Góra Tajget – Anna Dziewit-Meller – recenzja

To zawsze jest trudny moment. Ta chwila, kiedy muszę napisać, że książka autora, który jako osoba wzbudza we mnie same ciepłe i pozytywne uczucia, jest po prostu słaba. Zła. Pełna niedociągnięć. Naprawdę chciałam z całego serca, żeby Góra Tajget mi się spodobała. Chciałam, żeby te wszystkie złe recenzje i negatywne opinie okazały się przesadzone. Tak się jednak nie stało. Długo zastanawiałam się, czy w ogóle pisać tę recenzję. Zazwyczaj, kiedy skończę złą książkę, z przyjemnością się nad nią pastwię i punktuję niedoskonałości (wredota mojej natury jest w końcu powszechnie znana). Tutaj jednak nie czuję nic poza głębokim żalem. Bo nie tak miało być. Góra Tajget miała być literacką ucztą. Nie była. Dlaczego?

Dwa rodzaje złych książek

Złe książki można z grubsza podzielić na dwie kategorie. Pierwsza z nich to pozycje czysto rozrywkowe, często napisane na odwal, po to żeby zarobić trochę kasy. Zazwyczaj już sama okładka zapowiada, a opis fabuły potwierdza, że najlepsze co możemy dostać to parę godzin odmóżdżającej rozrywki, a najgorsze to grafomanię, która nadaje się wyłącznie na śmietnik. Wobec nich mamy niższe wymagania, a sięgając po nie nie spodziewamy się niczego wyjątkowego. Druga kategoria złych książek to te, które miały ambicje. Miały pretensje do bycia sztuką, literaturą wybitną, taką, która ma poruszać, zastanawiać, zmuszać do refleksji i dyskusji. Są to powieści reklamowane przez wydawnictwa jako literatura piękna, z wyższej półki. Sięgając po nie spodziewamy się czegoś wyjątkowego, więc kiedy okazuje się, że z wybitnym, a nawet z dobrym pisaniem, dana książka ma niewiele wspólnego, zawód, który czujemy, jest ogromny. Często też przez te duże oczekiwania i nadzieję na wybitną lekturę nasza ocena książki jest surowsza, bardziej bezkompromisowa, niż w przypadku innych powieści. Góra Tajget niestety należy do tej drugiej kategorii. Nadzieje były ogromne, a bolesny upadek nastąpił z dużej wysokości.

O co chodzi i czy Góra Tajget ma jakieś zalety?

W dużym skrócie – Góra Tajget opowiada o akcji T4, czyli (podążając za Wikipedią) eliminacji „życia niewartego życia”. Historia nazistowskich mordów na osobach niepełnosprawnych, chorych psychicznie, z zaburzeniami rozwojowymi nadal jest stosunkowo słabo nagłośniona i opisana. Z jednej strony drażni mnie ciągłe zahaczanie naszych pisarzy o II wojnę światową (no bo ileż można drążyć to samo), z drugiej Anna Dziewit-Meller pokazuje, że są jeszcze przestrzenie do zagospodarowania i temat ten nie został do końca wyczerpany. Za to należą się autorce gratulacje.

Konstrukcja Góry Tajget sprawia, że ciężko tę książkę zakwalifikować jako typową powieść. Podzielona jest bowiem na rozdziały, a każdy rozdział opowiada historię innego bohatera (lub scenę), który w jakiś sposób (faktyczny, emocjonalny, historyczny) jest związany z akcją T4. Sam pomysł jest ciekawy, a niektóre fragmenty książki są naprawdę dobre i poruszające. Niestety tych dobrych momentów było za mało…

Góra Tajget = niewykorzystany potencjał

Boli najbardziej. Niestety, żeby dobrze, mądrze i z wyczuciem opowiedzieć historię trudną i bolesną, trzeba olbrzymiej literackiej dojrzałości. Trzeba też mieć pomysł i konsekwentnie, od początku do końca go zrealizować. Tutaj zaś mamy jakiś zalążek pomysłu, ale tak naprawdę nie do końca wiadomo, jaki jest to pomysł i dlaczego taki. Anna Dziewit-Meller próbuje opowiedzieć nam swoją historię z różnych perspektyw – tak żeby bardziej poruszyło i zabolało. Niestety wyszedł z tego dość chaotyczny bałagan, a całości brak wspólnej treści. Rozdziały są nierówne. Wszystko rozpoczyna się historią aptekarza Sebastiana, która jest zdecydowanie najsłabsza (dlaczego tak jest, piszę niżej), następne części są już lepsze, ale nadal zbyt mało w nich treści, a zbyt dużo muskania tematu po wierzchu. Brakuje tu też klamry, która wszystko zepnie w całość, kropki na i, wykończenia.

O II wojnie światowej wcale nie jest łatwo pisać. Niby to temat samograj, bo ilość dramatów niemalże gwarantuje poważny odbiór książki i emocjonalne podejście czytelnika. Z drugiej strony, żeby nie być wtórnym i nie grać na emocjach odbiorców w sposób prymitywny, trzeba się naprawdę porządnie natrudzić. Widać, że Anna Dziewit-Meller próbuje uciec od taniego efekciarstwa i szuka sposobów na opowiedzenie swojej historii w sposób delikatny, ujmujący, a zarazem poruszający. Tylko, że słowo próbuje jest tutaj kluczowe, bo autorka często (zapewne nieświadomie) bawi się czytelnikiem w sposób sztampowy i pospolity. Rozdział, w którym opowiada o Adim, jest właśnie takim szokowaniem na bardzo niskim poziomie, który w literaturze pretendującej do miana ambitnej i dojrzałej po prostu nie przystoi.

I inne wady

Bohaterowie Góry Tajget zupełnie mnie nie przekonali. Najgorzej prezentuje się Sebastian, który jest po prostu niedopracowany i mało autentyczny. Pomijając już to, że jego lęk o dziecko i żonę ma znamiona paranoi, którą powinno się leczyć psychiatrycznie (a chyba nie do końca tak miało być?), to po prostu jego postać i jej motywacje są dla mnie pozbawione sensu. Co do reszty historii i bohaterów, to mimo że książkę skończyłam czytać w zeszłym tygodniu, już o większości z nich zapomniałam i pamiętam tylko, że byli mi obojętni.

Poza tym Góra Tajget jest po prostu nudna. Nie angażuje emocjonalnie, nie porusza, a sposób pisania cały czas miota się między próbami ujęcia tematu w sposób subtelny i pełen wrażliwości, a tanim efekciarstwem, które po prostu irytuje. Od książek – tych rozrywkowych i tych bardziej ambitnych – wymagam przede wszystkim tego, by opowiadały mi historię. Taką, która mnie wciągnie, taką, którą zapamiętam na długo. Mówiąc o historii nie mam jedynie na myśli samej fabuły, a raczej sens całości, przekaz i treść, którą autor chce przekazać. Przykład? Zbiór reportaży Justyny Kopińskiej, o którym pisałam niedawno (klik), to przecież kilka zupełnie niezależnych od siebie opowieści, które jednak razem tworzą historię z konkretnym przekazem i konkretną treścią. W Górze Tajget historii nie odnalazłam, nic mnie nie wciągnęło w opowieść, nic nie zanęciło i nie zachęciło do czytania dalej.

No i na koniec tego morza żalu, ostatni zarzut, być może najpoważniejszy. Język. Zupełnie nie trafił do mnie sposób pisania Anny Dziewit-Meller. Ciężko mi się czytało i właściwie sama nie do końca rozumiem dlaczego, bo przecież język autorki nie jest specjalnie oryginalny czy nowatorski. Zaś ostatnią kroplą goryczy są fragmenty takie jak ten:

Solidna mieszczańska niemiecka architektura, jakiej wiele na Śląsku, w rękach stosownych inwestorów odzyskuje swój niezwykły blask.

które są w książce częste i niestety nie ułatwiają lektury.


Góra Tajget to powieść (?), w której kiepskie jest prawie wszystko. Od języka, przez bohaterów, po sam pomysł na książkę. Widzę tu ogrom niewykorzystanego potencjału i temat, który Annę Dziewit-Meller po prostu przerósł. Naprawdę jest mi żal. I ciekawa jestem, jak Wy odebraliście tę powieść? Spodobała się Wam? Będziecie bronić Góry Tajget? Czy może podobnie jak ja, uważacie, że to po prostu zła książka? 

Moja ocena: 3/10

  • Do lektury „Góry Tajget ” podchodziłam z takimi samymi oczekiwaniami jak Ty, po lekturze stwierdziłam, że nie napiszę opinii (z tych samych pobudek, z których i autorka tej recenzji wahała się wyrazić swoją opinię) , ale gdy czytałam Twoją recenzję, miałam wrażenie, że spod mojego pióra (klawiatury) wyszedłby tekst takiż sam. Zgadzam się (z wielkim bólem serca)

  • Smutek. Też czytałam wiele kiepskich opinii, ale gdzieś tam z tyłu głowy wydawało mi się, że może pierwsze recenzje były negatywne i zrobił się trend „na nie”. Ale kolejne osoby w metodyczny sposób wykazują, książka jest prostu słaba.

    • No jest, niestety 🙁 Myślałam dokładnie to samo, co Ty, bo czasem tak jest, że robi się moda na krytykowanie jakiejś książki (podobnie jest z modą na chwalenie). Nie w tym przypadku, niestety.

  • Po lekturze Twojej, a potem innych recenzji, wykreśliłam „Górę…” z mojej czytelniczej listy. I tak jest bardzo długa, szkoda czasu na niewykorzystane potencjały 🙂

%d bloggers like this: