MP: Chcesz mieć czas na realizowanie pasji i spełnianie marzeń?

To go znajdź i zagnij czasoprzestrzeń. Zrobisz to, jeśli tylko zechcesz!

Czas mają tylko bezdzietni i bezrobotni?

Tak by wychodziło… Wiecie dlaczego w ogóle powstał ten tekst? Dlaczego znowu zachciało mi się pisać o czasie na realizowanie siebie? Bo znowu to usłyszałam. Bo po raz kolejny mnie uderzyło, że w ogóle można tak myśleć. Bo ludzkie życie utkane jest z usprawiedliwień. Ja mam małe dziecko. Nie mam czasu na realizowanie pasji – słyszę od kilku znajomych młodych matek. Jak ci dobrze! Siedzisz w domu i masz tyleeee czasu na realizowanie pasji, możesz sobie czytać książki i chodzić na dłuuugie spacery – mówią mi zapracowane koleżanki, z zazdrością wyobrażając sobie rozkosze urlopów rodzicielskich (hehe). Wy bezdzietni nie wiecie jeszcze co to prawdziwe życie, macie tyle wolnego, tyle czasu – kiwają palcem rodzice rozdarci między biurem, a niańczeniem latorośli. I tak dalej, i tak dalej, i tak dalej.

Wygląda to trochę tak, że nikt nie ma czasu na nic poza podstawową pracą zarobkową i ogarnianiem domorodziny, a każdy z lekką zawiścią patrzy na tych co mają lepiej. Jeśli zaś masz czas na coś więcej, to znaczy, że a) jesteś bezrobotny; b) nie masz dzieci; c) generalnie nic nie robisz. A wiecie co ja na to? Bzdura!

Ile można zrobić w jeden weekend?

Siedzę teraz na kanapie. Jest niedziela, godzina 20:55. Za chwilę odłożę laptopa, bo wyznaczyłam sobie granicę pisania do 21. Potem mam wieczorną orgię książkową z Lauren Groff. Pociągnę pewnie tak do 23 (edit: pociągnęłam do 23:30, ale więcej gadałam z Pawłem, niż czytałam). Jutro rano wstanę o 5:30 (edit: to była jednak 5:50…), dokończę i zredaguję ten wpis, a potem rzucę się w wir dnia z Synem Ssakiem.

Jednak zanim to wszystko nastąpi, wrócę pamięcią do ostatnich dwóch dni. Intensywnych i aktywnych. Budujących i zakończonych naszym małym sukcesem. W ciągu tych dwóch dni udało się nam (mi, Pawłowi i po części Hubertowi): ogarnąć chałupę, urządzić sobie wycieczkę do ZOO (małpy były absolutnym hitem!), przyrządzić pyszne domowe hamburgery, spędzić 3,5 godziny w teatrze, wybrać się z Synem Ssakiem na jego cotygodniowy basen, zrobić pierwszego w sezonie grilla, gdzieś pomiędzy porozmawialiśmy poważnie o przyszłości. Poza tym przeczytałam jakieś 150 stron książek (i zaraz podbiję tę liczbę!), zrobiłam pedicure, standardowo zajmowałam się Synem Ssakiem na przemian z jego ojcem. A co najważniejsze: udało nam się (pomimo licznych przeciwności, informatycznego nieogaru i kilku intensywnych kłótni) dostosować szablon, przenieść domenę i odpalić bloga w nowej odsłonie (uwierzcie mi: to nie było łatwe i zajęło nam netto jakieś 20 godzin).

kaboompics.com_Top view of desk with coffee, cake and book.-2

Nie ćwiczę, bo…

I to nie jest tak, że chcę Wam dzisiaj objawić swoją wspaniałość. Nieee. Ja po prostu próbuję udowodnić, że jak się chce, to można. Trzeba kraść chwile, łapać momenty, szukać sposobów na zagięcie czasoprzestrzeni. A jeśli chcemy, to się nam po prostu udaje. Najgorsze jest gadanie: ja nie mam czasu, ty masz go więcej. To jest zwyczajne, pospolite szukanie usprawiedliwienia.

Prosty przykład. Mogłabym napisać, że bardzo bym chciała ćwiczyć i zrzucić nadprogramowe kilogramy, ale nie mam czasu. Bo Syn Ssak, bo dom, bo blog i wszystkie związane z nim czynności, bo randki z Pawłem i spotkania z przyjaciółmi. Bo książki, bo filmy, które przecież muszę czytać i oglądać, żeby mieć o czym pisać. Jak tu upchać ćwiczenia? No jak? Ale prawda jest taka, że nie ćwiczę, bo mi się po prostu nie chce. Bo mi aż tak bardzo nie zależy. Bo nadal wierzę, że w wyniku intensywnych modłów mój metabolizm zamieni się w strusia i zacznie pracować tak szybko, że tłuszcz spali się sam. Pyk! Nie ma! Dlatego nie ruszam się z kanapy, a nie dlatego, że nie mam czasu na półgodzinny trening. Taka jest prawda. Brutalna, bolesna, obdarta ze złudzeń prawda. Ale mogłabym sobie i Wam pomydlić oczy, powyżywać się na tych Bogu ducha winnych bezdzietnych królowych fitnessu i pewnie jeszcze część z Was pokiwałaby głową ze zrozumieniem. Tymczasem ostatnio widziałam mamę z wózkiem… na rolkach! I zrobiło mi się cieplej na sercu! Można? Pewnie, że tak! Nawet trzeba!

Nie szukaj usprawiedliwień, tylko zrób!

Generalnie zmierzam do jednej, prostej konkluzji. Zależy Ci – znajdziesz czas. Nie zależy Ci – nie znajdziesz czasu. Wiadomo, że są okresy intensywnego skupiania się na jednej aktywności, kiedy inne sprawy schodzą na dalszy plan. Na przykład kiedy rodzi się dziecko, jest sesja na studiach, gorący okres w pracy, przygotowania do świąt (w niektórych domach, bo my z Pawłem raczej programowo je olewamy…), ale to są okresy. Wiem też, że są ludzie, którzy mają naprawdę bardzo mało czasu. Tylko, że… ci ludzie zazwyczaj mają go mało na bzdury i właśnie realizują to co chcą, co sobie zamierzyli. Z drugiej strony zauważyłam, że Ci co najwięcej marudzą, zazwyczaj robią zaskakująco mało rzeczy w życiu.

Poza tym, przecież nie chodzi mi o to żebyśmy teraz wszyscy latali jak koty z pęcherzem, nie robiąc sobie chwili przerwy. Jestem fanką slow life i uważności. Myślę, że work-life balance jest niezwykle ważny. Tylko, że często właśnie na tę równowagę brakuje nam czasu. Na pasję, na rodzinę, na realizację siebie. Mamy czas na codzienne, bezrefleksyjne siedzenie w internecie, regularne oglądanie bzdur w telewizji i godzinne obgadywanie nowej sukienki Zośki, a nie mamy go na rodzinę, czytanie książek, na hobby i na spełnianie marzeń.


Więc jeśli czegoś chcesz (rozwijać pasję, czytać książki, zostać drugą Ewą Chodakowską, podróżować, założyć swoją firmę), ale CHCESZ TAK NAPRAWDĘ, to znajdziesz na to czas. Jeśli twierdzisz, że czegoś bardzo chcesz, a tego nie robisz, to znaczy, że nie chcesz. Nie mydl sobie i innym oczu, że nie masz czasu, bo tak naprawdę byś go znalazł, tylko… wcale Ci nie zależy.

  • czasu akurat każdy z nas ma tyle samo.

    i nie wiem, czy bezrobotny, bezdzietny i bez pasji faktycznie ma lepiej. fakt, może ma czas. ale czas sam w sobie nic nie znaczy. tak jak pieniądze. dopiero odpowiednie wykorzystanie czyni go cennym. a z drugiej strony powiem tak brutalnie, nikt nikomu nie kazał mieć dzieci, psa ani wymagającej pracy. to też nasza decyzja. tak samo jak naszą decyzją jest, na co przeznaczamy te swoje 24 godziny każdego dnia.

    • Jest dokładnie tak jak piszesz: czas sam w sobie nic nie znaczy. Liczy się tylko to, jak go wykorzystamy 🙂 Pozdrawiam 🙂

  • W tytule brakuje słowa „na”. Zgadzam się z Twoim zdaniem „CHCESZ TAK NAPRAWDĘ, to znajdziesz na to czas” 🙂 Ja staram się znajdować czas na to, co dla mnie ważne. Pozdrawiam

  • Zgadzam się całkowicie. Jak się coś chce, to czas zawsze się znajdzie 🙂 A Ci, którzy się temu dziwią, to moim zdaniem po prostu szukają dla siebie usprawiedliwienia i wymówki. Pozdrawiam 🙂

  • Świetny wpis! Ja też już nie mogę wytrzymać tego wiecznego narzekania „Nie mam na nic czasu”! Oczywiście, młode mamy tu wygrywają w statystykach, co nie zmienia faktu, że absolutnie każdy przedział wiekowy serwuje te stwierdzenia. A jak poprosisz żeby wymienili co ostatnio zrobili, okazuje się, że zrobili bardzo dużo. Tylko zauważyć to i czerpać z tego radość to już zupełnie inna bajka 🙂

    • Tak, to prawda, że ludzie często nie doceniają swoich dokonań, deprecjonują je na swój własny użytek 🙂 Trzeba (starać się!) czerpać radość ze wszystkiego. Myślę, że młode matki przodują w statystykach przede wszystkim dlatego, że narodziny dziecka to po prostu olbrzymi szok i trzeba sobie uporządkować świat na nowo 🙂

  • U mnie jest tak, że im mniej mam czasu, tym lepiej umiem się zorganizować. Młode matki nie mają co narzekać. Przy malutkim dziecku nie ma jeszcze ta dużo roboty. Niemowlaki śpią i jedzą więc jest dużo czasu dla siebie, ale myślę, że wynika to z tego, że wcześniej rzeczywiście miały czas tylko dla siebie a teraz muszą dzielić się nim z dzieckiem. Trudno się do tego przyzwyczaić. Dobrze sobie też ustalić limity czasowe np. na komputer, tak jak ty to robisz. Internet to zjadacz czasu. Pozdrawiam.

    • Widzę po moim synku (ma skończone 11 miesięcy), że z jednej strony z dnia na dzień robi się coraz bardziej absorbujący, domaga się atrakcji, zabaw, a śpi 2 godziny dziennie. Jednak cały czas mam wrażenie, że czasu angażuje ciągle mniej więcej tyle samo. Wcześniej byłam tak przejęta rolą, że czas drzemek spędzałam na prasowaniu jego ubranek (he he), pogłębianiu wiedzy o niemowlętach i niekończących się dyskusjach przez telefon z jego babcią 😉 Teraz się już tak nie przejmuje, więc czasu na normalne życie mam znacznie więcej 😉

  • Wiem, że jeśli czegoś bardzo chcę, natychmiast podejmuję się działań zmierzających w kierunku umożliwienia mi tego, jeśli zaś szukam wymówek, to zazwyczaj oznacza to, że dana sprawa leży zaledwie w sferze moich oczekiwań. 🙂

  • Bardzo motywujący tekst! Mimo że to nie jakaś wiedza tajemna czasem dobrze jest gdy ktoś nam przypomni, że brak czasu, w większości przypadków, to tylko wymówka, a więc zamiast biadolić trzeba się wziąć w garść i działać.

  • pięknie to brzmi, ale czasami ciężko nawet tą małą godzinkę wygospodarować. i wcale nie jest to marnowanie czasu na pierdoły. to zapewne kwestia bardzo osobista, ale moje poczucie obowiązku najpierw każe mi realizować codzienne sprawy konieczne, a później myśleć o sobie. nie uważam, żeby to było dobre, ale nie potrafię poluzować 😉

    • Ja czasem mam wrażenie, że codzienne sprawy konieczne nigdy się nie kończą. Bo zawsze jest coś co można jeszcze zrobić, jakiś zapomniany kąt do umycia, nowa kreatywna zabawa z dzieckiem, zaległe urzędowe sprawy 😉 Ale mam wrażenie (po wizycie na Twoim blogu, który jest śliczny, dopracowany i regularnie prowadzony), że chyba nie jest tak źle z gospodarowaniem czasu na realizację pasji? 🙂

  • Tak jak napisałaś. CHCIEĆ to MÓC! Zgadzam się z tym w pełni. Każdemu kto mi mówi że nie ma czasu odpowiadam: – Jakbyś naprawdę chciał to i 5 minut się znajdzie, na cokolwiek co tylko chcesz. Ale jak ktoś nie chce i mu nie zależy to niech przynajmniej potem nie narzeka:)

%d bloggers like this: