Marsjanin, czyli dlaczego tym razem książka mnie zawiodła?

I to do tego książka, która mi się przecież… podobała…

Dlaczego w ogóle sięgnęłam po Marsjanina?

Jeśli mnie już trochę znacie, to doskonale wiecie, że należę do plemienia najpierw książka. Gdy idę do kina na ekranizację, to zazwyczaj staram się wcześniej przeczytać literacki pierwowzór, a parę razy już plułam sobie w brodę, że nie zapoznałam się najpierw z powieścią. Zasada jest taka, że książka ma pierwszeństwo, a film ma być uzupełnieniem. Ale przecież od zasady zawsze są jakieś wyjątki, prawda? 😉

Bo są czasem adaptacje, które oglądam bardzo chętnie, gdy tymczasem na książkę nie mam zupełnie ochoty. To co uwielbiam lub akceptuję w filmie niekoniecznie i nie zawsze sprawdza się w książce. Tak jest z romansami, które na ekranie widzę chętnie, a w wersji papierowej baaaardzo rzadko. Tak było ze Zjawą – pozycją obowiązkową w moim kinowym kalendarzu, czytelniczym – niekoniecznie. Tak też jest z science-fiction. Przepadam za nim w filmowej wersji, ale po książki z tego gatunku sięgam niezmiernie rzadko, żeby nie powiedzieć – wcale.

I tak, nie planowałam czytać  Marsjanina. Tym bardziej, że tematyka lotów kosmicznych, nowych technologii i innych takich dziwności zupełnie do mnie nie przemawia. Film natomiast wydawał mi się obiecujący już od pierwszych sekund trailera, a wizyta w kinie tylko utwierdziła mnie w zachwytach (klik). Tak miało pozostać – Marsjanin to była przygoda na dużym ekranie. Wyłącznie. Jednak wszyscy dookoła przekonywali: przeczytaj, przeczytaj. Super książka. Będzie super, mówili. Przeczytaj to mówili. No to przeczytałam…

Marsjanin nie taki zły, ale…

Bo wiecie: Marsjanin Andy’ego Weira to niewątpliwie bardzo nowatorska, sympatyczna i pozytywna książka. Dużo tu humoru, sporo pozytywnych emocji. Postać Marka Watney’a jest skonstruowana ciekawie, szczegóły techniczne oddane są w sposób niemalże doskonały, ale przede wszystkim siłą tej powieści jest świetny, oryginalny pomysł. Podczas lektury trochę się uśmiechałam, parę razy parsknęłam śmiechem, ale…

I pewnie gdybym sięgnęła po książkę najpierw, przed filmem, to byłabym pozytywnie zaskoczona. Jednak najpierw obejrzałam film, a po książkę sięgnęłam potem. Dodatkowo po licznych zachwytach i kilku namowach miałam naprawdę spore oczekiwania. I jak to zwykle w takich przypadkach bywa – zawiodłam się. I szczerze mówiąc, trochę żałuję czasu, który poświęciłam na tę powieść. Dlaczego?

Największa wada Marsjanina

Przede wszystkim, spójrzmy prawdzie w oczy. Marsjanin to żadna literacka przygoda, żadna wyjątkowa literatura. To książka napisana bardzo pospolitym językiem, w dość pospolitym stylu. Owszem, pomysł jest ekstra, Watney jest ekstra, ale to wszystko było tak samo ekstra w filmie. Książka nie dała mi nic więcej, a wręcz wymęczyła. Wszystkie jej zalety oddała wersja kinowa. Co więcej na dużym ekranie nie było widać jej największej (z mojego puntu widzenia!) wady.

Bo najgorsze było to, że powieść pełna jest totalnie niezrozumiałych opisów technicznych i naukowych (uściślając: niezrozumiałych dla mnie, wierzę głęboko, że wśród Was są osoby, które więcej z tego wszystkiego wyniosły). Nie mam wątpliwości, że Andy Weir jest w nich dokładny, staranny, nie mija się z rzeczywistością i aktualną wiedzą. Tylko że co mnie – laika i technicznego ignoranta – to interesuje? Raczej niewiele. Te liczne opisy mnie nużyły do tego stopnia, że je omijałam, a ponieważ zajmują one lwią część tekstu, więc myślę, że jakąś jedną trzecią książki przeleciałam wzrokiem. Musicie wiedzieć, że nienawidzę takiego czytania. Jam jest człowiek skrupulatny, dokładny i staranny (przynajmniej w niektórych strefach życia) i te cechy przekładam również na moje czytelnictwo. Więc nie dość, że się wkurzałam, że nie rozumiem, to jeszcze się nadenerwowałam, że czytam wybiórczo. Bez sensu.


Dlatego jeśli nie jesteście wielkimi fanami science-fiction czy technologicznymi nerdami, to Marsjanin spodoba się Wam tak samo (a może nawet bardziej) w wersji filmowej. Nie ma w tej powieści nic, czego by nie oddał film, bo jej słusznie zdobyta popularność opiera się przede wszystkim na doskonale zrealizowanym pomyśle fabularnym, starannym przygotowaniu materiału i lekkim, ciętym humorze, a tych w filmie jest baaardzo dużo. Dla mnie zaś morał jest prosty (i po raz kolejny ten sam): nie ulegać modom i namowom przy doborze lektur 😉

Moja ocena: 6,5/10

  • Namawiały Cię osoby, które pewnie tylko czytały książkę, lub najpierw czytały a potem widziały film. Sam tylko czytałem i też pomijałem niektóre fragmenty, ale mimo wszystko polecam tę lekturę.

  • Bardzo podoba mi się Twoja recenzja.
    Nie czytałem „Marsjanina” i nie widziałem filmu. Jestem człowiekiem technicznym i uwielbiam literaturę. I lubię szczerość. Dlatego podoba mi się, gdy piszesz „nie podoba mi się, bo nie siedzę w tych klimatach”. Nie potępiasz w czambuł, nie piszesz: „książka jest nudna”, tylko piszesz „opisy techniczne mnie znudziły”. I fajnie. Dzięki temu wiem, że mnie by się spodobała. Boję się za to tego, co napisałaś o siermiężnym stylu, jakim jest książka napisana.
    Ale ogólnie: dziękuję za recenzję.
    Pozdrawiam!

    • Cieszę się, że się przydałam 🙂 A co do stylu – nie ma aż takiej tragedii, znam duuużo gorzej napisane książki. Po prostu czuć, że Andy Weir jest pisarzem…. hmmm… nieco mniej doświadczonym 😉

  • Film nie zrobił na mnie wrażenia, ale jeśli walory książki prezentują się wątpliwie, to już sama nie wiem czy mnie ona zaskoczy.

    • No to, skoro film Ci się nie podobał, to nie wiem czy jest sens sięgać po książkę 🙂 Chociaż – nigdy nie wiadomo 🙂

  • muszę się w końcu zabrać za tą książkę 😉

  • Zdecydowanie muszę przeczytać choćby ze względu na rosnącą popularność tej książki. 🙂

  • Czytałam i prawdę mówiąc byłam zachwycona, aczkolwiek dopiero po około połowie. Początkowo ogromnie męczyło mnie jego „specjalistyczne” nazewnictwo, choć jako główny bohater jest świetny. Dopiero później pooglądałam film i szczerze mówiąc, podobał mi się jeszcze bardziej 🙂 Super recenzja 🙂

    • Dziękuję 🙂 Początek książki faktycznie był najtrudniejszy, ale Watney wymiata 😀

  • Czytałam kilka recenzji „Marsjanina” i przeraża mnie, że niektórzy recenzenci piszą o tym, że nie rozumieli technicznego słownictwa. Jedynym wyjaśnieniem może być fakt, że ci recenzenci są jeszcze w gimnazjum, bo dla ogarniętego człowieka, który skończył szkołę średnią i w miarę uważał na lekcjach chemii i filzyki „Marsjanin” nie powinien stwarzać problemów. Może to wina naszego systemu edukacji albo nauczycieli, którzy nie potrafili zainteresować nauką. Ja sama nie jestem jakimś naukowym nerdem (oceny w okolicach 3-4), skończyłam wybitnie humanistyczny kierunek studiów, w pracy nie mam styczności z nauką, ale „Marsjanin” nie był dla mnie w żaden sposób trudny.

    • Przeraża Cię to, bo… ? Boisz się życia w społeczeństwie pełnym nieogarniętych ludzi i gimnazjalistów? 😀

  • Agata

    Widziałam film, książki nie czytałam. Film nie zachwycił, Twoja recenzja nie zachęca dodatkowo, więc raczej po książkę nie sięgnę 😉 Zwłaszcza, że w książce nawet nie można by popatrzeć na głównego bohatera 😉 😉 😉

  • „Marsjanina” nie czytałam, za to oglądałam. Film mi się podobał, choć może nie był aż tak rewelacyjny, jak się spodziewałam. I wiesz co, nawet nie żałuję, że nie przeczytałam najpierw książki, choć kiedyś wyznawałam podobną zasadę. Jednak obecnie tyle jest powieści do przeczytania i tyle filmów do ogladania, że człowiekowi życia nie starczy, by to wszystko ogarnąć. Więc sobie odpuściłam – jeśli nie jest to adaptacja książki, którą chciałam bardzo, bardzo przeczytać, to nie przejmuję się zbytnio. A do mojej listy filmowych adaptacji, których nie muszę wpierw czytać dorzuciłabym młodzieżówki. Przyjemnie się ogląda na ekranie, a jakoś mnie nie ciągnie, by czytać książkowe cykle.

    Ja też nie znoszę takiego czytania – a pamiętam, jak nie mogłam przebrnąć przez „Potop”, przez te wszystkie opisy bitew. Tak mnie to nużyło, że dwa kolejne tomy czytałam z pominięciem niechcianych fragmentów, ewentualnie zahaczałam o końcówkę, aby wiedzieć co i jak. Co prawda to było w liceum, więc nie wiem, jak to by się skończyło dziś…

    P.S. Jestem u Ciebie pierwszy raz, ale będę z przyjemnością zaglądać!

    • Coś w tym jest, że czasu nie starcza. Mi się marzy dłuższa doba, ale taka ekskluzywna – tylko dla mnie 😀 Jeśli chodzi o młodzieżówki, to ja tu nie generalizuję, bo na przykład do dziś żałuję, że najpierw obejrzałam, a potem dopiero przeczytałam „Igrzyska śmierci”. Ale faktycznie raczej nie ciągnie mnie do czytania tych książek 🙂

      „Potop” planuję przeczytać w tym roku (w końcu to rok Sienkiewicza!), mam nadzieję, że mnie nie wymęczą opisy bitew, bo za takowymi nie przepadam 🙁

      Pozdrawiam i zapraszam do częstego zaglądania 🙂

%d bloggers like this: