3 razy fantasy, czyli na skróty przez przeczytane książki

Ember in the Ashes. Imperium ogniaHeaven. Miasto elfów Królowa Tearlingu. Trzy książki. Wszystkie można włożyć do tego samego worka z napisem fantastyka. Wszystkie skierowane są do młodego czytelnika. Na tym jednak podobieństwa się kończą, bo każda z nich jest inna, a co najważniejsze – każda z nich reprezentuje zupełnie inny poziom i inny styl. Jedna z nich to hit, jedna to kit, a jedna to po prostu całkiem przyjemna opowieść. Ciekawi, która podobała mi się najbardziej? 😀

Ember in the Ashes. Imperium ognia Sabaa Tahir

O co chodzi: Bezwględna, wojskowa cywilizacja Wojanów od lat tyranizuje kochających wiedzę Scholarów. W tym pełnym przemocy i tyranii świecie spotyka się para młodych bohaterów: Laia i Elias. Czy młodym ludziom uda się zmienić świat?

Zalety: Największą i niepodważalną zaletą Imperium ognia jest doskonale poprowadzona akcja, która toczy się idealnym tempie. W odpowiednich momentach zwalnia, by w innych szaleńczo przyspieszyć, a Sabaa Tahir jest mistrzynią suspensu i dobrze wie kiedy przerwać swoją opowieść i przejść do kolejnych wątków. Poza tym powieść jest napisana lekkim, przyjemnym językiem. Dzięki tym wszystkim zaletom naprawdę trudno się od niej oderwać. Do tego świetnie oddany klimat pustyni, język tak plastyczny, że aż słychać szum piasku i mamy przepis na wspaniałą powieść młodzieżową.

Wady: No cóż… Sabaa Tahir Ameryki nie odkryła. Jest tu para typowych bohaterów, w dość typowym świecie (trochę może Diuny, trochę Igrzysk Śmierci, trochę Harry’ego Pottera), którzy przeżywają typowe przygody. I z jednej strony to jest wada, bo ile można wałkować to samo? Ale z drugiej? W końcu najbardziej podobają się nam piosenki, które już słyszeliśmy 😉

Czy warto: Warto! Ta historia, choć nie grzeszy oryginalnością, jest idealna na dwa-trzy odstresowujące i relaksujące wieczory. Wciąga i pozwala zapomnieć o całym świecie, a to w przypadku takich powieści, jest zdecydowanie najważniejsze!

Moja ocena: 7/10

Heaven. Miasto elfów Christoph Marzi

O co chodzi: Świat jaki znamy. Londyn, jaki znamy. Tylko, że nocą brakuje czegoś bardzo ważnego – kawałka nieba. I właśnie pod tym nocnym, wybrakowanym niebem samotny osiemnastolatek David spotyka piękną Heaven, która twierdzi, że… ukradziono jej serce.

Zalety: Heaven. Miasto elfów to urocza, baśniowa opowieść. Trochę naiwna, trochę nierzeczywista, ale na pewno bardzo ładna i bardzo niedzisiejsza. Nie ma tu epatowania tanią mistyką, zbawiania świata czy innych głupotek, których można by się spodziewać po powieści skierowanej do młodzieży. Zamiast tego dostajemy historię, która trochę smuci, trochę straszy, a na pewno cieszy – zwłaszcza młodszego czytelnika.

Wady: Nooo… Z jednej strony forma książki – baśniowa, urocza i naiwna jest w tego typu literaturze czymś przyjemnym, ożywczym i wyjątkowym. Ale już sama tajemnica Heaven wydała mi się mocno wtórna i niestety mocno skojarzyła mi się z inną książką, której nazwy nie będę wymieniać, bo byłby to wyjątkowo bezczelny spoiler. Poza tym tytuł jest mylący, bo tak naprawdę w tej powieści nie występuje ani jeden prawdziwy elf! Sięgając po nią liczyłam raczej na młodzieżowe urban fantasy z całą, charakterystyczną dla gatunku otoczką (coś w stylu Wojny o dąb Emmy Bull), a dostałam książkę zupełnie, zupełnie inną.

Czy warto: Młodszej młodzieży (12-15 lat) polecam w ciemno. Poza tym przypadnie ona do gustu, czytelnikom starszym, którzy lubią bajki.

Moja ocena: 6,5/10

 

Królowa Tearlingu Erika Johansen

O co chodzi: Odległa przyszłość. Cywilizacja jaką znamy już nie istnieje, a świat ponownie skurczył się do niewielkich, średniowiecznych rozmiarów. Zamiast nowoczesnej medycyny, komputerów i postępu pojawiły się królestwa rządzone przez udzielnych władców i… magia. W tej rzeczywistości żyje Kelsea. Na odludzi, w izolacji od reszty świata. Dni spędza na czytaniu książek i nauce. Pewnego dnia musi objąć tron Królestwa Tearlingu, a jej monotonne życie nabiera zawrotnego tempa.

Zalety: Eeee? Ładna okładka? Oryginalna wizja postapo? Inna niż wszystkie bohaterka? Brak wątku miłosnego? No może. Do grona zalet wliczam też w miarę przyzwoity język.

Wady: Wiele rzeczy mnie w tej książce zawiodło, ale najbardziej irytowały mnie imiona (coś co w literaturze z gatunku fantasy często szwankuje). Kelsea? Jako imię dla królowej? Nie, nie, nie. Nie. I nie. Zresztą wszystkie nazwy były wydumane, sztuczne i bardziej pasowały do licealnego romansu niż do fantastyki.

A oprócz tego ogromnie raziło mnie robienie z Kelsea (brrrrr…) na siłę ludzkiej bohaterki. Tu się spociła, tu ma brudne włosy, tu ją swędzi nos. Stworzenie niedoskonałej postaci kobiecej miało być oryginalnym i nietypowym zabiegiem, ale moim zdaniem wyszło po prostu sztucznie. Kogo, na litość tolkienowską, obchodzi, że Kelsea swędzi nos? I o ile sam zabieg z niezbyt piękną heroiną, w której nie kocha się pół królestwa był nawet ciekawy, to już epatowanie fizycznością Kelsea było nie do zniesienia. Dobrze, że nie musiałam czytać o jej menstruacji…

Poza tym Królowa Tearlingu najzwyczajniej w świecie mnie znudziła i wymęczyła. Akcja rozwijała się bardzo powoli, niewiele się w tej książce działo, a tempa nie rekompensował ani ładny język, ani interesujący bohaterowie. A jeśli jeszcze dodamy rzucanie od czasu do czasu bezsensownie brutalnym opisem, to rysuje się obraz powieści miernej, która ze wszystkich sił stara się być czymś więcej niż jest.

Czy warto: Szczerze? Zupełnie nie rozumiem fenomenu tej książki. Ani to ciekawe, ani wciągające, ani oryginalne. Erika Johansen dodała kilka ozdobnych piórek w niespotykanych w literaturze młodzieżowej kolorach do ogranej, banalnej i co najważniejsze niezbyt ciekawej historii.

Moja ocena: 4/10

  • Agata

    Czytałam „Imperium ognia” i mam takie samo zdanie. Autorka nic szczególnie nie zaprezentowała, ale tak się to czytało…Czekam na kolejny tom. Dwie pozostałe raczej sobie odpuszczę. Imię Kelsea faktycznie słabe :/

  • Zaczytanasowka

    Przede mną jeszcze te książki 🙂 pokładam wielkie nadzieje z Królową Terlingu.
    http://www.zaczytanasowka.bloog.pl

  • No dobra czyli ta jedna.z..elfami nie ma nic wspólnego? Szkoda…

    • Nie! To tak jakby – no nie wiem – wziąć psa, uznać, że jest on elfem, napisać o nim książkę i nazwać ją książką o elfach 😀

  • Powiem Ci że „Królową Tearlingu” am na liście do przeczytania i mam co do niej dobre przeczucia. Twoja opinie trochę mnie zaniepokoiła (również nie znoszę „uczłowieczania”na siłę). Ostatecznie pewnie przeczytam i przekonam się sama.

  • Aleksandra Bernatek

    Ogólnie jakoś nie przepadam za młodzieżową literaturą fantasy, bo czytając na blogach recenzje różnych książek mam wrażenie, że czytam ciągle o tej samej książce. Tak że „Królową Tearlingu” na bank odpuszczę, aczkolwiek „Imperium ognia” może okazać się interesujące 🙂

    • Coś w tym jest 🙂 Ale ja lubię od czasu do czasu poczytać takie lekkie, rozrywkowe książki 🙂 Bardzo mnie to odpręża!

  • Królewskie Recenzje

    Już od jakiegoś czasu jestem nimi zainteresowana. Mam nadzieję, że spodobają mi się bardziej niż Tobie.

    • Noo, tak właściwie to nie podobała mi się tylko „Królowa Tearlingu”, dwie pozostałe były okej 🙂

%d bloggers like this: