Klasyczny wtorek #1: „Buntownik bez powodu”

Wiosna = nowe pomysły i nowa energia (choć dzisiaj doprawdy tej energii mi brakuje… poświąteczna ociężałość, męczące podróże ze Ssaczym, nie do końca przespane noce i zamulasta pogoda robią swoje…), więc startuję z nowym cyklem postów 🙂 W każdy wtorek będę brać na warsztat klasykę: kina, literatury, serialu. Będzie krótko, konkretnie, na temat! I szczerze!

Najpierw Wam przybliżę zarys fabuły (bez spoilerów oczywiście!), potem postaram się odkryć na czym polega fenomen dzieła. Na koniec zaś wyrażę swoją SZCZERĄ opinię. Więc jeśli mi się coś nie spodoba, coś uznam za niedzisiejszą nudę, to (choćby to było nie wiem jak niepoprawne polityczne) na pewno się o tym dowiecie 🙂 Zaczynam od słynnego filmowego dramatu z 1955 roku. Oto Buntownik bez powodu w reżyserii Nicholasa Reya, z niesamowitym Jamesem Deanem! 

Ale najpierw może wyjaśnię Wam skąd ten pomysł? I po co to wszystko? Otóż myślałam sobie ostatnio, że moja wiedza o kinie jest bardzo okrojona. Mimo że oglądam naprawdę dużo filmów, to jednak są to przede wszystkim nowe produkcje, powstałe po 2000 roku. Klasyki kina zaś… trochę się boję. Że się znudzę. Że filmy powstałe przed laty do mnie nie przemówią. Z książkami jest zdecydowanie lepiej, ale nadal moja lista TBR ma tyle pozycji, których nie znam (i trochę wstydzę się tego), że taki cykl będzie świetną okazją do nadgonienia zaległości. Mogę więc wyodrębnić dwa nadrzędne cele. Cel numer jeden cyklu: sprawdzić. O co cały ten krzyk? Czy oglądanie/czytanie klasyki ma jeszcze dzisiaj sens? Czy jest się czego bać? Czy może dla przeciętnego kulturalnego konsumenta obcowanie z nią jest zwykłym snobizmem i marnowaniem czasu? Cel numer dwa cyklu: zwiększyć wiedzę moją i Waszą, bo wiedzy nigdy mało!

Roboczo przyjęłam, że za klasykę kina będę uznawała te filmy, które zostały stworzone przed 1990 rokiem. Czyli mające więcej niż dwadzieścia pięć lat. Za książkową klasykę, znów roboczo i umownie, uznaję książki, które zostały napisane do lat 60 XX wieku. 

To chyba wszystko jasne? Kończę więc ten trochę przydługi wstęp i przechodzę do filmu!

Buntownik bez powodu, reż. Nicholas Rey

541328.1

O co chodzi: nastoletni Jim przeprowadza się do Los Angeles, gdzie rozpoczyna naukę w nowej szkole. Szybko jednak okazuje się, że nowe życie nie będzie proste, a zdobycie przyjaciół, miłości i szacunku może się okazać trudniejsze niż się wydaje. Buntownik bez powodu to prosta fabularnie, klasyczna historia o dojrzewaniu, buncie, konflikcie pokoleniowym i poszukiwaniu przez młodych ludzi własnej drogi.

Skąd się wziął fenomen: młody, przystojny, zagubiony i zakochany James Dean stał się symbolem nastoletniego buntu, niepokoju i niepokorności. To właśnie o nim myślę, kiedy słyszę tytuł filmu i to on zapisał się w historii popkultury na stałe. James Dean stworzył bohatera szarpanego przez wewnętrzne sprzeczności, spragnionego autorytetu oraz miłości i jednocześnie odrzucającego dostępne, acz niedoskonałe wzory. To młody człowiek, chcący żyć bezkompromisowo i według swojej wizji świata, szukający moralnej czystości i doskonałości, nieuznający kompromisów, a jednocześnie dość naiwny, prostolinijny. Postać Jima, mimo historycznego już kostiumu, nadal jest aktualna, atrakcyjna i stanowi symbol nastoletniego buntu.

541343_1.1

A co myślę ja: Buntownik bez powodu to bardzo wciągające i mimo upływu lat, nadal poruszające kino. Mnie zachwycił i oczarował, nie mogłam oderwać oczu od ekranu, od Jamesa Deana i Natalie Wood. Buntownik angażuje emocjonalnie, akcja w nim toczy się sprawnie i szybko, a problemy nastolatków z lat 50 XX wieku właściwie niewiele różnią się od tych dzisiejszych. Momentami miałam skojarzenia z Beverly Hills 90210 i to nie tylko ze względu na podobieństwo fryzur 😉 W ogóle dla mnie wyjątkowo fascynujące było podglądanie mody nastolatków sprzed… 60 lat 🙂 Uwielbiam takie smaczki!

Jeśli miałabym się czegoś czepiać to dziś wiele z dialogów i scen to już ograne klisze i współcześnie mogłyby wzbudzić uśmiech politowania. Niektóre momenty (na przykład scena na komisariacie) są nieco przerysowane i mocno odstają od standardów współczesnego kina. Jednak to są detale, które nie wpływają zupełnie na odbiór filmu, który z czystym sumieniem Wam polecam.

Buntownik bez powodu to film, który naprawdę warto poznać, bo to po prostu dobry i ciekawy obraz psychiki zbuntowanego nastolatka. Jego tematyka jest wciąż aktualna (chyba że o czymś nie wiem i współczesne nastolatki naprawdę siedzą tylko w internecie i mają wylane na wszystko, włącznie z buntem, ale raczej w to nie wierzę…), a z bohaterami nadal można się utożsamiać i przeżywać razem z nimi ich walki i rozterki.

Moja ocena: 8/10

  • Lubiłam ten film, warto go obejrzeć, jeśli jeszcze ktoś go nie widział. 🙂

  • Pomysł mi się bardzo podoba. Lubię wszelkie cykle , kąciki i inne taki. Będę zaglądać.

  • Ze mną było podobnie…im starszy film tym mniej chciało mi się go oglądać..no ale im człowiek robi się starszy tym bardziej dojrzewa do takiej klasyki 🙂

    • No właśnie ja tak trochę mam i dlatego postanowiłam z tym walczyć 🙂

  • Narobiłaś mi ochoty na powrót do tegoż filmu. Lubię klasykę z dawnych lat. Pozdrawiam serdecznie 🙂

  • Aga

    Nigdy nie oglądałam, też się czaję na klasyki. Od 3 lat leży i patrzy na mnie Obywatel Cane i Dracula, ale jakoś nie mogę się za nie zabrać, też się boję nudy:(. Bardzo fajna recenzja:), myślę, że się skuszę na obejrzenie.

    • Ooo 🙂 Podałaś dwa kolejne filmy do mojej listy nie obejrzanych klasyków 🙂 Cieszę się, że Cię zachęciłam 🙂

  • Po Twoim tekście trochę się zawstydziłam, że jeszcze nie obejrzałam tego filmu.

    • To nadrabiaj 🙂 Jakbym miała się wstydzić wszystkich nieobejrzanych klasyków, to chyba bym się ze wstydu spaliła 😉

%d bloggers like this: