Ósme życie (dla Brilki) – Nino Haratischwili – recenzja

Co trzeba zrobić, żeby wykreować bestseller? Oczywiście szum medialny! Duży szum medialny. Bardzo często jest tak, że nachalnie promowana książka, jest w rzeczywistości mocno przeciętnym czytadłem. Bywa też tak, że intensywna kampania reklamowa może wyrządzić całkiem niezłej pozycji krzywdę. Tak stało się niestety w przypadku powieści niemieckiej pisarki pochodzenia gruzińskiego Nino Haratischwili Ósme życie (dla Brilki).

Saga rodzinna z nutką realizmu magicznego

Ósme życie (dla Brilki) to pierwsza część podzielonej w Polsce na dwa tomy monumentalnej historii o rodzinie Jaszi. Akcja rozpoczyna się na początku XX wieku w Gruzji, by poprowadzić czytelnika przez wszystkie najbardziej wstrząsające wydarzenia w Związku Radzieckiem w I połowie XX wieku – I i II wojnę światową, stalinowskie czystki, terror.

Opowieść jest snuta spokojnie, a akcja raczej przelewa się przez strony, jak płynna, słodka czekolada, której tajemniczej receptury strzeże rodzina Jaszi. Jak to oczywiście w tego typu książkach bywa, wielka historia co rusz wyciąga po bohaterów swoje macki (uzbrojone w ostre szpony…). I jak to w takich historiach bywa, wszystko w jakiś sposób splata się ze sobą. Pełno tu smutku, nostalgii, tęsknoty za marzeniami, młodością i miłością. Sporo silnych kobiet, romansów i życiowych dramatów. Po prostu…

Ósme życie to książka jakich wiele 

Spójrzmy prawdzie w oczy. Na sagi rodzinne z historią XX wieku w tle jest teraz  moda. Na rynku pojawia się cała masa takich powieści. Nic dziwnego, bo to temat wdzięczny, łatwy, lecz żeby się wyróżnić i uciec od etykiety przeciętnej literatury rozrywkowej (w której też przecież nie ma niczego złego!), trzeba naprawdę mieć pomysł, koncepcję i natchnienie. Niewielu autorom się to udaje (sukces osiągnął Szczepan Twardoch w Drachu – klik). Nino Haratischwili niestety nie.

Ósme życie to absolutnie nie jest zła książka. To ładnie napisana, ciekawa powieść pełna czaru i zalet. Tylko, że do wielkiej, wybitnej literatury w stylu Tołstoja to jej naprawdę baaardzo daleko. W ogóle jeżeli miałabym zakwalifikować Ósme życie do jakiejś kategorii, to nazwałabym ją trzymającą wysoki poziom prozą obyczajową dla kobiet. Natomiast słowa z oficjalnego opisu powieści: Nino Haratischwili stworzyła powieść, na jaką czeka się latami: epicki rozmach, pełnokrwiści bohaterowie, wielkie namiętności i cudowny, plastyczny styl to jest bardzo, baaaardzo gruba przesada. Tym bardziej, że w Ósmym życiu znajdziemy… 

Banały, coelhizmy i inne

Nie mam nic do słynnego Brazylijczyka, ale umówmy się – to, że jest mistrzem w sprzedawaniu banałów i truizmów wiadomo nie od dziś. Oczywiste oczywistości podane w ładny i chwytający za serce sposób, to coś co wielu czytelników lubi bardzo. I spoko. Jednak do rzekomo wybitnej literatury, niespecjalnie pasują mi takie fragmenty:

Jak bardzo nienawdzimy, gdy nasi bliscy nas pozostawiają i jak mało możemy uczynić, żeby tak się nie stało.

Poza tym brakowało mi w Ósmym życiu emocji, silnego związania się z bohaterami. Ich losy były mi raczej obojętne i tylko kilka scen przyprawiło mnie o szybsze bicie serca. Niby Nino Haratischwili opisuje rzeczy straszne i przerażające, ale mimo to nie udało jej się oddać niemego przerażenia, terroru, horroru i wiecznego lęku charakterystycznego dla okresu stalinowskiego. Obraz stalinizmu niczym mnie nie zaskoczył, co więcej – nie przeraził, a uwierzcie – zazwyczaj gdy czytam o tamtych czasach chce mi się wymiotować z przerażenia. Zanudziły mnie też opisy dość oczywistych wydarzeń historycznych, pisane językiem rodem z podręcznika historii. Przez te fragmenty akcja traciła tempo, a napięcie siadało. Zabrakło mi też przekazu, treści, która by wyłaniała się spoza samej opowieści. Spodziewałam się też portretu Gruzji, historii narodu, jakiś charakterystycznych scen czy fragmentów, które oddałyby lokalny koloryt. Tego niestety w Ósmym życiu nie ma wcale, a akcja równie dobrze mogłaby się toczyć w Rosji albo Ukrainie.


Mimo tych wszystkich niedociągnięć, nie uważam tej powieści za złą. Lecz nie jest powieścią wybitną historia tak pełna niedociągnięć i wad. Jeśli lubicie takie książki, to na pewno polubicie Ósme życie, jeśli zaś spodziewacie się wybitnej lektury, to spokojnie możecie sobie Ósme życie darować.

Jesienią w księgarniach pojawi się kolejny tom sagi rodzinnej Nino Haratischwili, ale ja go nie przeczytam. To po prostu nie jest mój typ literatury. Wiecie o co chodzi? Fantastykę kocham i nawet jeśli jakaś powieść nie jest wyjątkowa (czy nawet jest przeciętna), to zazwyczaj i tak mam dużo radości z lektury. Podobnie jest z powieścią historyczną czy psychologiczną. Po prostu lubię te gatunki i jestem gotowa wiele im wybaczyć. Tymczasem proza typowo obyczajowa, nawet osadzona w historycznej scenerii ZSRR (nawet – bo uwielbiam wszystkie opowieści o ZSRR w latach dwudziestych i trzydziestych), musi mieć w sobie coś naprawdę ekstra, by zachęcić mnie do siebie. Ósme życie tego czegoś nie miało. Trudno.

Moja ocena: 6/10

  • Agata

    Poprzednie recenzje jakie czytałam były mocno pozytywne, a Twoja jest raczej chłodna w ocenie. Książkę już mam, ale nie będę się nastawiała na nic wyjątkowego.

    • Te pozytywne recenzje mnie mocno nakręciły i tym większe było rozczarowanie, że to tylko taka przeciętna książka 🙂 Ciekawa jestem, jak Ci się spodoba 🙂

  • Przede mną jeszcze lektura pierwszego tomu. Czeka na półce. Męża wciągnęła, ale też nie pial z zachwytu.

    • To i tak dobrze, że się wciągnął. Mój by pewnie porzucił, bo preferuje takie bardziej „męskie” lektury 😉

  • Gosia Szczep

    A mi się podobało. Bardzo lubię takie sagi rodzinne i chociaż zgadzam się z Tobą w wielu twierdzeniach to całokształt uważam za udany:)

    • No nie było tak źle, tylko spodziewałam się prawdziwej petardy 🙂 Im większe oczekiwania, tym bardziej boli 😉

  • Angelika

    Mam bardzo podobne odczucia, co ty, a nawet wiecej jestem ta ksiazka mocno rozczarowana. Uderzylo mnie to, ze autorka nie jest w stanie odtworzyc klimatu grozy, jaki znam z roznych opowiesci z okresu stalinowskiego. Podobnie z opisem oblezenia Stalingradu, tak jakby o tym gdzies autorka sama czytala, ale tego nie przezyla i nie potrafi sobie tego nawet wyobrazic, zeby przerzucic to na papier. Wlasciwie to watki milosne, dramatyczne, wrecz harlequinowe sa na pierwszym planie, historia miala byc jakims tlem, ale tak naprawde nie ma znaczenia. Dialogi sa dosyc sztuczne, a niektore watki nudnie przewidywalne, jak np, ze Kitty zakocha sie w swoim rozmowcy. Sposob przedstawienia historii, wielkich wydarzen historycznych czasami jest wrecz irytujacy, szczegolnie upodobanie autorki do niewymieniania nazwisk np. Berii. Nie jestem historykiem, ale czytam duzo opracowan historycznych i nektore fakty, historie przedstawione w ksiazce wygladadaja po prostu na zmyslone. Szczegolnie slaba jest historia Fred przedstawiona wlasciwie juz na koncu 1. tomu. W obozie pracy w Mauthausen po pierwsze wlasciwie nie bylo Zydow, po drugie nie bylo kobiet ! Wiec trudno zrozumiec, jak Fred i jej matka mogly tam trafic, a matka przezyc prace w kamieniolomac. A historia z burdelem dla wiezniow, zeby zwiekszyc ich wydajnosc pracy jest po prostu zmyslona. To kompletnie dyskredytuje autorke w moich oczach i cala powiesc. Uwazam, ze to byla stratat czasu. Jest tyle dobrych ksiazek do przeczytania.

  • Pingback: Kalejdoskop wakacyjny, czyli kulturalne podsumowanie lata - Skrytka na kulturę()

  • Katarzyna Rudnicka Zd Marczuk

    Nic dodać, nic ująć….

%d bloggers like this: