Jak pokochać centra handlowe – Natalia Fiedorczuk – recenzja

Nie ma chyba nic dziwnego w tym, że od kiedy zostałam matką, tematyka macierzyńskich zmagań i trosk interesuje mnie szczególnie i z chęcią sięgam po książki o byciu rodzicem – zwłaszcza te opisujące codzienność innych. Próbuję w nich odnaleźć siebie, jakąś cząstkę moich przeżyć i uczuć, a także podpatrzeć innych – co myślą, co robią i jakimi są właściwie rodzicami. Jeśli dodatkowo książkę polecają Sylwia Chutnik i Karolina Sulej, a w Wysokich obcasach pojawia się się ciekawy wywiad z autorkąto książka automatycznie staje się dla mnie pozycją obowiązkową. Tak. Liczyłam, że Jak pokochać centra handlowe Natalii Fiedorczuk, to będzie coś ekstra, wyjątkowego. Myślałam, że to będzie wnikliwa i mądra pozycja o stawaniu się matką. A dostałam… Cóż…

Jak pokochać centra handlowe – co dobrego?

Mimo wielu wad (o czym poniżej), Jak pokochać centra handlowe nie jest książką pozbawioną zalet. Najmocniejszą stroną, najciekawszym elementem i zarazem tym najbardziej wartościowym, jest historia depresji. Choroby na którą cierpi wielu z nas, często bez żadnej reakcji ze strony otoczenia, które oczywiste objawy bagatelizuje albo zwala na ogólną beznadziejność danej osoby. Choroby wstydliwej, której sami często nie chcemy potraktować poważnie, wypierając ją i wmawiając sobie, że jak przejdziemy na dietę bezglutenową, to nam się poprawi. Natalia Fiedorczuk na depresję chorowała, do czego otwarcie się przyznaje i chwała jej za to. W swojej książce opisuje tę chorobę szczerze, bez upiększeń. Pokazuje jak różne może mieć ona oblicza i jak ciężko się z nią żyje. Oraz jak się z niej wychodzi. I tak sobie myślę, że gdyby Jak pokochać centra handlowe było wyłącznie opowieścią Natalii – o jej macierzyństwie, o jej cierpieniu i chorobie, mogła by to być naprawdę szczera, autentyczna i wartościowa pozycja. Niestety tak się nie stało, bo…

Nic do siebie nie pasuje

Jak pokochać centra handlowe to tak naprawdę zbiór nie do końca do siebie pasujących scenek z życia młodej matki. Raz jest to komedia (kiedy bohaterka zostaje zwerbowana przez straż miejską – ma donosić na innych rodziców), raz jest to całkiem zwyczajny zapis zmagań młodej matki, potem relacja z zapadania na depresję, pojawiają się nawet nieco wyrwane z kontekstu wspomnienia z młodości narratorki. Książka jest nierówna, niespójna, a ja czytając miałam wrażenie potwornego bałaganu i uczucie, że z każdym rozdziałem czytam o innej kobiecie. Prawdopodobnie jest tak dlatego, że Jak pokochać centra handlowe jest zapisem zmagań wielu matek, połączonych w jedną matko-hybrydę, która doświadcza absolutnie wszystkich nieszczęść świata. Takiej Matki-Hioba. Tu depresja, tu autyzm, tu problemy finansowe, tu kłótnie z mężem, który ucieka od rodziny. Kolki, próby łączenia pracy zawodowej z pracą rodzica, połóg, ciąża, wszystko na raz. Sam pomysł zlepienia doświadczeń wielu kobiet w jedno, jest pomysłem dobrym i ciekawym, ale wykonanie… no cóż… jest po prostu słabe. Do tego styl, którym pisze Fiedorczuk nie zachwyca, a czasami wręcz razi. Zdania takie jak to: pewność siebie medyczki budzi jednak zaufanie – zdarzają się w tej książce i jeszcze pogłębiają ogólne wrażenie bałaganu. Gdzieś w tym wszystkim pojawiają się cały czas te nieszczęsne centra handlowe – niemiejsca, przestrzeń w której można się zatracić, ucieczka młodych, biednych matek. Tja.

Ja matka cierpiąca 

Kolejną rzeczą, która mi w Jak pokochać centra handlowe zupełnie nie pasuje, to obraz matki, jaki się z niego wyłania. Obraz osoby zalatanej, momentami zaszczutej, lekko przerażonej, pozbawionej własnego życia i niestety zdrowego rozsądku. Z jednej strony stawiającej sobie wygórowane wymagania, z drugiej – karmiącej malucha słodyczami zamiast obiadu. W ogóle mam wrażenie, że w dzisiejszych czasach następuje jakaś koszmarna demonizacja macierzyństwa (tak, tak – macierzyństwa, nie rodzicielstwa w ogóle, o ojcach nie mówi się wcale albo bardzo mało). Z wszystko mogącej, doskonałej matki-polki, przechodzimy do obrazu matki-cierpiącej, która nie ma czasu na prysznic, a jedną rozkoszą jej życia jest wylewanie jadu na forach internetowych. Matki, która nie ma już właściwie własnego życia, która musiała zrezygnować ze swojego wspaniałego ja – podróży, imprez do rana, pracy zawodowej i tej cudownej egzystencji radosnego dinksa (double income – no kids) na rzecz niekończącej się udręki kolek, kup i braku prywatności. I taki obraz niestety wyłania się z książki Fiedorczuk. Nie jest to zapis podróży przez różne stany psychiczne bycia rodzicem, a raczej festiwal marudzenia i niezadowolenia. Przerażająco tu mało radość z macierzyństwa, która pojawia się bardzo późno, bo długo po narodzinach drugiego dziecka.

To nie są moje doświadczenia. Owszem, z mojego bycia matką można by zrobić koszmarną historię. Tak – było ciężko i teraz też czasem bywa ciężko. Ale kurde. Życie to nie jest nieustająca, pełna fajerwerków impreza – to normalne, że czasem daje nam w kość. A jeśli w zamian dostajemy to szczęście bycia rodzicem, tę radość i dumę z własnego dziecka, możliwość podróży z nim przez świat, uczenia go rzeczywistości – to jest to warte każdego wysiłku. Poza tym, naprawdę będąc matką można się realizować, spotykać z ludźmi, mieć swoją przestrzeń i swoje własne, dorosłe życie. Ja w każdym razie taką przestrzeń mam. A już zupełnie na koniec powiem Wam, że macierzyństwo jest najbardziej rozwojową rzeczą, jaka mi się przydarzyła. Dzięki niemu lepiej panuję nad emocjami, nauczyłam się odstawiać złe myśli na boczny tor, jeszcze lepiej i skuteczniej rozwiązuję problemy, podchodząc do nich na spokojnie i z dystansem. Mam większy luz, a zarazem większą motywację by się udoskonalać. Dlatego z czystym sumieniem, bez najmniejszej ściemy, mogę napisać, że mój syn, to najlepsza rzecz, jaka przytrafiła mi się w życiu. On mnie w żaden sposób nie blokuje, nie ogranicza. On daje mi energię, by działać i cieszyć się każdą chwilą. Macierzyństwo nie spowodowało, że wyszłam z siebie i stanęłam obok. Nie. Ono mnie w sobie jeszcze mocniej osadziło. Co nie zmienia faktu, że momentami przeraża mnie wizja dwójki dzieci w domu, a czasami mam ochotę wystrzelić Gryzaka na jakieś dwie godziny w przestrzeń kosmiczną, niech sobie podryfuje w próżni 😉 A co najważniejsze – zdecydowanie częściej mam ochotę wsadzić do rakiety lecącej na Księżyc trudnego klienta, sąsiada czy Pawła. Czasem nawet siebie samą 😉

Dlatego naprawdę drażni mnie to tak modne teraz podkreślanie, jakie my – matki, jesteśmy biedne i udręczone. Nikt nie mówi, że trzeba być matką-polką, która codziennie stawia przed rodziną dwudaniowy obiad i ma wyszorowany na błysk każdy kącik. Przeciwnie. Wyluzujmy, odpuśćmy, jak nam się nie chce gotować, to dajmy dziecku słoik – nie umrze od tego. Serio, sprawdziłam. Jeśli jesteśmy chore i zmęczone, zwalmy robotę na ojca (hehe). Albo puśćmy dziecku bajkę – raz to nie zawsze 😉 Cieszmy się tymi wyjątkowymi chwilami, bo – choć to truizm – one miną szybciej niż nam się wydaje, a my znów będziemy mieć całą masę czasu dla siebie. I będziemy tęsknić za tym małym ludzikiem, który nie dawał nam kiedyś usiąść. Dlatego ja tego obrazu Natalii Fiedorczuk nie kupuję. Czym innym jest historia o tym, jak trudno być matką (bo jest trudno) i ile wymaga to wysiłku, a czym innym dramatyczne sceny z życia kobiety, która nie może spokojnie wypić kawy, bo ZNOWU przeszkadza jej w tym mały człowiek. Koszmar po prostu… Jak żyć… Liczyłam, że Jak pokochać centra handlowe będzie czymś więcej, czymś ambitniejszym, bardziej wnikliwym, mądrzejszym. Dostałam to co zawsze, te same banały od których pęka internet. Szkoda.


Jedyną prawdziwą i niepodważalną zaletą książki Natalii Fiedorczuk jest opowieść o chorobie. Fragmenty dotyczące depresji są szczere, ciekawe i przede wszystkim potrzebne. Reszta jest słaba – poszatkowana, niespójna, banalna. Trochę to takie forum internetowe złożone w jedną, chaotyczną całość. Nie ma tu tej zapowiadanej historii odcięcia się od dotychczasowych doświadczeń, nie ma umysłowej i psychicznej rewolucji. Jest marudzenie i niepotrzebne demonizowanie macierzyństwa. Nie kupuję tego.

Moja ocena: 3/10

PS Znowu beznadziejne, nieadekwatne (kawa ma symbolizować centrum handlowe, bo tam są kawiarnie…) zdjęcie. Tym razem powód jest jeszcze bardziej dramatyczny niż ostatnio… Nie miałam, jak zrobić zdjęcia ebooka, bo… Czytnik się zepsuł. Pobił. Zniszczył. Nie ma go. Ekran pękł. Uczcijmy jego pamięć minutą ciszy.

  • Beata Gołembiowska Nawrocka

    Nie lubiłam dzieci i nie chciałam ich mieć – jak na lata osiemdziesiąte dosyć to było nietypowe dla mężatki z sześcioletnim stażem. Na „usprawiedliwienie ” dodam, że wychodząc za mąż miałam 21 lat. Nastał stan wojenny, który był dla mnie, młodej rewolucjonistki wielką tragedią. Może jednak postawić na rodzinę? – zadałam sobie pytanie. Zaplanowaliśmy pierwsze dziecko, potem drugie. Od momentu przyniesienia pierwszej córki ze szpitala do domu stałam się wielbicielką dzieci. Z tym , że najbardziej fascynował mnie ich rozwój i muszę przyznać, że dość olewałam zupki, prasowanie i gotowanie pieluch, stanie w kolejkach. Na wakacjach, w chatce bez elektryczności najlepszą „pieluchą” było ganianie na golasa, posiłki były aż do bólu uproszczone, za to spacery, czytanie książeczek, kąpiele w rzeczce – tego było aż nadto. I to moje córy do tej pory pamiętają. Pamiętam też moje motto – nie wyspana matka, to zła matka. Dlatego nie przejmowałam się aż tak bardzo płaczami – z wyjątkiem kiedy dzieci były chore. Nie przejmując się wieloma rzeczami miałam czas obserwować rozwój małego człowieka. Zapisywałam na karteczkach wszystkie powiedzonka dziewczynek, wiele z nich kapitalnych i wieczorem wpisywałam do pamiętnika. Mam tego dwa grube zeszyty. Zacytuję może jedno, trzyletniej Iwy – Jestem troszkę zgrabna, ale najszczególniej mądra! Po latach, Iwa, która jest doktorantką z historii na Princeton dodała – I to zostało mi do dzisiaj, mamusiu. Dlatego Magdo, cieszę się, że jesteś taką mamą. Jestem pewna, że Twój synek będzie wspominał dzieciństwo jak jeden z najpiękniejszych okresów swojego życia.
    Beata Gołembiowska http://www.beatagolembiowska.studiobim.ca

    • Taki zeszyt to wspaniały pomysł! Też taki założę – za jakiś czas, kiedy Syn Gryzak powie coś więcej niż „chce! da!” 😉 Masz rację – rozwój dziecka i przeżywanie z nim kolejnych etapów w życiu to (prawie) najpiękniejsza część macierzyństwa. Bo ta najpiękniejsza to dla mnie nadal jest: uczucie absolutnej miłości dumy i szczęścia, kiedy na niego patrzę 🙂

  • Szkoda, że takie rozczarowanie, nie lubię takich sytuacji.

  • też niedawno przeczytałam – dobrze mi się czytało, pochłonęłam w jeden dzień. to taki typ książki jak „najgorszy człowiek na świecie” albo „świadek” roberta rienta czyli książki, które zaliczam do kategorii „też bym była w stanie taką książkę napisać”.
    myślę, że jakby ta książka natalii fiedorczuk była blogiem to czytałabym go z zainteresowaniem – opisy depresji są wartościowe, podobała mi się rozkmina o cierpieniu, wiele spostrzeżeń trafnych, czasami kiwałam głową podczas czytania.
    tylko po skończeniu miałam niedosyt – tak jak ty uważam, że ta książka jest jakby niedopracowana, nie ma jakiejś klamry, to posłowie-manifest na końcu jeszcze potęguje uczucie chaosu („to nie o mnie, nie myślcie sobie”).
    poza tym – jest to jednak mroczny, depresyjny obraz macierzyństwa. mam roczne dziecko i w sumie wiele sytuacji miałam takich samych jak bohaterka, np. ktoś mi w czerwcu zwracał uwagę, że dziecko ma ucho na wierzchu albo wracałam ze sklepu objuczona torbami z dzieckiem w chuście albo szlag mnie trafiał jak usypiałam dziecko 3h…. tylko naprawdę macierzynstwo to nie tylko to. równie dobrze możnaby tak jednowymiarowo opisac inne doswiadczenia, np. chodzenie do pracy (wstaje rano, w pracy sami głupi ludzie i mało placą) czy posiadanie męża… zabrakło mi jakiegoś balansu, warto pamiętać że posiadanie dzieci to tez wielkie szczęście.
    pozdrawiam 🙂

    • Masz rację! Gdyby to był blog, chętnie bym tam zaglądała 🙂 Jednak od książki (a zwłaszcza od książki, która jest tak szeroko reklamowana, a nawet – jak się okazało – nominowana do Paszportu Polityki…) oczekuję więcej. A brak balansu zabolał mnie najbardziej – macierzyństwo to takie samo doświadczenie, jak wszystko w życiu – ma dobre i złe strony.

  • Irek Jabłoński

    Z przyjemnością przeczytałem zarówno wpis na blogu jak i komentarze . Temat mnie zainteresował i nawet pomyślałem , ze warto przeczytać ale niespójność opowieści od razu mnie odrzuca . Powstaje pytanie czy autorka opowiedziała wszystko o sobie , czy niespójność powstała na skutek ukazania w fałszywym świetle rzeczywistości , przez co powstał fałszywy , niespójny obraz macierzyństwa

  • Podpisuję się pod każdym zdaniem, jakie napisałaś. Mam identyczne spostrzeżenia co do tej lektury. Spodziewałam się czegoś wyjątkowego i porywającego, co pokaże, jak wygląda macierzyństwo – bez lukru i idealizowania, ale też bez nadmiernego demonizowania. Zawiodłam się mocno. Gdybym nie miała dziecka i zbyt dużej styczności z maluchami, to przeraziłabym się wizją, jaką snuje Fiedorczuk.

    • Dokładnie! Zresztą kiedy byłam w ciąży, czytałam sporo różnych „dzieciowych” miejsc w sieci, gdzie obraz macierzyństwa był przedstawiany podobnie, jak u Fiedorczuk i byłam potem święcie przekonana, że po urodzeniu Huberta nie będę miała czasu na nic, ogólnie będzie strasznie i muszę przetrwać ten koszmar pierwszych lat życia. Jak wielkie było moje zdziwienie, kiedy po kilku miesiącach okazało się, że przeżywam trudny, ale zarazem najlepszy czas w życiu. I mam czas na prysznic 😀

  • Pingback: Złe matki są najlepsze - Matylda Kozakiewicz - recenzja - Skrytka na kulturę()

%d bloggers like this: