Nie oglądaj tego filmu, zwłaszcza jeśli masz dziecko!

Nigdy! Przenigdy sobie tego nie róbcie. I to nie jest żaden clikbait. Naprawdę chcę Was dzisiaj ostrzec przed filmem, który skopał mi tyłek, zniszczył pół niedzieli i poniedziałek, i po którym autentycznie musiałam wypić kieliszek wina na rozluźnienie, czego zazwyczaj unikam jak ognia (alkohol traktowany jako lek na uspokojenie nerwów, to pierwszy krok do nałogu!!!). Aha. W tekście jest kilka przekleństw, więc co wrażliwsze językowo osoby uprasza się o opuszczenie tej strony.

Moja miłość i mój strach

Kocham. I codziennie jestem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Kiedy patrzę mu w oczy, kiedy się do niego uśmiecham, kiedy go przytulam. Nie umiem bez niego żyć i nawet kiedy ciągnie mnie za włosy, szarpie, krzyczy na mnie albo woła mniam mniam o trzeciej w nocy – nie umiem się na niego denerwować. Wiem, że tego uczucia nie da się porównać z niczym innym, ono jest niemierzalne, ono jest ponad wszystko. Miłość rodzicielska to coś czego nie można opisać słowami i coś czego osoba, która dzieci nie ma, nigdy nie będzie w stanie zrozumieć.

Wiem też, że codziennie się boję. Każdego dnia przeżywam horror. I tak – ten strach jest schowany pod dywan, głęboko zakopany, a ja ze wszystkich sił staram się o nim zapomnieć. Bo przecież nie da się żyć w ciągłym lęku i w ciągłej paranoi. Trzeba działać, walczyć i cieszyć się chwilą. Każdy rodzic to wie i przecież każdy rodzic zna to o czym piszę. I dlatego wkurza mnie, kiedy mój z trudem budowany spokój wewnętrzny przerywa film, którego zwiastun każe myśleć, że jest to lekkie, uczuciowe kino okołoświąteczne. A gówno lekkie.

Masakra rodzicielskiej duszy

No fakt. Wiedziałam, że Collateral beauty jest filmem, w którym główny bohater przeżywa wielki ból po stracie dziecka. Wiedziałam, widziałam trailery. Myślałam jednak, że ten ból będzie punktem wyjścia, pretekstem do opowiedzenia ciepłej historii, która wypełni moje serce nadzieją i radością. W końcu ze zwiastuna wynika, że to opowieść o tym, że wszyscy jesteśmy połączeni, że miłość, że uczucia, że kurwa święta. Tymczasem okazało się, że owszem jest to obraz przyzwoity (choć nie pozbawionym wad), ciepły, grający na emocjach widza, świetnie zagrany (Helen Mirren <3), banalny w treści, ale mądry w ogólny przesłaniu (w końcu nadal wierzę w miłość!). Ale przy okazji jest to też film, który odmienia stratę dziecka przez wszystkie przypadki, pokazując, jak niemierzalny jest to ból. Z jednej strony można powiedzieć – brawo! Z typowo świątecznej opowieści zrobiono obraz z przekazem, obraz, który coś mówi do widza. Ale wiecie co? Ja to mam w dupie! Nikt nie napisał na plakacie: teksańska masakra piłą mechaniczną rodzicielskiej duszy. A powinien.

O tym nie chcę ani słuchać, ani rozmawiać

Bo ja nie widzę najmniejszego powodu, żeby się takimi filmami katować. Nie potrzebuję takich wzruszeń, ani takich emocji. Tak jak jestem zwolennikiem zagadnień ciężkich i uważam, że trzeba rozmawiać o tym co niewygodne, potencjalnie bolesne, a pewne sprawy wolę mieć z góry przepracowane i być na nieszczęście przygotowana, tak w tym przypadku – to nie jest temat który w ogóle kiedykolwiek chcę podejmować. Nie w mojej paranoi tkwi problem (a może?), bo czytam przecież różne książki, oglądam różne filmy i nie mówię stanowczo nie, kiedy mam świadomość, że w fabule będzie wątek straty dziecka. W końcu, kiedy szłam do kina na Collateral beauty wiedziałam o czym film będzie. Ale tu intensywność tematu i skupienie się w znacznej mierze na cierpieniu głównego bohatera, do tego w warunkach kinowych, a więc bez możliwości zapauzowania, spojrzenia w telefon, czy chwilowego oderwania – to było zbyt wiele. Collateral beauty to był najstraszniejszy horror, jaki widziałam w życiu, bo opowiadał o moim największym lęku.


Być może taki film pomoże komuś, kto faktycznie musi uporać się ze stratą. Nie wiem. Może. Pewnie dla większości widzów, to był po prostu kolejny hollywoodzki obraz z Willem Smithem.  Ale dla mnie te 90 minut w kinie to była mordęga i naprawdę poważnie rozważałam czy z tego kina po prostu nie wyjść. Są pewne rzeczy, które człowieka przerastają. Mnie przerosło Collateral beauty. Dlatego radzę Wam dobrze – jeśli macie dzieci – darujcie sobie ten film. Chcecie się wzruszyć? Obejrzyjcie – no nie wiem – Szkołę uczuć albo Stalowe magnolie. Ale jeśli moje lęki są Wam znane (a myślę, że są na pewno) – nie oglądajcie tego! Zrobicie sobie krzywdę!

PS polski tytuł Ukryte piękno w ogóle do mnie nie trafia!

  • Beata Golembiowska Nawrocki

    Śmierć dziecka jest to największa tragedia, jaką mogę sobie wyobrazić. Wobec niej moja niepewna wiara w Boga topnieje prawie do zera. W pełni może zrozumieć ją tylko rodzic, dlatego od czasu stania się matką, unikam takich filmów, szczególnie, jeśli jest skupiony tylko na tym temacie. Obejrzałam kilka, gdzie śmierć dziecka jest poruszona, chociażby Beyond Rangoon (Ucieczka z Rangoonu) czy Kamikadze, lecz tam ten temat jest tylko częścią fabuły. Podobnie temat krzywdy dziecka porusza mnie do tego stopnia, że nie jestem w stanie uspokoić się przez długi okres czasu. Wobec tych dwóch tragedii najbardziej krwawy horror jest dla mnie rozrywką.
    http://www.beatagolembiowska.studiobim.ca

    • Dokładnie. Krzywda dziecka to drugi temat nie do ogarnięcia. Chociaż w niektórych przypadkach o krzywdzie dzieci warto rozmawiać – żeby wyczulać otoczenie na przemoc, na dręczenie, żeby samemu mieć świadomość zagrożeń.

  • Agata

    Jeszcze nie mam dzieci, ale myślę, że film mógłby mnie mocno ruszyć. Takie jednak produkcje wolę chyba obejrzeć w domu, gdzie mogę się do woli wypłakać lub zrobić sobie przerwę. Chyba pójdę do kina pokatować się na Assassins Creed 😛

    • Nienawidzę płakać w kinie, czuję się wtedy jak najgorszy mięczak 😉 A na tym filmie miałam cały rozmazany makijaż 🙁 Swoją drogą „Assassins Creed” był drugą opcją, ale grali go tylko w jakiś dziwacznych godzinach.

%d bloggers like this: