Inna dusza – Łukasz Orbitowski – recenzja

Rzadko zdarza mi się przeczytać książkę, która mną wstrząśnie tak naprawdę. Da mi w twarz i zostawi bez nadziei, że ją kiedyś zapomnę. Udało się to jednak Łukaszowi Orbitowskiemu, którego nominowana do tegorocznej Literackiej Nagrody Nike Inna dusza rozbiła mnie na kawałki. Na drobniutkie kawałeczki. Chcecie wiedzieć dlaczego? UWAGA! W tekście są spoilery, ale nie jest to nic, czego by nie było w innych recenzjach, wywiadach czy opisach książki.

Don’t tell me there’s no hope at all

Bydgoszcz. Lata 90-te. Do sklepów wchodzą nowe pokusy, ale stara bieda trzyma mocno. Ludzie żyją z dnia na dzień, zmagając się ze swoimi demonami. Nie wiedzą jednak, że za chwilę uderzy w nich demon silniejszy od innych. Ten, który niesie bezsensowną, niewytłumaczalną i straszną śmierć dwojga nastolatków. A ból będzie jeszcze większy, gdy okaże się, kto i dlaczego tych zbrodni dokonał.

W całej tej historii najciekawsze jest jednak to, że wydarzyła się naprawdę. Łukasz Orbitowski napisał Inną duszę na podstawie akt sądowych prawdziwej sprawy. Zmienił imiona bohaterów, dodał nowych, dopisał im charaktery, motywacje i opowieści. Niewątpliwie mamy tu do czynienia ze zmyśleniem, fikcją literacką. Lecz z taką fikcją, która ma bardzo silne oparcie w rzeczywistości i właściwie nie ma powodu, by nie mogła być prawdą.

No matter how he tried, He could not break free

Na pierwszy plan wysuwa się oczywiście postać Jędrka – dwuznaczna, dziwna, przerażająca i tak bliska zarazem. Jędrek to z pozoru zwykły, sympatyczny i uczynny, trochę wyobcowany chłopak. Uczy się na piekarza i toczy cichą walkę z ojcem. Kiedy mu się jednak przyjrzymy z bliska, jego postać się rozmywa, staje się mętna i trudna do ogarnięcia. Ten chłopak jest jakby zaklajstrowany bólem. Wypracował sobie kilka mechanizmów obronnych, które z powodzeniem stosuje na zewnątrz. A w środku… Zagadka, zło, ciemność, jak próżnia, która zasysa wszystko dookoła. Agresja. Brak empatii, cechy psychopatyczne. Ale też przerażenie samym sobą i poczucie wyobcowania, inności. Wielkiej samotności. Jędrek jest jednym wielkim niedomówieniem, znakiem zapytania. Postacią, która zaczęła żyć własnym życiem. I boli.

Lecz w Innej duszy boli nie tylko Jędrek. W tej historii wszyscy dotknięci są złem i właściwie każdy ma w sobie takie inne dusze, co żyją w człowieku obok tych naszych dusz, zwyczajnych. I czegoś tam sobie chcą. Niektóre są ciche, inne głośne. Wrzeszczą, hałasują. Próbują nas zmusić do popełniania błędów, do zadawania bólu. Słabość, nałóg, zazdrość albo zakazane, na wskroś złe pragnienie, choroba psychiczna. Inną duszę ma w sobie ojciec Krzyśka (który to ojciec dla mnie jest jedną z najbardziej prawdziwych i najbardziej przerażających postaci w powieści), z inną duszą żyją na co dzień Darek, rodzice Jędrka i Wesoły Fido. Każdy. Tylko jedni mają te inne dusze cichutkie, nieśmiałe, skromne. Inni głośniejsze, żądne zła i bólu. A w Jędrku mieszka potężna zła moc, która raz uwolniona, już nigdy nie da o sobie zapomnieć. Czy da się walczyć z tą inną duszą? Czy można od niej uciec? Czy zło jest czymś od nas niezależnym i po prostu sobie istnieje?

And the worms ate into his brain

Cała fabuła, te wszystkie pytania i niedomówienia nie byłyby w połowie tak przerażające i bolesne, gdyby nie doskonały styl Łukasza Orbitowskiego. Jak ten człowiek pisze! Ostro i szybko. Prosto i dosadnie. Bezkompromisowo. Jego zdania ranią, a opisy bezwzględnych zbrodni wywołują łzy rozpaczy w oczach. To jest ogromny talent i chyba najlepsza jakościowo młoda polska proza, jaką czytałam w ciągu ostatnich kilku lat. Nie znałam wcześniej żadnej jego książki i teraz widzę tylko, jak wielki był to błąd. Przecież ja uwielbiam horrory, a mimo że Inna dusza tak naprawdę horrorem nie jest, bo nie znajdziemy tu nic paranormalnego, to jest to chyba najstraszniejsza książka, jaką kiedykolwiek czytałam. I nie byłoby tak, gdyby nie wielki talent autora.

Łukasz Orbitowski stworzył też portret miasta, a Bydgoszcz ze swoimi zaułkami, półświatkiem, zakłamaniem i latami 90-tymi (ale o nich za chwilę) robi ogromne wrażenie. Bardzo lubię książki, w których miejsce akcji staje się osobnym bohaterem, a tu tak się stało. Tkanka miejska Bydgoszczy pulsuje, żyje i wydycha mrok.

Open your heart, I’m coming home

I jakoś tak, paradoksalnie, kojarzy mi się z Inną duszą moja młodość. Lata 90-te, pierwsze papierosy w lesie za szkołą, pierwsze łyki piwa na wydmach, muzyka, subkultury, czas przełomu, czas przemiany.  Orbitowski oddaje ten okres perfekcyjnie. Chcecie się dowiedzieć, jak wyglądało dojrzewanie w końcówce XX wieku? Przeczytajcie Orbitowskiego. Proste.

I choć ja dzieciństwo miałam wychuchane, wykochane i na bogato, to sytuacja z domu Krzyśka, przyjaciela Jędrka, jest mi na swój sposób bliska. Ta rodzina jest niemalże kopią innej, z którą miałam przez kilka lat dość intensywny kontakt. Alkoholizm, współuzależnienie, bieda, beznadzieja, niezapłacone rachunki – ja to wszystko widziałam na żywo. Na szczęście jedynie jako obserwator, a nie uczestnik.

Dzięki tak doskonale oddanym realiom epoki i życiu z alkoholikiem, ta doskonała literatura stała się dla mnie czymś więcej, bo wspomnieniem, a bliskość świata sprawiła, że bohaterowie, zbrodnie i ból były jeszcze bardziej realne, jeszcze bliższe.

A ta piosenka to chyba idealny podkład muzyczny dla Innej duszy. A tytuły akapitów nie wzięły się z powietrza 😉

Inna dusza to nie jest powieść dla ludzi o słabych nerwach i szczerze mówiąc większości bliskich mi osób i przyjaciół, których gust (a przede wszystkim emocjonalne możliwości) znam, bym ją odradzała. Ba! Ja bym ją samej sobie odradziła. Ale nie żałuję, że ją przeczytałam, bo to chyba najlepsza rzecz, po jaką sięgnęłam w tym roku. To literatura, która daje w pysk, a ja jeszcze bardzo długo czuję ból po uderzeniu i zastanawiam się – dlaczego to było tak mocno? Sam Łukasz Orbitowski powiedział o sobie, że jest taką literacką Buką i chyba nie ma lepszego podsumowania dla autora Innej duszy. Więc kto się nie boi Buki – ten czyta.

Moja ocena: 10/10

%d bloggers like this: