Mój magiczny rok cz. 1/12

Pisałam Wam już, że chcę by rok 2017 był dla mnie wyjątkowym czasem (klik), okresem w którym rozpocznę proces (bo przecież zmiana to zawsze jest jakiś proces), który doprowadzi moje życie do miejsca w którym chcę być. Po prostu… jest tyle rzeczy, które chcę jeszcze zrobić, tyle miejsc, które chcę odwiedzić, tylu ludzi, których chcę poznać, tyle książek, które chcę przeczytać, a przede wszystkim jest tyle chwil, na które czekam, że nie mogę sobie pozwolić na marnowanie moich dni. Dlatego staram się codziennie posuwać się parę kroków do przodu, a raz w miesiącu będę pisała Wam o tym co udało mi się w ostatnim czasie udoskonalić i zmienić.

A jaki był styczeń? Czy udało mi się jakoś popchnąć mój plan do przodu? Przede wszystkim to był dla mnie baaaardzo długi miesiąc. Co jest w sumie dość dziwne, bo przecież zazwyczaj miesiące uciekają błyskawicznie, tak szybko, że nie da się ich ogarnąć. Tym razem było inaczej. Wszystko szło wolno, a ja z jednej strony mam świadomość, że minęła dopiero 1/12 z mojego specjalnego roku, więc czasu mam masę. Z drugiej strony przeraża mnie, że minęła JUŻ 1/12 z mojego specjalnego roku, a ja właściwie nie zrobiłam nic. Chociaż… czy na pewno?

1. Blog

Choć wydawałoby się, że w styczniu zajmowałam się głównie domem i dzieckiem, jakimś cudem na blogu zrobiłam całkiem dużo dobrej roboty. Nie ukrywam, że to miejsce jest jednym z moich tegorocznych priorytetów – uwielbiam tu pisać, uwielbiam ten cały książkowo-filmowy chaos, to zaczytane szaleństwo. I podoba mi się, że Skrytka zmienia się razem ze mną, dojrzewa i w jakiś sposób wpływa na moje życiowe wybory. Jest dobrze 😉

W każdym razie – w lutym na blogu działo się sporo! Opublikowałam aż 13 wpisów, a zdecydowanie najpopularniejszy był ten, bo wyświetliliście go już… tadaradam… ponad 2000 razy 🙂 Uwierzcie – dla mnie jest to liczba kosmiczna 😀

 


Starałam się też lepiej ogarniać Instagram (klik) i Facebooka (klik), a przede wszystkim robić to regularnie. W sumie nie jest to wielki problem, bo słowa same się ze mnie wylewają, a na blogu robi się po prostu za ciasno i część wpisów (przede wszystkim podsumowania czytelnicze, wrażenia z niektórych filmów i książek) będą już tylko i wyłącznie w mediach społecznościowych.

Nawiązałam też współpracę recenzencką z jednym z moich ukochanych polskich wydawnictw – Wydawnictwem Czarne, czego owocem będzie (już w przyszłym tym tygodniu!) recenzja Osiołkiem Andrzeja Stasiuka.

Podsumowując: takiego ruchu w interesie jeszcze nie było! A to najlepszy dowód na to, że metoda małych kroków i codziennej dłubaniny przynosi efekty 🙂

2. Syn Gryzak

To był nasz czas magiczny. Bo nawet nie wiecie, jak ja się bardzo cieszę, że jestem z nim w domu. To taki ekstra gość <3 I zaczyna gadać! Na razie są to co prawda krótkie i incydentalne (choć codziennie nowe!) zwroty w stylu do dom (kiedy chce iść do domu), ja tam (tłumaczył mi, że idzie na swój fotel) czy dada czytać! Ale ja się ekscytuję każdym nowym słówkiem. I tak. Wiem, że to jest normalne, wiem, że to już najwyższa pora, ale co tam. Jaram się jak benzyna, że tak zarzucę sucharem 😀

Poza tym zima to taki magiczny czas, kiedy chodzi się na sanki, lepi bałwana i tarza w śniegu. Więc korzystaliśmy z niej na maksa. Póki była. Niestety zima ma też ciemne strony. Jedną z nich jest… ciągłe chorowanie. Od października jesteśmy chorzy średnio raz w miesiącu, zgodnie z cyklem – Hubert, ja, Paweł. Nie wiem dlaczego… Zdrowo się odżywiamy, suplementujemy (tran i witamina D), ubieram go stosowanie do pogody – nie wychładzam, ani nie przegrzewam. Często chodzimy na spacery. Nie wiem. Robię wszystko zgodnie z rodzicielską sztuką, a Hubson i tak non stop przynosi zarazę do domu 🙁 Szczerze mówiąc jest to ogromne utrudnienie w realizacji moich planów, bo choroba (nawet lekki katarek) w domu rozbija wszystko. Nie wyobrażacie sobie, jak bardzo nie mogę się doczekać późnej wiosny i lata!

3. Dom

Styczeń był czasem metody małych kroków również na polu domowo-porządkowym. Odgruzowałam kuchnię, przeorganizowałam sypialnię, zrobiłam porządek w ubraniach. Zaczęłam też bardziej dbać o to, co wkładamy do garnka, to znaczy staram się kupować mięso w mięsnym, a nie w Lidlu, stawiam na indyka, wołowinę, chude ryby, różnorodność i warzywa (też mrożone). To miła odmiana po 4 miesiącach zup zagryzanych zupami (nie żebym miała coś do zup, ale ile można). Mam na koncie też kilka udanych eksperymentów kulinarnych oraz kilka zdecydowanie mniej udanych, ale te po prostu przemilczmy (w każdym razie, kto śledzi Facebooka na pewno zna historię wolno pieczonej wołowiny aka nie śpię, bo pilnuję mięsa).

Efekt: w domu jest porządek, jak nigdy, a my jemy lepiej. Powinnam dostać specjalne wyróżnienie perfekcyjnej pani domu (medal nie – patrz kazus wolno pieczonej wołowiny).

4. Mój nowy internetowy projekt

Tu trochę zawiodłam samą siebie, bo strona, którą tworzę ma być takim moim startem na nowej ścieżce zawodowej. Początkiem, który pomoże mi zbudować markę osobistą, czy jak to się tam nazywa i pierwszym krokiem w przód. Niestety, o ile pisanie wpisów na Skrytkę przychodzi mi równie łatwo co picie kawy w kawiarni (serio! czuję się, jakbym gadała z dobrą kumpelą!), to już tam jest mi znacznie ciężej i w styczniu nie zrobiłam nawet połowy, tego co planowałam. To znaczy – wykupiłam domenę i hosting, mam szablon i powoli w nim dłubię, pracuję też nad logo i pierwszymi wpisami, jednak idzie mi to wszystko przeraźliwie wolno. Mam nadzieję, że w lutym będę miała a) więcej czasu (kiedy piszę ten wpis, wiem już, że Gryzak ma początki kataru, a mnie boli gardło co zapowiada kolejny tydzień wyjęty z życia…echh…), b) więcej zapału i będę się mogła Wam pochwalić moim nowym dzieckiem 🙂

 

Zdecydowanie najbardziej #hygge pomieszczeniem w moim domu jest sypialnia❤ #bookstagram #bedroom #sypialnia #wydawnictwoczarnaowca #meikwiking

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Magdalena Baranowska (@skrytka_kulturalna)


To u mnie tyle. W styczniu nigdzie nie jeździliśmy, a na kulturalne podsumowania (było na bogato!) przyjdzie czas w osobnym poście, zapewne na koniec zimy. Na pewno nie zrobiłam tyle, ile planowałam, ale styczeń był dobrym czasem – przede wszystkim odkryłam na nowo szczęście bycia mamą (a w takich chwilach rośnie ochota na kolejnych potomków!). Mam nadzieję, że kolejne miesiące pozwolą zbliżyć mi się jeszcze bardziej do realizacji moich tegorocznych celów, a przede wszystkim, że przestaniemy wreszcie chorować, bo to jest naprawdę skrajnie upierdliwe…

%d bloggers like this: