Klasyczny wtorek #8: „Słomiany wdowiec”

Klasyczny wtorek to cykl wpisów, w których biorę na warsztat klasykę: kina, literatury, serialu. Jest krótko, konkretnie, na temat! I szczerze! Jako klasykę kina traktuję umownie filmy, które zostały stworzone przed 1990 rokiem. Za książkową klasykę, znów roboczo i umownie, uznaję książki, które zostały napisane do lat 60. XX wieku. Był mroczny horror, był mrożący krew w żyłach thriller, były dramaty obyczajowe. Dziś dla odmiany opowiem Wam o komedii! Dlaczego? Bo jedna z jej scen stała się absolutnym, niekwestionowanym symbolem kina lat 50. Moi Drodzy! Oto Słomiany wdowiec z 1955 roku w reżyserii Billy’ego Wildera. Wiecie już o jaką scenę mi chodzi, prawda?

Słomiany wdowiec, reż. Billy Wilder

312438-1.1

Cytat: Hey, did you ever try dunking a potato chip in champagne? It’s real crazy!

O co chodzi: kiedy żona i synek Richarda Shermana wyjeżdżają na wakacje staje on przed nie lada wyzwaniem. Oto postanawia nie szlajać się, nie pić, nie palić, a przede wszystkim dochować wierności żonie. Zadanie znacznie utrudni mu pojawienie się ponętnej sąsiadki.

Skąd się wziął fenomen: Słomiany wdowiec to połączenie talentu reżyserskiego Billy’ego Wildera oraz charyzmy i seksapilu Marylin Monroe. Jednak do historii kina i zbiorowej świadomości widzów nie przeszły błyskotliwe dialogi czy świetna gra aktorska Toma Ewella i Marylin. Film prawdopodobnie utonął by w morzu innych gorzkich komedii, gdyby nie jedna scena.

312446.1

Ciekawostki: Wiecie co to jest Kodeks Haysa? To, wprowadzony w latach 30 w USA, zbiór restrykcyjnych zasad, których musieli trzymać się filmowcy. Kodeks nie zezwalał między innymi na pokazywanie scen seksu pozamałżeńskiego czy nagości. Zakładał promowanie rodziny i piętnowanie zdrady. Jak łatwo można się domyślić przestano go stosować w latach 60 ;). Słomianego wdowca nakręcono na podstawie broadwayowskiej sztuki teatralnej, a reżyser i scenarzysta musieli się nieco nagimnastykować zmieniając scenariusz, aby był zgodny z wymogami prawa.

Obowiązywanie Kodeksu Haysa i obyczajowe ograniczenia w kinie, tłumaczą wielkie zamieszanie wokół najsłynniejszej sceny filmu, którą pierwotnie kręcono na ulicach Nowego Jorku, w otoczeniu tłumu gapiów i dziennikarzy (5000 ludzi!). Jednak ostatecznie na ekran trafiła wersja nagrana na spokojnie w studio. Materiał z Nowego Jorku nie nadawał się, hałas tłumu był zbyt duży. Co ciekawe na filmie widać tylko nogi Marylin Monroe, znacznie odważniejsze zdjęcia znalazły się na plakatach reklamujących Słomianego wdowca.

312439.1

A co myślę ja: Słomiany wdowiec to przede wszystkim inteligentna i naprawdę zabawna komedia romantyczna. Żarty są subtelne, z drugim dnem, a ja, patrząc na niezwykle seksowną i głupiutką, bezimienną przecież Dziewczynę (Marylin Monroe), miałam wrażenie, że oglądam obraz zdecydowanie bardziej bolesny niż z pozoru się wydaje. Bo niby ma być śmiesznie (i jest śmiesznie!), ale przecież Słomiany wdowiec pokazuje dość brutalną prawdę o mężczyznach, o ich stereotypowym i krzywdzącym wyobrażeniu o kobietach, o ich fantazjach i ukrytych pragnieniach. Mimo, że film (w porównaniu do sztuki) mocno ocenzurowano i zmieniono, żeby pasował do restrykcyjnych wymogów Kodeksu Haysa, a reżyser Billy Wilder martwił się, że przez absurdalne przepisy Słomiany wdowiec straci swój gorzki wydźwięk, to moim zdaniem dzięki sprytnym zabiegom, aluzjom, a przede wszystkim dzięki wspaniałej grze doskonałej aktorki, jaką była Norma Jean Baker, udało się osiągnąć zamierzony efekt.

Bardzo polecam Wam Słomianego wdowca, bo nigdy dość mądrych komedii, których głównym celem nie jest zrobienie z widza idioty, a przeciwnie – danie mu prztyczka w nos, zmuszenie do refleksji i zastanowienia się nad sobą. Poza tym film nadal zachowuje aktualność, żarty i gagi są świeże i wciąż śmieszą, a obyczajowy wydźwięk, obnażający ludzką hipokryzję ciągle uderza tak samo.

Moja ocena: 8/10

  • Na pewno nie raz oglądałem „Słomianego Wdowca” ale nieco nieuważnie, traktując ten film jako zwykły obraz kinowy lat 50. Dopiero po
    przytoczeniu przez Ciebie kilku smaczków usiądę do tego filmu jako bardziej świadomy widz.

  • Widzę, że mam kolejną zaległość do nadrobienia. Bardzo ładne zdjęcia oraz tytuł i nowy wygląd bloga.

  • Szaleję za Marilyn Monroe (choć jak tylko o niej pomyślę, ogarnia mnie dziwny smutek, może to przez ilość biografii i domniemywań na jej temat, które udało mi się dotychczas przeczytać – wszystkie!), a teraz wydaje mi się, że oszaleję na punkcie Twojego bloga 🙂 Idę zanurkować, ciekawe ile smaczków znajdę tu dla siebie (a po szybkim przeglądzie obstawiam, że całe mnóstwo).

    • Przeczytałaś wszystkie biografie Marylin Monroe? 🙂 To musisz być niezłą kopalnią wiedzy na jej temat 🙂 I mam nadzieję, że na blogu Ci się spodoba 😉

      • Przeczytałam, chociaż sama nie wiem dlaczego i po co 🙂 Wzrusza mnie jej istota, może to to. Spodobało się, zdecydowanie. Zostaję 🙂

  • Niestety, jeśli chodzi o klasyki mam sporo do nadrobienia. Twój opis zachęcił mnie do obejrzenia filmu 🙂

  • Pingback: Kalejdoskop majowy, czyli kulturalne podsumowanie miesiąca - Skrytka na kulturę()

%d bloggers like this: