Zanim się pojawiłeś – Jojo Moyes – dyskusja

Zanim się pojawiłeś Jojo Moyes to historia, która wyskakuje z lodówki, z pralki, z pojemnika na brudne pieluchy. W wersji książkowej i w wersji filmowej. Nie sposób jej nie zauważyć, nie sposób jej nie przeczytać. Skusiłam się też ja. I wiecie co? Podobało mi się. Bardzo. Ale mam wrażenie, że ta powieść wcale nie jest tym, czym z pozoru wydaje się, że jest. Reklamowana jako romans, jako historia o wielkiej miłości, tak naprawdę opowiada o życiu, a uczucia stanowią tło i pretekst dla prawdziwej treści. Jednak przede wszystkim, po lekturze (i obejrzeniu filmu) mam jedną baaardzo poważną wątpliwość. Baaaardzo poważną, wręcz graniczącą z pewnością. Tak poważną, że aż muszę Was zapytać o zdanie! Ciekawi jaką?

Ale UWAGA! Ten tekst jest jednym wielkim spoilerem i jeżeli nie znacie jeszcze książki/filmu, to absolutnie i pod żadnym pozorem go nie czytajcie, zwłaszcza jego drugiej połowy. Zepsujecie sobie całą zabawę!

Zanim się pojawiłeś, czyli idealna literatura kobieca

Jednak najpierw opowiem Wam co myślę o tej powieści, bo Zanim się pojawiłeś to naprawdę dobra książka i należy jej się kilka pochwał 🙂 [Film zresztą też trzyma wysoki poziom (klik).] To doskonały przykład mądrej, porządnie napisanej literatury środka, która ma dostarczyć i rozrywki, i wzruszeń, i refleksji. Zanim się pojawiłeś to też z pewnością coś więcej niż zwykły romans. Jojo Moyes przede wszystkim pokazuje zwykłe, trudne i pozbawione lukru życie codzienne angielskiej klasy robotniczej, zmaga się z problemem bezrobocia, przemocy seksualnej, ciąży z wpadki, ubóstwa intelektualnego młodych Anglików. Co najważniejsze – porusza kwestię eutanazji, stawia pytania o granice samostanowienia i decydowania o sobie.

Tak powinna wyglądać literatura rozrywkowa, bo że Zanim się pojawiłeś leży właśnie na tej półce – nie mam wątpliwości. To nie jest książka, która zostanie ze mną na całe życie, to nie jest powieść, która wstrząsa posadami świata. Zamiast tego przywraca moją mocno nadwątloną wiarę w literaturę kobiecą. Podobało mi się bardzo, czytało mi się świetnie, a te kilka godzin spędzonych z Willem i Lou, pozwoliło mi oderwać się od moich własnych problemów i znaków zapytania, których ostatnio pojawia się zdecydowanie więcej niż bym chciała.

Jednak za największy plus tej historii uważam to, że to wcale nie jest jednoznaczne romansidło. Uczucia bohaterów wcale nie są oczywiste i proste. To znaczy – stosunkowo łatwo nam przejrzeć Luo, bo to w końcu ona jest – dość wylewną – narratorką. Natomiast zupełnie inaczej rzecz się ma z Willem. Wiemy o nim tylko to, co myśli o nim Lou i parę osób z jego otoczenia. Nikt do jego głowy nas nie zaprasza. I chociaż wydźwięk opowiedzianej historii jest taki, że Lou i Willa połączyło uczucie, to moim zdaniem… Więc, przede wszystkim, chodzi mi o to, że… No dobra. Już mówię:

Will wcale nie kochał Lou

Lubił ją, cenił ją, umiliła mu ona ostatnie miesiące życia, sprawiła, że nabrało ono kolorów i smaku. Ale jej tak naprawdę nie kochał. Zarówno czytając książkę, jak i oglądając film, nie mogłam się pozbyć wrażenia, że mam do czynienia z historią zakochanej dziewczyny, która jest gotowa oddać wszystko za odrobinę uczucia i akceptacji oraz chorego, nieszczęśliwego mężczyzny. Człowieka, który desperacko potrzebuje odmiany i nowego bodźca, który pozwoliłby mu przetrwać ostatnie miesiące życia. Dlaczego tak sądzę? Z kilku powodów!

632117-1.1

1. Will w normalnej sytuacji nigdy w życiu nie zwróciłby na Lou uwagi. W bajkach, jak to w bajkach: książę zakochuje się w biedaczce i żyją długo i szczęśliwie. Ale w prawdziwym świecie (do którego to prawdziwego świata Jojo Moyes ewidentnie aspiruje)? Związki w których występuje tak olbrzymia różnica w statusie społecznym, wykształceniu, sposobie życia, sposobie spędzania wolnego czasu nie mają szans powodzenia. Ba! One się zazwyczaj nawet nie zaczynają! W innych realiach, nie naznaczonych niepełnosprawnością ta dwójka prawdopodobnie zamieniłaby ze sobą parę zdawkowych słów i nigdy już o sobie nie myślała. Sami zresztą doskonale zdają sobie z tego sprawę. W skrajnej, wyjątkowej sytuacji w jakiej się znaleźli, kiedy Lou stanowi jedyne sensowne i całkiem przyjemne dla oka towarzystwo kobiece, musi się wytworzyć między nimi nić zainteresowania. Jednak nie na tyle duża, by Will obdarzył prawdziwą, wielką miłością, osobę tak odmienną od kobiet jakie znał i cenił przed wypadkiem.

2. Lou w rzeczywistości była kolejną, ostatnią już, zabawką Willa. Bo on przed wypadkiem był mężczyzną, który się bawił. Cały świat był olbrzymim parkiem rozrywki i wszystko co Will robił służyło jego przyjemności. Seks, emocjonująca praca, sporty ekstremalne, kultura, oddana grupa przyjaciół – wszystko było rozrywką. Kiedy skończyło się dotychczasowe życie, a egzystencja Willa stała się nieustającym ciągiem bólu, cierpienia, rozczarowań i nudy, skończyła się też zabawa. Chyba, że do kategorii rozrywki zaliczymy oglądanie filmów na DVD. Aż tu nagle zjawia się Lou – miła, ładna, wesoła i… zupełnie niewykształcona, marnująca swój ewidentny potencjał. Will, który przecież zna Pigmaliona, postanowił urządzić sobie ostatnią rozrywkę i odmienić los biednej Lou. Dla sportu. I z oczywistej sympatii do tej barwnej dziewczyny.

3. Gdyby Will kochał Lou, postąpiłby inaczej. I nie chodzi mi tu o samą eutanazję, na którą się zdecydował. Bo, choć jakiś szósty zmysł podpowiada mi, że miłość = sens w życiu, a sens w życiu = chęć życia, nawet mimo wielkiego cierpienia, to nie dałabym sobie za to przekonanie odciąć ręki. Nie będę więc twierdzić (choć miałabym ochotę), że jakby ją kochał, to by jednak chciał żyć. Może by jednak nie chciał? Uważam natomiast, że gdyby Will naprawdę kochał Lou, nie pozwoliłby jej przyjechać do Szwajcarii. Chciał przecież, by studiowała, by zmieniła swoje życie, a z drugiej strony doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że jeśli Lou będzie uczestniczką jego śmierci, może mieć takie problemy z prawem, że nigdy nie przyjmą jej na żadne studia. Niby chce, żeby Lou żyła pełnią życia, a zarazem pozwala, żeby brała udział w wydarzeniach, które to życie mogą zniszczyć. Nie wspominając już o tym, jak katastrofalne skutki dla psychiki, a zwłaszcza dla psychiki osoby tak pokiereszowanej, niepewnej i wycofanej, jak Lou, może mieć śmierć ukochanego, od której nawet jej wielka miłość i gotowość na każde poświęcenie nie była w stanie odwieść. Po co były te wakacje? Po co było to wesele byłej dziewczyny? To przywiązywanie do siebie Lou? Po co? Dla własnej rozrywki! Po to!


Takie mam wrażenia po lekturze Zanim się pojawiłeś. Tak odbieram tę książkę. Nie jako oczywisty romans, a raczej jako opowieść o dojrzewaniu, o szukaniu siebie, opowieść o nieszczęśliwej i niestety jednostronnej miłości. Zresztą wydaje mi się (ale niestety nie chce mi się sprawdzać…), że nigdzie na kartach książki nie padło wprost stwierdzenie, że Will kochał Lou.

Ale wiecie co? Najbardziej ciekawa jestem co myślicie Wy! Czy jestem jedyną osobą na świecie, która tak odebrała tę historię? Czy tylko mi się wydaje, że Will tak naprawdę był egoistą, który rozkochał w sobie Lou dla własnych celów? 

Moja ocena: 7/10

  • A to ja zaproszę do siebie. Co prawda nie czytałam książki i moja opinia wynika tylko i wyłącznie z odbioru filmu, ale też odebrałam Willa jako dupka. I choć staram się zrozumieć, że chciał umrzeć, bo nie chciał być ciężarem dla bliskich i wgl itd., to nadal coś mi zgrzyta.
    Pozdrawiam,
    Martha Oakiss – Secret Books

  • Dałaś mi do myślenia, nie powiem – ale na pewno zgadzam się z tym, że Will nie kochał Lou. Jakieś uczucie, emocje, fascynacje- to było na pewno, ale nie tak głęboka i pełna zaangażowania miłość, jak z jej strony. I zgadzam się, że „Zanim się pojawiłeś” to opowieść o dojrzewaniu, o szukaniu siebie i o nieszczęśliwej miłości. Count me in!

    • No właśnie – fascynacja, emocje tak, ale miłość (taka prawdziwa, bezinteresowna, ponad wszystko) już nie.

  • Powiem Ci, że jestem w drobnym szoku, czytając ten post. Dałaś mi sporo do myślenia, bo nawet nie przeszło mi przez myśl, że Will mógł nie kochać Lou… Z mojego punktu widzenia to nie tak, że ją w sobie rozkochał dla zabawy, a później porzucił. Wydaje mi się, że on do pewnego momentu nawet nie brał pod uwagę, że między nimi może pojawić się uczucie. Okey, zaczął ją zachęcać do poszerzania horyzontów pewnie z nudów, ale nie sądzę, żeby później był na tyle wyrachowany, aby uważać dziewczynę za kolejną zabawkę. Co do uczuć samego Willa – nie mam pojęcia, czy ją kochał, bo tak jak wspomniałaś, narratorką tej powieści jest Lou i pewnie nigdy się tego nie dowiem, przynajmniej nie na pewno. Moim zdaniem jednak to była miłość, on naprawdę się o nią troszczył i zdał sobie wiele trudu, żeby wyszła ze swojej skorupy, tylko że… to nie wystarczyło. A co do Szwajcarii to akurat mogę zrozumieć. Śmierć jest przerażająca i choć Will jej pragnął (czy zakończenia samego w sobie życia czy też po prostu końca cierpienia i wyrzeczeń – tego również nigdy się nie dowiemy) to mógł się też bać. Samolubne było proszenie Lou, żeby na to patrzyła – to nie ulega wątpliwości – ale jednocześnie to tak bardzo ludzkie, potrzebować obecności ukochanych osób w tak trudnych chwilach.
    Muszę przyznać, że to ciekawe spojrzenie na Zanim się pojawiłeś, ale ja w dużym stopniu odebrałam tę opowieść inaczej :), choć w jednym się zgadzamy – to historia o dojrzewaniu i o szukaniu siebie, ale jednocześnie o tym, że czasem nawet miłość nie wystarczy, aby przeżyć kolejny dzień.

    • Mi bardziej chodziło o to, że ona tą zabawką była dla niego jakby podświadomie – nie celowo. Will tak traktował życie – jak zabawę i tak – moim zdaniem – potratował ostatnią dobrą rzecz, jaka mu się przytrafiła. W sposób dla siebie typowy i naturalny, absolutnie bez wyrachowania.

      I trudno oceniać ludzkie motywy w takiej chwili i ciężko odpowiedzieć na pytanie: „co ja bym zrobił”, ale chyba nie chciałabym w takiej sytuacji narazić mojego męża na przykład na utratę możliwości wykonywania zawodu, który kocha. Tak myślę teraz, jako zdrowa osoba, która ma przed sobą (teoretycznie) dłuuugie lata życia.

      Dziękuję za piękny komentarz! 🙂

  • Nie przeczytałam jeszcze książki, póki co obejrzałam film.

    „(…) a z drugiej strony doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że jeśli Lou będzie uczestniczką jego śmierci, może mieć takie problemy z prawem, że nigdy nie przyjmą jej na żadne studia. ” Tego nie rozumiem. Dlaczego są takie zasady? Przecież eutanazja została wykonana legalnie. Przynajmniej tak wynikało z filmu.

    Miałam bardzo podobne odczucia do Twoich. Co więcej, na podstawie filmy, uważam że Lou również nie kochała prawdziwie. Była raczej zauroczona urokami życia jakie on przed nią odsłonił. Dziewczyna całe życie trzymana na sznurku przez rodziców nagle zakosztowała życia w całym jego blasku. W normalnych warunkach, gdyby on nie był kaleką i jakimś cudem by się sobą zainteresowali taka relacja ewoluowałaby w kierunku szybkiego, gwałtownego romansu. On by się znudził a ona wyrosła z potrzeby posiadania opiekuna i przewodnika.

    Mimo to(a może właśnie dlatego) jestem zachwycona tą historią:)

    • Dla mnie to też jest dziwne, ale w książce bardzo wyraźnie było napisane, że rodzina będzie mieć potem problemy prawne, a Lou może nie dostać się na studia. Eutanazja została wykonana w Szwajcarii i tam to jest legalne. W Anglii już nie, zakładam, że autorka odrobiła pracę domową i faktycznie w takiej sytuacji (eutanazji za granicą) w Wielkiej Brytanii odpowiada się za pomoc w samobójstwie.

      Coś w tym jest z Lou – miałam wrażenie, że ona jest tak zajęta ratowaniem go, że zupełnie gubi się w swoich prawdziwych uczuciach.

      I ja też uważam, że dzięki tym wątpliwościom historia mocno zyskuje 🙂

  • Aleksandra Bernatek

    Czytałam „Zanim się pojawiłeś” jakiś czas temu, ale Twój post skłonił mnie do ponownego „rozkminiania”, bo wcześniej przyjęłam za pewnik, że to było obustronne uczucie, ale Twoje argumenty są bardzo konkretne. Zwłaszcza pierwszy jest tak oczywisty, że aż dziwię się, ze wcześniej się nad tym nie zastanowiłam :p aczkolwiek nie do końca zgadzam się z trzecim. Myślę, że mimo wszystko Will tak po ludzku chciał, żeby Lou była przy nim w Szwajcarii, nawet jeśli cały czas był wyrachowanym dupkiem

  • Nie czytam, bo chcę książkę przeczytać – chciałam tylko napomknąć, że od zeszłego tygodnia w wiadomościach na fb czeka na Ciebie coś ode mnie 🙂 Odpiszesz??

  • Ania

    To była moja pierwsza myśl po tym jak przeczytałam ostatnie zdanie. Lou kochała Willa, ale on jej nie. A przynajmniej nie miłością romantyczną. Moim zdaniem pokochał ją bardziej jako przyjaciółkę, która uczyniła jego ostatnie chwile znośniejsze, uwolniła go nieco od bóli obecnego życia i dla której chciał lepszej przyszłości. Podobała mu się, jak to facetowi, ale nie angażował się w ten związek jak Lou. Widać to, myślę, po liście, który jej zostawił. Nie ma w nim nic co mogłoby świadczyć, że Will darzył Lou głębokim uczuciem. Gdyby ją kochał, myślę że nie byłoby mu łatwo tak stanowczo obstawać przy swojej decyzji, ale mogę tylko gdybać. Nie jestem nawet pewna czy ona nie pomyliła miłości z czymś innym. Tak desperacko starała się utrzymać go przy życiu, że być może nieświadomie przeinaczyła znaczenie swoich uczuć. W każdym razie nawet jeśli Lou naprawdę kochała Willa, a on jej nie lub ona też go wcale nie, nie uważam, żeby historia była przez to gorsza, coś na tym traciła. Nawet chyba wolę, żeby tak było. Gdyby Will rzeczywiście kochał Lou, okrucieństwo tego co jej w końcu zrobił byłoby niewymierne. Tak jakoś łatwiej mi się pogodzić z jego decyzją.

    • To prawda, dzięki tym niejasnościom, wątpliwościom i pytaniom książka jest jeszcze lepsza! Dzięki temu zamiast banalnego romansu, staje się mądrą i dającą do myślenia historią o życiu.

      • Ania

        Co prawda nie widziałam jeszcze filmu i nie jestem pewna czy chcę sobie znowu fundować wodospady spływające z moich oczu, ale wydaje mi się, że to jego promocja ukierunkowała postrzeganie, że jest to romans. Mam co do tego wątpliwości. Moja definicja książkowego/filmowego romansu jest nieco inna (np. „Pamiętnik”) i „Zanim się pojawiłeś” nie bardzo się w nią wpisuje. I tak jak poprzednio, nie uważam tego za wadę. Nie każda historia dwójki ludzi, którzy są ze sobą blisko musi być historią epickiej miłości. Tutaj nacisk został położony na coś innego i dobrze. Chociaż czytam recenzje filmu i niestety wynika z nich, że sedno tej historii, a przynajmniej nieodłączna jej część (tj. Will, jego cierpienie i postępująca choroba) zostało potraktowane po macoszemu, o ile w ogóle i jawi się przez to obraz faceta, który się zabił w zasadzie bez wyraźnego powodu. Jeśli rzeczywiście, to uważam to za wielkie nieporozumienie.

        • Coś w tym jest – film skupia się przede wszystkim na wątku miłosnym, a pozostałe (w książce właściwie równorzędne albo nawet nadrzędne tematy) albo w ogóle pomija, albo opisuje pobieżnie. Pod tym kątem faktycznie osoby, które czytały książkę mogą być zawiedzione. Nie zmienia to jednak faktu, że „Zanim się pojawiłeś” to naprawdę jest dobrze zrobiony, rozrywkowy i ładny film. Co ciekawe scenariusz do filmu też pisała Jojo Moyes! Więc na pewno nie można powiedzieć, żeby odbiegał od wizji autorki 😉

          • Ania

            Właśnie z tego powodu, że brała udział w tworzeniu scenariusza jestem zaskoczona, że cała filmowa historia została spłaszczona i sprowadzona do wątku romantycznego, co też potwierdzasz. No nic, pozostaje mi chyba obejrzeć film i przekonać się na własne oczy co to się wydarzyło 🙂

%d bloggers like this: