Dzień Niepodległości: Odrodzenie – recenzja

Albo 3 powody, dla których Dzień Niepodległości: Odrodzenie to nie jest dobry film. Bo wiecie… To była moja absolutna pozycja obowiązkowa. Pierwsza część, nakręcona w 1996 roku, jest obok Gwiezdnych Wojen najbardziej kultowym filmem mojego dzieciństwa. Miałam ją na kasecie VHS i męczyłam średnio raz na dwa tygodnie. Uwielbiałam Willa Smitha i Jeffa Goldbluma, uwielbiałam ratowanie Ziemi przed inwazją dość nieoględnych kosmitów. Do dziś zresztą uwielbiam! Dlatego – mimo licznych obaw – po prostu musiałam iść do kina na nakręconą 20 lat później kontynuację. Tak. Licznych obaw, bo niestety już po obejrzeniu trailerów czułam, że twórcy mogą nie udźwignąć legendy pierwszej części i to, co w najnowszych Gwiezdnych wojnach wyszło przyzwoicie (klik), tu może wyjść karykaturalnie. Nie pomyliłam się, niestety. A żeby nie być gołosłowną – oto 3 powody dla których Dzień Niepodległości: Odrodzenie to nie jest dobry film.

643505_1.1

1. Budowanie napięcia? A po co?

W tego typu filmach (hollywoodzkie, rozrywkowe kino akcji, z elementami science-fiction) o jakości filmu świadczy między innymi wyważenie trzech podstawowych elementów. Musi być dobrze zbudowane napięcie, żeby widz oglądał historię z zaangażowaniem. Musi być wzruszająco, żeby widz mógł na koniec uronić łezką, uśmiechnąć się i poczuć siłę historii. I musi być zabawnie, żebyśmy nie utonęli w tym morzu patosu, które zapewnia nam element drugi. W Dniu Niepodległości z 1996 roku wszystkie te elementy były odpowiednio wyważone, grały ze sobą, współdziałały i w efekcie powstał naprawdę dobry, rozrywkowy, komercyjny film, który można było pokochać na lata (zwłaszcza jeśli się miało wtedy 11 lat!). Ta sztuka wyszła też choćby w Marsjaninie (klik), który powinien stanowić wzór dla takiego kina. Dzień Niepodległości: Odrodzenie niestety nie udźwignął ciężaru, bo napięcie jest minimalne (scenariusz to kalka z pierwszej części i niewiele nas tu zaskakuje), do tego budowanie akcji w pierwszej godzinie filmu zostało totalnie skopane i zniszczone przez burdel, który rządzi kolejnymi scenami. W zamian za to ma być baaaardzo wzruszająco i śmiesznie, ale niestety nie jest. I to do tego stopnia, że trzeba z tego zrobić osobny punkt!

2. Pastisz czy poważny film?

Nie wiadomo. Wydaje się, że raczej to drugie, ale niektóre sceny zdaję się temu jawnie przeczyć. Na ekranie panuje wielki misz-masz. Naprawdę dobre i pasujące do konwencji fragmenty (jak scena z autobusem czy motyw poszukiwaczy skarbów na łodzi podwodnej), przemieszane są z epizodami bardziej pasującymi do Marsjanie atakują czy innej pastiszowej komedii. To ewidentnie nie wyszło, a tworząc tak charakterystyczne kino gatunków wypadałoby się trzymać pewnych ogólnie przyjętych ram, a nie tworzyć dziwną hybrydę wzruszającego hollywoodzkiego kina i parodiiTo co ma być śmieszne nie śmieszy, a to co ma być poważne śmieszy do łez (jak scena z ratowaniem noworodka ze szpitala. No ludzie! Serio? Serio?!).

643485_1.1

Mina Jeffa Goldbluma mówi sama za siebie…

3. Murzyn z Afryki.

Nie jestem jakimś wielkim fanatykiem poprawności politycznej, ale tu to już pojechali… W filmie mamy dwóch bohaterów o innym, nieco ciemniejszym kolorze skóry. Pierwszy z nich – Dylan Hiller – syn Willa Smitha i pilot jest, wbrew temu czego moglibyśmy oczekiwać po potomku tak fantastycznej postaci jaką był kapitan Steven Hiller – postacią nudną, płaską, pozbawioną historii i emocji. Właściwie nie do końca wiadomo po co w ogóle jest na ekranie. Drugi – Dikembe Umbutu, jest z pewnością barwny i ciekawy. Tak. Niestety oprócz tego… do bólu stereotypowy. No bo jak Murzyn z Afryki, to przecież musi być miejscowy watażka z maczetą, świtą uzbrojonych po zęby wojowników, mundurem i groźną miną. I musi być oczywiście najbardziej komiczną postacią ze wszystkich (jego postać ociera się wręcz o pastisz, a skojarzenia z Maczeta zabija nasuwały się same – patrz punkt 2). Jeśli do tego dodamy (UWAGA! SPOILER!), że jedynym bohaterem, który ginie nie z własnej woli jest stary i brzydki gej (chyba gej, bo w sumie możemy się tego  tylko domyślać), to jednak jakiś niesmak pozostaje.


I wiecie. To nie jest tak, że ja się źle bawiłam w kinie. Nieee. Było całkiem przyjemnie: grał brat Thora (szkoda, że nie Thor, no ale trzeba się cieszyć tym co jest), zdjęcia były ładne, kosmici brzydcy, popcorn smaczny, a cola zimna. Tylko, że niestety, ja strasznie nie lubię fuszerki i zmarnowanych szans. Dzień Niepodległości: Odrodzenie to klasyczny przykład zmarnowanej szansy. Przykład filmu, który mógłby być naprawdę doskonałą rozrywką, a stał się kolejną banalną, hollywoodzką papką o której lepiej jak najszybciej zapomnieć.

Moja ocena: 5/10 (za sentyment do pierwszej części i kilka chwil szczerego śmiechu)

  • Agata

    Słabiutkie kino, bardzo. Przykład Gwiezdnych Wojen pokazał, że nawet odgrzewany kotlet może smakować wspaniale. A tu taki klops :/

%d bloggers like this: