Klasyczny wtorek #3: „Na wschód od Edenu”

Klasyczny wtorek to cykl wpisów, w których biorę na warsztat klasykę: kina, literatury, serialu. Jest krótko, konkretnie, na temat! I szczerze! Przybliżam zarys fabuły (bez spoilerów oczywiście!), potem staram się odkryć, na czym polega fenomen dzieła. Na koniec zaś wyrażam swoją SZCZERĄ opinię. Więc jeśli mi się coś nie podoba, coś uznaję za niedzisiejszą nudę, to (choćby to było nie wiem jak niepoprawne polityczne) na pewno się o tym dowiecie. Jako klasykę kina traktuję umownie filmy, które zostały stworzone przed 1990 rokiem. Czyli mające więcej niż dwadzieścia pięć lat. Za książkową klasykę, znów roboczo i umownie, uznaję książki, które zostały napisane do lat 60. XX wieku. Dziś chciałabym opowiedzieć Wam o kultowym filmie, który powstał na podstawie jednej z moich najukochańszych powieści. Moi Drodzy! Oto Na wschód od Edenu z 1955 roku w reżyserii Elii Kazana! Mam nadzieję, że zarażę Was miłością i pokochacie go tak jak ja! 😀

Na wschód od Edenu, reż. Elia Kazan

309918.1

O co chodzi: Rok 1917, Kalifornia. Poznajemy losy dwóch, wychowywanych przez ojca braci – Cala i Arona. Cal szuka siebie, akceptacji i miłości ojca oraz swoich korzeni. Jest dziki, nieposkromiony i tajemniczy. Poukładany i pozytywny Aron cieszy się ogólnym szacunkiem otoczenia, akceptacją ojca. Czy pozornie doskonały Aron faktycznie jest takim dobrym i silnym człowiekiem? Czy dręczony wątpliwościami, błądzący Cal odnajdzie swoją ścieżkę czy też nie ma dla niego ratunku i rzuci się w wir zła?

Skąd się wziął fenomen: Choć Na wschód od Edenu jest ekranizacją wielkiej powieści Johna Steinbecka o tym samym tytule (nakręconym zaledwie 3 lata po wydaniu książki!), to jest to dzieło samodzielne. Film nie oddaje wielowarstwowości powieści, skupiając się tylko na jednym z wątków, ale to przede wszystkim jest jego dobrą stroną. Bo to właśnie zaakcentowanie postaci Cala (którego gra fenomenalny James Dean) i jego moralnych bojów jest największą siłą tego filmu.

Warto też podkreślić, że reżyserem filmu jest nie byle kto, a sam Elia Kazan. Reżyser kontrowersyjny, głównie ze względu na swoje poglądy polityczne, ale przede wszystkim wybitny artysta. Na wschód od Edenu jest jednym z jego ważniejszych dzieł i z pewnością dlatego nie zostanie długo zapomniany.

No i po trzecie James Dean. Niesamowity aktor, niesamowita rola, gra aktorska na którą nie można się napatrzeć. Deanowi udało się stworzyć postać, która porusza serce. Jeśli dodać jego legendę, zbudowaną na przedwczesnej śmierci i to, że tak naprawdę wystąpił zaledwie w trzech filmach (oraz w paru rolach epizodycznych, a także serialach), to nie ma wątpliwości dlaczego nadal tak chętnie oglądamy Na wschód od Edenu.

309917.1

Ciekawostki: Film Elii Kazana nie jest jedyną ekranizacją powieści Steinbecka. W 1981 roku powstał mini-serial telewizyjny, z James Seymour w roli Cathy (matki Caleba i Arona). Mówi się też o nakręceniu współczesnej wersji książki. Zagrać ma ponoć Jennifer Lawrence, a całość ma się składać z więcej niż jednej części. Ale czy powstanie, a przede wszystkim czy powtórzy fenomen pierwszej części? Nie wiadomo 🙂

A co myślę ja: Na wschód od Edenu to doskonały film. Wciągający, pełen emocji, taki od którego trudno oderwać wzrok. To piękna i mądra historia o dojrzewaniu, szukaniu siebie, miłości. Jeśli chodzi o jego walory rozrywkowe nie mam najmniejszych wątpliwości – warto go obejrzeć. Piękne zdjęcia słonecznej Kalifornii, cudowna, poruszająca serce muzyka dodają całości urody (swoją drogą, to właśnie muzyka jest tym co najbardziej lubię w starych filmach. Z jednej strony jest bardzo dosłowna i wyraźna, a z drugiej tworzy niesamowity klimat i jest jednym z podstawowych sposobów budowania napięcia. W dzisiejszych filmach stosuje się ją zdecydowanie subtelniej, ale przez to trochę uleciała magia kina. Co o tym myślicie?).

Jednak przede wszystkim w tym filmie, który stanowi przecież zaledwie wycinek fabularny powieści Steinbecka, spodobało mi się położenie akcentu na wątku, który w książce był dla mnie najważniejszy, czyli na możliwości wyboru między dobrem, a złem – motyw Timszel (co po hebrajsku znaczy możesz).

Absolutnie nie bójcie się dłużyzn, nudy, bo ich tu po prostu nie ma. Jeśli zaś chodzi o przekaz, to jest on jak najbardziej uniwersalny. Na wschód od Edenu to doskonałe kino, które broni się współcześnie  i nie pozostawia widza obojętnym! Daję mu mój znak jakości i tym samym każdy z Was ma obowiązek go obejrzeć 😀

Moja ocena: 9/10

  • Nie widziałam tego filmu, ale uwielbiam klimat tamtych lat. Na pewno obejrzę. Dziękuję za polecenie. pozdrawiam

  • Klasyczne kino ma swoją magię. Nie mogę się doczekać, kiedy zapoznam się z nim bliżej:)

    • Ja ją właśnie odkrywam i żałuję tylko, że tak późno!

  • Klasyka to całkiem inna półka niż dzisiejsze filmy, a tym bardziej ekranizacje książek.
    A Na wschód od Edenu o dziwo znam 🙂 Matka uwielbia ten film, więc i mnie kiedyś zmusiła, ale teraz chyba czas go sobie trochę odświeżyć 🙂

    • Pewnie! 🙂 Nie dziwię się Twojej Mamie, że Cię zmusiła 😉

  • Uwielbiałam oglądać ten film, kiedyś często go sobie puszczałam, to zupełnie inne dobre kino. 🙂

  • Raczej nie oglądam tego typu filmów, ale ten wygląda wyjątkowo ciekawie, więc może się skuszę 😉

  • Chyba muszę nadrobić:)

  • Nic Dobrego

    Nie wiedziałam ani o książce ani o filmie. Dziękuję za prezentacje 🙂

%d bloggers like this: