Mock – Marek Krajewski – recenzja

Jeśli ktoś pyta mnie o moich ukochanych polskich autorów, to zawsze i bez chwili zastanowienia wymieniam (niekoniecznie w tej kolejności) Andrzeja Sapkowskiego, Szczepana Twardocha i … Marka Krajewskiego. Z tym ostatnim wiąże mnie uczucie szczególne, bo jest pierwszym pisarzem w moim życiu, którego wszystkie powieści, od debiutu poczynając, czytam na bieżąco, maksymalnie rok po premierze. A że Marek Krajewski pisze dość regularnie, więc ja też regularnie się z nim spotykam i nigdy, powtarzam – nigdy!, nie jestem zawiedziona. Owszem, zdarzyło się w jego karierze parę pozycji słabszych, ale nawet one trzymały wysoki poziom. Wydana w zeszłym roku Arena szczurów była zaś, w moim skromnym mniemaniu, najlepszą powieścią Krajewskiego w ogóle (klik). Dlatego też miałam wobec Mocka baaaardzo duże oczekiwania, a dziś opowiem Wam, czy tym razem mój ulubiony pisarz podołał zadaniu.

O co chodzi?

W swojej najnowszej powieści Marek Krajewski wraca do Wrocławia i do swojego pierwszego bohatera Eberharda Mocka. Mamy niepowtarzalną okazję poznać jego historię od początku, lepiej zrozumieć postać, a przede wszystkim dowiedzieć się, jaka naprawdę była jego pierwsza sprawa i jak Eberhard Mock został Eberhardem Mockiem, którego wszyscy znamy i z którym niejedną mroczną zagadkę rozwiązaliśmy. Tym razem rzecz kręci się wokół budowy Hali Stulecia, czyli jednej z bardziej charakterystycznych wrocławskich budowli. To właśnie tam, niedługo przed wielkim otwarciem, w którym uczestniczyć ma sam cesarz, dochodzi do brutalnej zbrodni. Sprawa jest na tyle pilna i paląca, że do śledztwa zaangażowani zostają pracownicy wydziału obyczajowego policji, a wśród nich młody i naprawdę nieopierzony Eberhard Mock.

Mock, czyli budynku portret własny

Marek Krajewski trzyma poziom – językowo, fabularnie (choć dla mnie akcja nigdy nie była w jego książkach elementem najmocniejszym i najważniejszym) i oczywiście historycznie. W końcu to właśnie on zapoczątkował niesłabnącą w Polsce modę na kryminały noir, których głównym bohaterem jest tak naprawdę miasto, z jego reprezentacyjnymi alejami, zabytkowymi budowlami, zaułkami, tajemnicami i brudnym półświatkiem. To on też zaszczepił w nas miłość do zbrodni w stylu retro. I niech dzięki będą wszystkim greckim bogom, bo Krajewski nadal pisze o mieście, tworząc dla czytelnika swoisty przewodnik po jego dawnych ulicach. Jego książka jest też silnie osadzona w historii – zarówno pod względem topografii, jak i struktury społecznej, mentalności bohaterów, a także drobiazgów, takich jak menu restauracji czy elementy ubioru. Historia i dawna przestrzeń miejska – te elementy wyróżniły Marka Krajewskiego, te elementy zyskały dla niego wierne grono wyznawców i w końcu – te elementy zapewniły mu spore grono naśladowców. I one w Mocku nadal są.

Dodatkowo autor skupił się na jednej, konkretnej i dość niezwykłej budowli, wprowadzając czytelnika w opowieść o jej powstaniu, tłumacząc jej strukturę i wreszcie czyniąc z niej miejsce akcji, klamrę fabularną i jednego z bohaterów powieści. Hala Stulecia do takiej roli nadaje się idealnie, a mi czytało się o niej wyjątkowo dobrze, bo budynek ten znam z widzenia dość dokładnie. Można więc powiedzieć, że Marek Krajewski zapewnił czytelnikom dobrze znaną rozrywkę, dodał trochę nowości. I wszystko niby było super, ale… Zawsze musi być jakieś ale.

Wszystko niby fajnie, ale…

Zabrakło mi w Mocku tak charakterystycznego dla Krajewskiego mroku, tej ohydy, którą epatuje na prawo i lewo. W tej powieści wszystko było takie ugładzone, spokojniejsze, bardziej naiwne. Owszem, nie obyło się bez naturalistycznych opisów i mroku, ale jak dla mnie – było ich za mało. I piszę to ja. Osoba, która co do zasady nie lubi w książkach epatowania tym co najbardziej obrzydliwe i przerażające. Jednak u Marka Krajewskiego te zabiegi zawsze miały sens, znaczyły coś więcej, były drogą, dzięki której czytelnik miał lepiej dostrzec historię, bohaterów, przekaz. W końcu (a może przede wszystkim) ten cały naturalizm jest w kryminałach Krajewskiego nawiązaniem do gatunku horroru, do tego co najgorsze w człowieku, do jego pierwotnych lęków. Tymczasem Mock jest w porównaniu z wcześniejszymi powieściami letni i niewiele jest w nim prawdziwego strachu. Z jednej strony trochę to rozumiem, bo to przecież jest początek historii Eberharda, moment, w którym zaczynał on dopiero wchodzić w mroczne, wrocławskie zaułki. Z drugiej jednak brakowało mi w tej książce tego, co mnie w poprzednich tak bardzo urzekło, bo przecież nikt tak pięknie, celnie, skutecznie, a przede wszystkim z klasą, nie potrafi epatować ohydą, jak Marek Krajewski.


Mock na pewno nie jest najlepszą powieścią Krajewskiego. Na pewno nie jest powieścią najbardziej mroczną, ekscytującą i tajemniczą. Niemniej mój ulubiony autor trzyma w niej poziom i funduje czytelnikowi dobrą, solidną porcję rozrywki w tak charakterystycznym dla siebie klimacie retro. Mi się podobało i – choć w porównaniu z brudną, straszną i trudną do przełknięcia Areną szczurów Mock prezentuje się raczej przeciętnie – zdecydowanie jest to powieść, którą będę Wam polecać. Jak każdą książkę Marka Krajewskiego, który – łącząc literacki kunszt z umiejętnością snucia wciągających opowieści – mimo olbrzymiej konkurencji nadal jest niekwestionowanym władcą polskiego kryminału, 🙂

Moja ocena: 7/10

%d bloggers like this: