorem nie do końca zgadzam (o czym poniżej), że dwa tygodnie po skończeniu książki nadal się nad nią zastanawiam, nadal żyję tymi problemami – to już dużo.

A wygląda to mniej więcej tak. Ostatnio podczytuję sobie miłą pozycję Meika Wikinga o hygge i przeglądając ją, niemalże za każdym razem, czuję jakąś wprost kosmiczną niestosowność tego, że ja w moim cieplutkim fotelu, przy kawusi z mlekiem, patrzę szczęśliwa na moje jedyne, doskonale odżywione, szczęśliwe i wypieszczone dziecko i czytam sobie o tym, jak moje piękne życie zamienić na jeszcze piękniejsze. A w tym czasie jakieś dziecko umiera. Bo nie ma nawet tyle, żeby zaspokoić swoje podstawowe potrzeby. Nie ma, bo ja mam. Nie ma, bo ma moje dziecko. Gdzieś tam, w Indiach czy Sudanie taki sam chłopiec, jak mój Hubercik cierpi. A ja tu sobie kurwa siedzę. I piję tę kawę. I czytam o tym jebanym hygge.

Nie wiem czy kiedyś się pozbędę tej świadomości, nie wiem czy kiedyś zapomnę. I zaraz tak sobie myślę, że po jaką cholerę mi ta świadomość, że co ja właściwie mogę? Że przecież nie zmienię świata, a nawet jeśli bym miała zmienić, to nie mam bladego pojęcia, na jaki? Jaki będzie lepszy? Czy mam rezygnować z tego co kocham, z życia do jakiego przywykłam? Czy mam przejść na wegetarianizm? Zaangażować się w ruch antyglobalistyczny, w który średnio wierzę? No co ja mam kurwa mać z tą całą wiedzą zrobić? Co? Powiesić się, żeby było mniej ludzi?

Tak się czuję po lekturze Głodu. Zaniepokojona, niepewna, wytrącona z równowagi. Pozostawiona z olbrzymimi wyrzutami sumienia. Choć przecież to co dzieje się na świecie, to nie jest moja wina. W każdym razie nie bezpośrednio moja. Myślę, że jestem takim czytelnikiem, na którym Caparrosowi zależało, czytelnikiem, którym książka wstrząsnęła.

Więc tak. Tak. Myślę, że zdecydowanie Głód Martina Caparrosa coś we mnie zmienił. Przede wszystkim pamiętam i wiem. Dopiero teraz mam świadomość, bo choć o większości mechanizmów o których pisze Caparros miałam już mniejsze lub większe pojęcie, nigdy dotąd nie uderzyły mnie one tak mocno, tak silnie i w takim natężeniu. Nigdy nikt nie przedstawił ich taki brutalny sposób. Zaczęłam się też zastanawiać. Zastanawiać nad moimi zakupami, nad wyborami, nad pieniędzmi, które wydaję codziennie w sklepie. Zaczęłam się zastanawiać nad światem, trochę bardziej świadomie na niego patrzeć. I tu właśnie pojawia się mój problem z książką Martina Caparrosa.

Mam problem…

No właśnie. Mimo oczywistego faktu, że Głód Martina Caparrosa jest to książka o której wyjątkowości właściwie nie ma co dyskutować, ja mam z nią problem. Bo Caparros nie poprzestaje w niej na opowieści o głodzie, o ludziach, którzy go doświadczają i o jego mechanizmach. Nie. Caparros napisał esej. A czym charakteryzuje się esej? Jest to forma literacka przedstawiająca punkt widzenia autora.

Sygnalizując to niemalże przez całą książkę autor na koniec przedstawia receptę na rozprawienie się z największym wstydem naszych czasów.  Receptę według niego jedyną. I ja… cóż… Mnie ta recepta nie do końca przekonuje. Zapewne żaden ze mnie umysł rewolucyjny, prawdopodobnie nigdy nie zmienię świata, ale ja w rozwiązanie, które proponuje Głód Martina Caparrosa po prostu nie wierzę. Co więcej – nie wierzę w to, że możliwe jest stworzenie sprawiedliwego społeczeństwa, nie wierzę w sprawiedliwy podział dóbr, nie wierzę w człowieka, jako gatunek. W pojedyncze jednostki – tak. W ludzkość – już nie.

Mój brak wiary nie oznacza bynajmniej, że uważam, że temat należy zostawić, olać i nic z nim nie robić. Nie. W jednym się zgadzam z Caparrosem – trzeba walczyć z wiatrakami. Trzeba wołać głośno o krzywdzie, trzeba bić się o lepszy świat. Bo kto to będzie robił, jeśli my tego nie zrobimy? Kto? Ale czy odejście od struktur państwowych jest tu rozwiązaniem? Czy tak głęboka i totalna krytyka współczesnego kapitalizmu jest sprawiedliwa? Nie wiem. Jest to na pewno coś nad czym trzeba się głęboko zastanowić, ale nie będę pierwszą osobą, która stwierdzi, że opieranie swojego obrazu świata na jednej książce, jest bardzo, bardzo niebezpieczne.

Dlatego podkreślę raz jeszcze – Głód Martina Caparrosa przeczytać trzeba. Jest to jedna z tych książek, które każdy świadomy człowiek powinien poznać. Jednak na pewno nie jest to jedyna pozycja na której powinniśmy opierać swoją wiedzę o największym nieszczęściu współczesnego świata. To może być wstęp do tematu lub jego uzupełnienie. Nie jedyne źródło. Bo sposób patrzenia Caparrosa jest jednak bardzo mocno subiektywny.


Polecam Głód Martina Caparrosa każdemu, kto nie boi się poznać strasznej prawdy o świecie w którym żyjemy, każdemu kto chce sobie pewne sprawy uświadomić dobitnie, boleśnie, ale na długo. To książka, którą czyta się powoli, to książka, która przygnębia i po której – autentycznie – nic już nie jest takie samo. Nie oceniam jej tu, bo właściwie nie wiem, jak oceniać czystą prawdę o złu, które toczy ludzkość. Wiem na pewno, że to pozycja wyjątkowa, wybitna, doskonale napisana, ale też taka przez którą przebijałam się powoli – strona po stronie, z przerwami i momentami z buntem. Mimo to cieszę się, że po nią sięgnęłam, cieszę się, że mogłam zobaczyć ten Inny Świat. Pytanie tylko teraz – co z tą wiedzą zrobię?

  • Gosia Szczep

    Genialny wpis!!! Przegenialny! Gratulacje!

    • Dziękuję Gosiu 🙂 Nie widzę w nim nic genialnego, ale cieszę się bardzo, że Ci się spodobał 🙂

  • Kocham Cię moje życie blog

    Głód, to jedna z książek, które planuję przeczytać w tym roku 🙂

  • Anka

    Tak.
    „Głód” męczyłam pół roku. I też ciągle we mnie siedzi i uwiera. Co się zmieniło? W sumie niewiele. Ale inaczej robię zakupy. I jem. Tak, no nie wiem? , z szacunkiem? mniej machinalnie?

  • Byłam na spotkaniu z Caparrosem podczas zeszłorocznego Big Booka. Książkę kupiłam i … nie odważyłam się jeszcze po nią sięgnąć. Ale na pewno to zrobię.
    Jeśli chodzi o to, co można zrobić, to jestem zwolenniczką małych kroków. Oczywiście świata nie zmienimy, ale pomagając konkretnym osobom, czy to przez drobne wpłaty, czy przez zrobienie zakupów, odrobinkę poprawiamy ich codzienność… Czasem wystarczy się uważnie rozejrzeć, by dostrzec tych, którzy pomocy potrzebują. A już sam fakt, że Ty i Anka inaczej robicie zakupy, uważniej planujecie, itp. to drobny krok w dopowiednią stronę.
    Dlatego takie książki jak „Głód” są tak cholernie ważne. TRZEBA je czytać!
    Dziękuję Ci za ten wpis!

    • Och 🙂 Zazdroszczę Ci tego spotkania z Caparrosem. I masz rację – małe kroki to jedna z najlepsza metoda – również na pomoc innym 🙂

  • Pingback: Żywi czy martwi? - Federico Mastrogiovanni - recenzja - Skrytka na kulturę()

%d bloggers like this: