Ludzie, którzy jedzą ciemność – Richard Lloyd Parry – recenzja

Ostatnio zaczytuję się w non-fiction. Nie wiem sama: czy to znużenie fikcją literacką, czy może jestem stara i coraz chętniej szukam prawdy o życiu. W sumie to bez znaczenia, po prostu mam coraz większą ochotę na porządną literaturę faktu. I dzięki temu w tym miesiącu przeczytałam już dwa reportaże, a teraz pożeram trzeci! Nieźle, jak na osobę, która dotychczas sięgała po ten gatunek średnio raz-dwa razy do roku, prawda? W każdym razie – czytam! I się zachwycam <3 A dziś opowiem Wam o książce, która na pewno nie jest najlepszym non-fiction jakie w życiu czytałam, ale z pewnością jest jednym z bardziej wciągających. Moi Drodzy! Oto Ludzie, którzy jedzą ciemność Richarda Lloyda Parry’ego.

Bardzo bezpieczna Japonia

Ruchliwe, kolorowe ulice Tokio – miasta, które w powszechnej opinii uznawane jest za najbezpieczniejsze na świecie. Europejczycy i inni biali ludzie wzbudzają tam nieustanną, acz zdystansowaną sensację. Sama miałam okazję tego doświadczyć (co prawda do Tokio nie dotarłam, ale do Kioto, Osaki i Nary już tak), bo jako jasna blondynka (czasy słusznie minione) z dużym biustem i wzrostem 168 cm byłam obiektem wielu zaciekawionych spojrzeń. Moją krótką wyprawę do Japonii do dziś wspominam z rozrzewnieniem, a oprócz egzotycznej architektury, fenomenalnego jedzenia, zaczepiających mnie wycieczek szkolnych i Hello Kitty pamiętam przede wszystkim, że czułam się tam bardzo bezpiecznie. Nie bałam się chodzić sama po ulicach, nie bałam się ciemnych zaułków i mrocznych zakątków. Naprawdę, w porównaniu z pierwszym lepszym europejskim miastem Japonia zachwyca spokojem, kulturą i dystansem. Czułam się tam trochę tak, jak w sypialnianej dzielnicy, w której obecnie mieszkam i jest w niej tak spokojnie, że czasami nie chce mi się zamykać drzwi na noc, bo łóżko takie ciepłe i miękkie, a do kluczy taaaak daleko.

Dlatego każde zaginięcie, każda zbrodnia popełniona w tym wyważonym i pełnym konwenansów państwie wstrząsa bardziej. Bo najmocniej porusza nas to, co zaburza nasze poczucie bezpieczeństwa. Zamachy terrorystyczne w kinie, na hotelowej plaży czy po powrocie z pokazu fajerwerków, kiedy zło uderza w momencie śmiechu, zabawy, relaksu, przyjemności szokują bardziej. Być może dlatego (a nie dlatego, że bardziej obchodzi nas Paryż czy Bruksela) dużo silniej przeżywamy zamachy terrorystycznymi w Europie, niż te, które mają miejsce w biedniejszych i targanych konfliktami państwach? Tam gdzie spodziewamy się zła – ono nie szokuje, a tam gdzie powinno nas spotykać jedynie dobro – zło wstrząsa na wskroś.

I tak właśnie jest z Japonią i popełnionymi tam zbrodniami. Jest ich mniej, duuużo mniej, ale kiedy już do nich dochodzi, zawsze wywołują niepokój. Tak samo było w przypadku młodej i atrakcyjnej Brytyjki – Lucie Blackman, która pewnego dnia po prostu zniknęła z powierzchni Ziemi. Fałszywe tropy i pytania mnożyły się, a burza medialna, która rozpętała się wokół tej dziwnej sprawy poruszyła wiele osób. Jedną z nich był dziennikarz Timesa, który postanowił opowiedzieć nam co dokładnie się wydarzyło.

Książka nierówna

Ludzie, którzy jedzą ciemność to książka niesamowicie wciągająca. Czytając ją, przewracałam strony, tak szybko, że aż się kurzyło! Co się stało z Lucie Blackman? Dlaczego zaginęła? Co zrobi jej rodzina? Czy udźwignie ciężar tragedii? Czy uda im się ją znaleźć? Tak było… do mnie więcej połowy książki. Potem, kiedy zagadka wyjaśniła się, a autor skupił się na osobie mordercy i procesie sądowym, tempo znacznie spadło, a ogromna ilość szczegółów zaczęła mnie przytłaczać. Nie znaczy to, że reportaż czytało się źle, ale myślę, że zdecydowanie zyskałby na atrakcyjności, gdyby był krótszy o jakieś 100 stron. Pewne wątki można bez żadnej straty dla czytelnika pominąć, inne skrócić. Szkoda, bo pierwsza połowa wciągnęła mnie bardziej niż nie jeden kryminał.

Do wad zaliczam też lekki brak obiektywizmu Parry’ego, który mimo że stara się być bezstronny, to nie potrafi uciec od osobistych sympatii. Jednym z ważniejszych wątków Ludzi, którzy jedzą ciemność jest konflikt, jaki zrodził się między Timem i Jane – rodzicami zaginionej Lucie. Konflikt, w którym autor wyraźnie bierze stronę ojca, matkę przedstawiając trochę jak nawiedzoną wariatkę, trochę jak żądną zemsty heterę. Ta stronniczość jest dość subtelna, ale mimo wszystko razi i obniża wartość książki, bo przecież dobry reporter nie powinien narzucać czytelnikowi swojego zdania.

Ludzie, którzy jedzą ciemność – Japonii i skłóconej rodziny portret własny

Poza samą zagadką i próbą wejścia w psychikę mordercy, Ludzie, którzy jedzą ciemność przyciągają interesującym obrazem Japonii. Może nie jest to szczególnie wnikliwa i szczegółowa analiza tego kraju, ale dla mnie – laika, który miał raptem okazję pochodzić sobie po ulicach Kioto przez dwa tygodnie i zaczytuje się w powieściach Murakamiego – to była naprawdę interesująca przygoda. Dowiadujemy się wiele o japońskiej policji, sądownictwie, życiu erotycznym. Myślę, że osoby siedzące w temacie głęboko raczej niczym się nie zdziwią, ale jeśli czyjaś wiedza o Japonii – tak jak moja – opiera się na stereotypach i wyrywkowych informacjach z mediów – może to być całkiem poznawcza lektura.

Interesujący jest również portret skonfliktowanego, rozwiedzionego małżeństwa, które musi w tej trudnej sytuacji jakoś się porozumieć. A może nie musi? Może nie potrafi? Podobały mi się też psychologiczne portrety rodzeństwa, przyjaciół. Z tej książki bije mrok, zło i jakaś nieuchwytna czarna magia. Wszyscy zaplątani w opowieść ludzie są jakby dotknięci chorobą smutku i bezsilności, zmagają się z osobistymi demonami, które nie pozwalają normalnie żyć, zabierają szczęście i wysysają radość. Ten sam mrok, który spowija Tokio, spowija też ludzkie dusze. I budzi w czytelniku strach i niepokój.


Ludzie, którzy jedzą ciemność to pozycja ciekawa i warta przeczytania, zwłaszcza dla wszystkich wielbicieli kryminałów, zbrodni, morderstw i zagadek. Spodoba się też osobom lubiącym poznawać inne kultury, aczkolwiek myślę (a wręcz mam pewność), że zaciekawić może przede wszystkim laików, a Ci z Was, którzy znają dobrze Japonię, jej realia i historię nie dowiedzą się z książki niczego nowego. Mi Ludzie, którzy jedzą ciemność spodobali się bardzo, zwłaszcza pierwsza połowa, od której nie mogłam się oderwać! To było moje pierwsze spotkanie z kryminalną literaturą faktu, ale jestem pewna, że nie ostatnie!

Moja ocena: 7/10

  • Agata

    Ja niestety czytam literaturę faktu jedynie kilka razy do roku. W 2016 na razie tylko jedną, ale za to jaką – „Wojna nie ma w sobie nic z kobiety” – serdecznie polecam. Japonia to kraj fascynujący i chętnie poczytałabym trochę więcej o obliczach zbrodni w tym kraju.

    • Ja jakoś nabrałam wielkiej ochoty na reportaże – sama nie wiem co mi się stało 😉 A „Wojna nie ma w sobie nic z kobiety” (i w ogóle twórczość Aleksijewicz) to mój wielki „mastred”, więc na pewno po nią sięgnę!

  • Zazdroszczę zwiedzenia Kioto. Po lekturze „Ganbare! Warsztaty umierania” coraz bardziej interesuje mnie kultura Japonii. A co do literatury faktu- lubię ja i cenię, choć nie zawsze jest to literatura łatwa.

  • Magdalena Paździor

    Choć nie przepadam za Japonią, to uwielbiam kryminalne zagadki i poznawanie innych kultur; dlatego też pewnie sięgnę za jakiś czas po tę książkę. 😉

    • Dlaczego nie przepadasz za Japonią? 🙂 Jest jakiś konkretny powód czy po prostu ten kraj Cię nie przyciąga?

      • Nie ma konkretnego powodu. Wiem, że to bardzo piękny kraj, ale jakoś odczuwałam zawsze duży dystans wobec jej kultury, tego wszystkiego, co na ogół kojarzy się z Japonią. 😉

  • Pingback: Polska odwraca oczy - Justyna Kopińska - recenzja - Skrytka na kulturę()

%d bloggers like this: