Praktykowanie wdzięczności: trzy podstawowe problemy

Mój wpis z listą rzeczy za które jestem wdzięczna (klik) spotkał się z bardzo ciepłym przyjęciem. Komentowaliście, pisaliście o sobie, o swoich doświadczeniach, a ja w pewnym momencie poczułam się jak oszust. Bo przecież to nie jest tak, że mi ta wdzięczność i to dostrzeganie małych radości w życiu przychodzi miło, łatwo i przyjemnie. Oj nieee. Moja codzienność jest taka, jak każda inna: szalona, narwana i naszpikowana minami samoudręczenia. Dlatego dziś postanowiłam opowiedzieć Wam jakie ja (i myślę, że też inne osoby) spotykam problemy z codziennym i regularnym praktykowaniem wdzięczności. Wpis ma charakter mocno ironiczny, więc nie bierzcie tego wszystkiego co napisałam, aż tak poważnie. Jest w nim też kilka przekleństw, bo bez nich po prostu nie da się opowiedzieć o pewnych sprawach 😉 A przy okazji pierwszego problemu opisuję też mój klasyczny dzień, ciekawe czy znajdę jakiś wspólników w masakrze 😀

Problem 1: nie masz czasu

Wyszło trochę na to, że rano budzę się, patrzę za okno i mówię: witaj piękny zimowy dniu! Już się nie mogę doczekać co przyniesiesz. A potem płynę przez niego w towarzystwie ptaszków, motylków i jednorożców, śpiewając dziecku piosenki i radując się aktywnie każdą chwilą. Tymczasem prawda jest taka, że zgadza się tylko śpiewanie piosenek, ale naprawdę możecie się cieszyć, że tego nie słyszycie. Mój przeciętny dzień wygląda teraz tak. Zazwyczaj w okolicach 6:30 warczę groźnie: dzieci śpią do siódmej!, ewentualnie Paweł! Twój syn już się obudził. Zrób coś z tym!, następnie myślę, że jest kurwa zimno i nie ma opcji, żebym wyszła z łóżka. Wtedy słyszę mama i choć wiem, że to tak naprawdę znaczy am am, nadal się łudzę, że syn po nocy się stęsknił i biegnę do niego do pokoju. Potem zaczyna się klasyczny dzień świstaka, a ja myślę tylko o tym, co zrobię wieczorem (książka! książka! książka!), jak już ogarnę się z pracą, młodzieżą w wieku przedprzedszkolnym, domem, który brudzi się w sposób czarodziejski, obiadem, telefonami od pośredników sprzedaży mieszkań, telemarketerów, mojej matki, mojej babci, która się martwi, bo moja mam nie odbiera już od 5 minut telefonu i czy na pewno nic się nie stało, mojego męża, który uważa, że jestem omnipotentna i wielofunkcyjna i nie jest dla mnie najmniejszym problemem konsultacja problemów prawnych przez telefon, kiedy jednocześnie zajmuję się przekonywaniem mojego syna, że jeszcze warto żyć, samozniszczenie jest bez sensu, a gryzienie tego kabla to naprawdę bardzo, bardzo chujowy pomysł. W tak zwanym międzyczasie żałośnie usiłuję usiąść na chwilę do komputera i zrobić coś konstruktywnego. Gdzieś w połowie dnia zaczynają mnie boleć plecy (pchanie wózka po śnieżnych zaspach, noszenie 12 kilo żywego szczęścia i siatek z zakupami), głowa (kto ma dzieci, ten wie), brzuch (z głodu, bo zapominam o tym, że ja też muszę jeść).

Generalnie zmierzam do tego, że w tym całym bałaganie i chaosie o trwale wbudowane poczucie wdzięczności i świadomą radość życia jest dość trudno. Ja dużo wytchnienia znajduję w weekendy, kiedy w domu jest Paweł, a także w dni, kiedy Hubertem zajmuje się moja mama (ale one zdarzają się tak naprawdę bardzo rzadko). Poza tym nie mam innej recepty na ten problem, niż szukanie czasu mimo wszystko. 5 minut to nie dużo – a tyle wystarczy, żeby spojrzeć w głąb siebie i zastanowić się, za co dziś mogę być wdzięczna. Czasem robię taki przegląd dobra przed snem, czasem podczas kąpieli, a czasem po prostu siadam z kartką i długopisem.

Problem 2: czujesz, że wszyscy mają lepiej niż Ty

Tak łatwo w to wpaść. Wystarczy wejść na byle bloga lifestyle’owego. Ludzie jeżdżą kurwamać do Dubaju, a ja po cichu liczę na to, że uda mi się wreszcie dotrzeć w Bieszczady. Kupują sobie mega drogie torebki, a ja muszę w domowym budżecie robić specjalną rubryczkę na cele ubraniowe i zapewniam Was, że są to kwoty niewielkie. Albo inaczej. Ostatnio nabrałam irytującego mnie samą zwyczaju sprawdzania dat urodzenia różnych fajnych, atrakcyjnych kobiet sukcesu i konfrontowania ich z moim wiekiem. Kiedyś było prościej – mam czas, do trzydziestki się ogarnę, jeszcze kiedyś zrobię karierę. Ups! A to ci psikus 😉 Mam już 31 lat, a kariery, jak nie było, tak nie ma. Ja tu sobie gotuję zupę, a ta dwa doktorat, własny biznes, miliony monet i intelektualne spełnienie. Albo włączę no nie wiem, cokolwiek – telewizję. Albo przeczytam gazetę. Raptem się okazuje, że wszyscy dookoła są lepsi od nas, mają więcej pieniędzy, lepszą pracę, ładniejsze domy. Dzieci, które w wieku dwóch lat znają angielski i podstawy chińskiego i jeszcze kurwamać męża, który wygląda, jak Thor i ma seksapil Lokiego. Twoje dziecko zaś namiętnie powtarza: ce to i da da da, ale tylko jak mu mocno zależy, bo inaczej wymusza wszystko krzykiem.

No, chyba ogarniacie o co mi chodzi. Wystarczy chwila zwątpienia w siebie, chwila większego zmęczenia i odrobina Internetu wymieszanego z telewizją, by człowiek poczuł się jak totalna kupa tłuszczu skrzyżowana z porażką życiową. I jak tu wtedy praktykować wdzięczność? Jak tu wypisywać: jestem wdzięczna za to, że jest mi dziś ciepło i mam co jeść, jak ta dziunia z bloga www.jestemzajebista.com ma dwustumetrowy dom i buty na widok których cieknie Ci ślina i o których wiesz, że nigdy mieć ich nie będziesz, bo cena 5000 zł za parę przekracza granice Twojej wyobraźni i zarobkowego potencjału?!

Przyznam, że dla mnie jest to największy z problemów. Bo to nie chodzi tu o zazdrość, która jest mi uczuciem raczej obcym. To jest raczej ciągłe poczucie porażki, ciągłego bycia w tyle. Śmieszne jest natomiast to, że obiektywnie patrząc na moje życie, nie jest ono takie znowu najgorsze. Jednak porównywanie się z sytuacją innych ludzi, zwłaszcza tych obcych, znanych tylko z mediów społecznościowych zawsze postawi mnie w sytuacji gorszej, bo ludzie publicznie zazwyczaj pokazują tylko sławę, chwałę i blask, chowając gdzieś głęboko podkrążone oczy i biegunkę z nerwów, którą okupują każdy sukces i triumf. Ja to wiem, Ty też to wiesz, ale i tak większość z nas hoduje w sobie to poczucie, że ktoś tam ma dużo lepiej.

Jak z tym walczę? Mam właściwie dwa, dość oczywiste sposoby. Pierwszy jest mocno spersonalizowany – idę popatrzeć na mojego syna. Nikt nie ma takiego czaderskiego dziecka, jak ja 😀 A drugi? Zmuszam się do myślenia o tym, co w moim życiu jest dobre. Zmuszam się do skupiania na moim szczęściu, które przecież sama sobie mozolnie buduję. Na siłę. Wyłączam komputer, odkładam telefon i myślę o tym, że przecież jest fajnie, a wszystko wskazuje na to, że będzie jeszcze lepiej.

Problem 3: wdzięczność wymaga od nas wysiłku

Marudzenie jest proste. Użalanie się nad sobą jest proste. Negatywne nastawienie jest proste. Pesymizm jest prosty. I choć uważam, że hurraoptymizm i hasła w stylu sky is the limit są po prostu durne i nieprawdziwe, tak już prawdziwy, zdroworozsądkowy optymizm i dostrzeganie tego co w życiu piękne i dobre jest już prawdziwą sztuką. Zwłaszcza jeśli nasz rzeczywistość w sposób znaczący odbiega od naszych wyobrażeń o jej idealnej wersji (patrz punt 2). Ale nie tylko wtedy. Żeby praktykować wdzięczność trzeba znaleźć czas, by zajrzeć wgłąb siebie i zastanowić się za co NAPRAWDĘ jesteśmy wdzięczni. Bo spisywanie wszystkich oczywistości i banałów, które wpadną Ci do głowy to droga do nikąd. Na przykład: masz męża. Ale chwilowo (albo permanentnie) masz dziada dość. Jest irytujący, kłótliwy i nie za bardzo pamięta w jakim wieku są Wasze dzieci. Denerwuje Cię. Irytuje. W wolnych chwilach marzysz o rozwodzie (ewentualnie o intensywnej terapii małżeńskiej). Wpiszesz go na listę rzeczy za które jesteś wdzięczna? No raczej nie. Chociaż kusiłoby, bo przecież to taka oczywista sprawa – być wdzięcznym za związek. I kolejny punkt na liście jest 🙂

Moja recepta na ten problem też jest dość prosta i podobna do tej z punktów 1 i 2. Znajduję czas, zmuszam się do wysiłku i koncentracji. I szukam w sobie tego co mnie cieszy. Tak naprawdę. Dziś na przykład jestem wdzięczna za to, że Paweł w soboty zajmuje się Hubertem (buduje więź z dzieckiem, he he), a ja mam czas dla siebie. Mogę na spokojnie napisać coś na bloga, zrobić sobie domowe spa, poczytać książkę i skupić na sobie. Jestem też wdzięczna za to, że spadł śnieg i możemy się w tym śniegu rodzinnie tarzać i bawić. Jestem też wdzięczna za mój nowy regał z książkami w sypialni, na którym stoją moje ukochane książeczki. A globalnie? Jestem wdzięczna za to, że wszyscy jesteśmy zdrowi. I za to, że mam się do kogo przytulić w nocy.

 


Sami więc widzicie – z jednej strony rozwiązanie tych problemów jest rzeczą banalną i oczywistą. Co to za wielka sprawa – znaleźć trochę czasu, zmusić się do pozytywnego myślenia i spojrzeć w głąb siebie. Z drugiej strony jednak to właśnie te najprostsze sprawy bywają najtrudniejsze, a nawet kiedy uświadamiamy sobie problem i wiemy, jak go rozwiązać wymaga to od nas sporo zaangażowania i energii.

I w końcu – moje pytanie do Was: znacie te problemy? Jak sobie z nimi radzicie? A może praktykowanie wdzięczności jest dla Was trudne z innych powodów? A może przeciwnie – Jest bardzo łatwe?

  • Beata Golembiowska Nawrocki

    No, no, pierwsza piszę, bo pewnie w tym gronie jestem nestorką – stuknie mi 60-tka w tym roku. Problemy Twoje Magdo o tyle mi są bliskie, że mam córki w Twoim wieku i kiedyś – wydaje się tak niedawno, w Twoim wieku miałam dwie małe, słodkie dziewczynki. Tylko czasy były inne. Ty się szarpiesz, że masz „już 31 lat” a tu wielkich sukcesów nie widać, a ja się szarpię podobnie, tylko dodaję te 29 lat. Patrząc wstecz na moje życie, przyznaję , że dość skomplikowane jeśli chodzi o przeżycia, zmiany miejsc i zawodów, żałując niejednej decyzji, zawsze gęba mi się rozjaśnia, gdy myślę o moich dzieciach. Dlatego olej te wszystkie porównywania, że te inne osiągnęły to czy tamto (nie wiadomo jakim kosztem i czy z tego powodu są szczęśliwe) tylko ciesz się tym Twoim synkiem, bo zanim się obejrzysz, to urośnie ci na wielkiego chłopa. Oczywiście nie rezygnuj z ambicji – wydaje mi się, że je realizujesz na tyle, na ile czas pozwala, ale „gazduj se pomalućku” bez wyrzucania sobie czegokolwiek. Bardzo mądra, stara baba ci to radzi.

    • Dziękuję! 🙂 Masz rację – dzieci to największe szczęście! Tylko czasem się zapomina o tym, co najważniejsze…

  • Praktykowanie wdzięczności to dla mnie podstawa całego życia, każdego dnia, mojej relacji z Bogiem. Jeśli komuś na tym ostatnim zależy, to będzie prawdziwym zwycięzcą, gdy w relacji z Bogiem całkowicie porzuci narzekania, zamartwianie się i prośby. A postawi tylko na wdzięczność. U mnie tylko to pozostało 🙂 A to = WSZYSTKO 🙂 Ja mam wszystko.

  • Brak czasu na praktykowanie wdzięczności do mnie nie przemawia. Tak jak napisałaś – zawsze można to zrobić, robiąc coś innego – np. kąpiąc się lub kładąc się spać. A jak ktoś szuka wymówek, to zawsze je znajdzie. Pozdrawiam!

    • Chodziło mi nie tyle o kwestię wygospodarowania czasu, co raczej o to, żeby o wdzięczności w całym tym chaosie pamiętać. Bo kiedy koncentrujesz się na milionie spraw, dziecku, pracy itp. to bardzo łatwo o tym czasie zapomnieć 🙂 Ja przynajmniej tak mam 🙂

%d bloggers like this: