MP: 6 rzeczy, których nauczyło mnie rodzicielstwo

kaboompics.com_Teddy bear

Od 9 miesięcy jestem mamą. Mamą zasadniczo bardzo spełnioną i szczęśliwą. Mój Syn Ssak jest cudownym dzieckiem: uśmiechniętym, mądrym i przezabawnym. Jednak skłamałabym pisząc, że żyjemy sobie w bajecznej bańce szczęścia i rozkoszy. Jest różnie, są choroby, trudności, przeszkody i zwykłe, standardowe ssacze marudzenie. Ale i tak mi się podoba, a jedną z rzeczy, które w byciu rodzicem doceniam najbardziej, jest ogromny samorozwojowy potencjał, jaki ono daje.

Wychodzę w życiu z założenia, że z każdej sytuacji i z każdego stanu rzeczy można wyciągnąć naukę. Nawet najgorsze, najbardziej dramatyczne wydarzenia mogą być impulsem do pozytywnych zmian. Z każdej porażki można coś wycisnąć. Podobnie jest z sukcesami, jeśli odpowiednio do nich podejdziemy, mogą być dla nas wielką szkołą. Staram się (z różnym skutkiem, ale jednak się staram), żeby wszystko co mnie w życiu spotyka, prowadziło do rozwoju. Tak jest też z rodzicielstwem, które nauczyło mnie w życiu najwięcej, i to w najkrótszym czasie.

Lecz zanim przejdę do tego o czym chcę Wam dziś opowiedzieć, mała dygresja 🙂 Miało już na blogu nie być postów o rodzicielstwie i szeroko rozumianym parentingu. I takich postów nie będzie, ale tu postanowiłam zrobić wyjątek i o te zagadnienia trochę zahaczyć. Po pierwsze dlatego, że temat idealnie wpasowuje się w kwestie samorozwoju i udoskonalania siebie. Mam nadzieję, że stanie się dla kogoś inspiracją do lepszego, bardziej świadomego wykorzystania czasu, jaki spędzamy z naszymi dziećmi. Po drugie, moim wielkim marzeniem jest odczarowanie rodzicielstwa (tak! rodzicielstwa, a nie macierzyństwa, dziecko ma dwoje rodziców!). Z jednej strony mamy cukierkowy obraz z reklam i seriali, gdzie słodkie bobasy radośnie turlają się w białej (he he) pościeli. Z drugiej zaś bombarduje się nas wizjami horroru, w którym nie masz wolnej chwili, żeby umyć głowę (sic!) i oddajesz swoje dawne, szczęśliwe życie szczerbatemu potworowi, który terroryzuje otoczenie dzikim wrzaskiem i śmierdzącą kupą. A prawda, jak zwykle zresztą, leży pośrodku. Bycie rodzicem jest biologiczną konsekwencją naszego życia. Ma swoje piękne momenty (i tych jest ZDECYDOWANIE więcej) i ma momenty trudne. Nie zabiera życia (jak uparcie twierdzą niektórzy). Ono je zmienia – na lepsze. I zmienia (czy też może zmienić, jeśli tylko wyjdziemy mu na przód i sięgniemy po to, co nam daje) człowieka. Rodzicielstwo to wielka szkoła życia. Tak jak różnych rzeczy uczą nas studia, pierwsza praca, miłości, rozstania i właściwie każda podejmowana aktywność, tak dziecko i jego wychowywanie uczy nas nowych rzeczy. Jakich już nauczyło mnie? Sami zobaczcie!

Adams

1.Nauczyłam się prawdziwej odpowiedzialności

Nie ma, powtarzam, nie ma, większego obciążenia niż posiadanie dzieci i odpowiedzialność za nie. Bo za swoje potomstwo odpowiedzialni jesteśmy właściwie tylko my – rodzice. Wiadomo, wszyscy się wtrącają na potęgę, ale to TY, matko, to TY ojcze, będziesz ponosił konsekwencje emocjonalne, moralne i prawne, jeśli Twojemu dziecku stanie się coś złego. To Ty podejmujesz decyzje – te duże (szczepić czy nie, wysyłać do żłobka czy nie) i te małe (ubrać czapeczkę czy nie, podać gluten w siódmym miesiącu życia czy nie), wszystkie mogące mieć olbrzymi wpływ na przyszłość Twojego dziecka. Rodzisz Młodego i bam! Dostajesz na start milion ton obowiązków i odpowiedzialności. Za małą, bezbronną istotkę, która sama nie zrobi nic. Owszem, jest to słodki ciężar, ale trzeba go udźwignąć.

A jak było przed narodzinami Ssaka? Moja odpowiedzialność ograniczała się do tego czy dobrze doradzę klientowi, czy nie wyrzucą mnie z pracy i będę miała za co zapłacić kredyt. Moje działania mogły mieć oczywiście negatywne skutki dla innych ludzi, ale nigdy nie dotyczyły one tak bliskiej i tak kochanej przeze mnie osoby. I nie były tak bardzo uzależnione ode mnie i moich czynów.

2. Zwiększyłam swoją odporność na stres

Większa odpowiedzialność wiąże się ze zdecydowanie wyższym poziomem stresu. Ja cały czas z nim walczę (klik), ale, mimo, że nerwów więcej, to jest duuużo lepiej, niż przed ciążą. Potrafię się odciąć od negatywnych emocji, wyłączyć. Staram się też nie denerwować przy dziecku, podchodzić do wszystkiego z dystansem i optymizmem. Syn Ssak wyczuwa wszystko, każdą zmianę mojego nastroju i najszczęśliwszy jest wtedy, kiedy ja jestem szczęśliwa. Takiej motywacji do redukowania poziomu stresu nie miałam nigdy dotąd!

3. Stałam się ekspertem w organizacji czasu i zaginaniu czasoprzestrzeni

Kiedyś myślałam, że jestem dobra w zarządzaniu sobą w czasie. Tjaaa…. Jeszcze rok temu byłam zaledwie marnym amatorem, bo teraz weszłam na poziom profesjonalisty. Ciekawi mnie najbardziej, co się stanie, kiedy powiększymy stan posiadania małych Ssaków o jeszcze jedną czy dwie sztuki (co mam nadzieję nastąpi!)? Chyba będę mogła wydawać podręczniki i zostanę guru organizacji 😀

Ale wiecie co? Ja się tu przechwalam, a prawda tymczasem jest taka, że niemalże każdy rodzic staje się mistrzem wykorzystywania czasu. Tak po prostu trzeba. Chcesz dobrze wychować dziecko, mieć w miarę porządek w domu, pracować, prowadzić bloga, dalej czytać dużo książek i oglądać dużo filmów, spotykać się ze znajomymi? Okej, to się generalnie da zrobić. Ale zapomnij o rozkosznych chwilach nieróbstwa, zapomnij o durnych programach w telewizji, zapomnij o wszystkim co zbędne, niepotrzebne i nieefektywne. Nigdy nie oglądałam dużo telewizji, ale kiedyś środowy seans Top Model (moja guilty pleasure) i kolejne odcinki Kuchennych rewolucji na VOD to były regularne punkty w moim planie tygodnia. Teraz nawet nie wiem czy te programy dalej lecą. Niespecjalnie też mi ich brakuje 😉

A to przecież tylko jeden z przykładów, bo od kiedy Syn Ssak jest z nami opanowałam do perfekcji wykorzystywanie każdej minuty. Paweł przewija Ssakoliona? Okej. Wyjmę naczynia ze zmywarki (obiekt pożądania i nieustających ataków). Hubo złapał chwilę spokojnej, samodzielnej zabawy? Super! Odpiszę na komentarze na blogu. Spacer w parku? Czytnik e-booków albo audiobook idą w ruch. I tak dalej, i tak dalej 🙂

4. Trenuję cierpliwość

Jestem z tych męczących typów, co to muszą mieć wszystko na szybko, na zaraz, a najlepiej na już! Nie znoszę czekania! Nie lubię też, kiedy coś idzie nie po mojej myśli. Wszystko musi być tak jak ja chcę. Taki mam charakter, no co zrobić. I żyłam sobie spokojnie, terroryzując od czasu do czasu otoczenie, aż tu nagle przyszedł na świat mały, czerwony stwór. Wydawać by się mogło, że tylko jadł i spał. A tymczasem prawda była taka, że Ssaczysko od pierwszych chwil był niesamowicie roszczeniową i samostanowiącą o sobie jednostką, która miała WYMAGANIA. A im robi się starszy, tym te wymagania rosną.

I musiałam się nauczyć, że kiedy dziecko płacze od 10 minut bez powodu, to nie mam prawa obrazić się, trzasnąć drzwiami i wyjść z pokoju, tylko muszę odkryć przyczynę złego nastroju, w miarę możliwości ją zniwelować i uspokoić małego Terrora. Kiedy dziecko chce się bawić, to się bawi i nie ma znaczenia to, że wolałabym żeby poszło spać. Jeśli nie jest śpiący, to nie jest śpiący, a ja muszę cierpliwie czekać. Z drugiej zaś strony pewne rzeczy trzeba egzekwować i nie można pozwolić na totalną samowolkę. A to wymaga chyba jeszcze więcej cierpliwości.

A czekanie na kolejne etapy rozwoju? O rany… Nie zrozumieją mnie rodzice dzieci, które były niemowlęcymi przodownikami, ale takie czekanie (z niepokojem przecież, bo może jest chory, może trzeba rehabilitować itp.), aż Syn stanie na czworaki, zacznie pełzać i wykona inne kamienie milowe rozwoju, bywa naprawdę męczące. A jeśli do tego dojdzie otoczenie, które ciągle dopytuje się czy on już… I nie doceni nikt, że w wieku 5,5 miesiąca dawał sam całusy i aplikował sobie sam smoczka, w wieku 6,5 miesiąca umiał już wkładać klocki do pudełka, a teraz mówi już pierwsze świadome słowa (chyba 😉 ). Nieeee. Liczy się przecież to czego jeszcze nie robi… Jakie to jest czasem męczące…

I tak sobie myślę, że jeśli ja, raptus i nerwus, jestem w stanie niemalże bez cienia złości znosić większość akcji mojego syna; jeśli ja, osoba, która musi mieć wszystko na teraz, potrafię słuchać grzecznie lekarza i nie panikować, że Hubo jeszcze nie raczkuje, to ostatnie 9 miesięcy było dla mnie ogromną szkołą życia i jedną z największych nauk!

5. Zdobyłam dystans do świata i ludzi

I nauczyłam się proporcji. Nigdy nie należałam do jednostek specjalnie przejmujących się opinią innych, ale jednak zdarzało mi się stresować drobiazgami albo przeżywać mocniej niż powinnam czyjeś niemiłe słowa. Teraz na takie rzeczy zupełnie nie zwracam uwagi. Przeszło mi. Nie mam no to ani czasu, ani ochoty. Zupełnie wyluzowałam, odpuściłam, zdobyłam większą odwagę do działania. Ktoś powie mi coś niemiłego? Prawdopodobnie nawet nie zauważę 😉 Dopiero po urodzeniu Ssaka zrozumiałam, tak w pełni, co jest dla mnie naprawdę istotne. Rodzicielstwo uczy tego, że są sprawy ważne, ważniejsze i najważniejsze. I takie, które można z wielką radością olać.

6. Lepiej potrafię pokonywać słabości

Wiecie co mi sprawia największą trudność? To śmieszne, ale nienawidzę gotować dla Huberta. Strasznie mnie to stresuje, boję się, że mu coś zaszkodzi, że czegoś nie dogotuję, że coś będzie zepsute. Sprawy nie polepsza jego ciągnąca się od kilku miesięcy alergia na nie-wiadomo-co. A jednak, od pewnego czasu staram się przygotowywać mu domowe posiłki. I daję radę! Inna sprawa: mieszkamy na drugim piętrze, bez windy. Codziennie chodzimy na spacer, wiadomo 😉 Codziennie znoszę i wnoszę 9 kilo żywej ssaczej wagi, dźwigam wózek po schodach (na szczęście nie muszę go wnosić na samą górę!) i daję radę! Jak każda matka! A przed ciążą pewnie bym tego wózka od ziemi nie podniosła.

A dieta przy karmieniu piersią? Matko kochana! To był pierwszy raz w moim życiu, kiedy przez dwa miesiące byłam na jakiejkolwiek diecie (jak się odchudzam, to po prostu jem zdrowiej i mniej, nie wykluczam z mojego jadłospisu nic). A w te wakacje? Zero ukochanych truskawek i czereśni. Zero nabiału (kocham nabiał!) i jajek, mało glutenu. Tylko warzywa, delikatne owoce i mięso. Czy to było mądre i skuteczne – nie wiem, ale tak nam doradzono i takie rozwiązanie miało być dla Ssaka najlepsze. Więc byłam na pierwszej w życiu diecie. Nigdy i dla nikogo nie umiałabym tak ograniczyć jadłospisu. A wtedy nawet niespecjalnie było mi szkoda 🙂

Rodzicielstwo nauczyło mnie, że nie ma trudności nie do pokonania, że zawsze można dać sobie radę i wymyślić sposób. Daje taką fajną energię, poczucie, że działa się dla kogoś. I wszystko przychodzi mi łatwiej 🙂


A wiecie co jest najlepsze? Otóż najlepsze jest to, że Syn Ssak ma dopiero 9 miesięcy! Przed nami tyle wyzwań, tyle przeżyć i tyle nauki (i jego i naszej) 😀 I pewnie za rok będę mogła dopisać kolejne punkty do tej listy, bo bycie z dzieckiem to nieustanny rozwój. I Syna Ssaka i mój <3

A teraz Wy! Czego nauczyło Was rodzicielstwo? Jakie cechy w Was rozwinęło? Z czego jesteście najbardziej dumni? Dzielcie się!

  • Ja nauczyłam się jeszcze odkrywać świat na nowo!

    • Tak! I przypominam sobie swoje dzieciństwo, rzeczy o których już zupełnie zapomniałam 🙂

  • Oj wielu rzeczy mnie nauczyło. Chyba przede wszystkim cieszenia się z małych rzeczy i podziwiania najprostszych przedmiotów. I jeszcze robienia dziesięciu rzeczy na raz 🙂

    • Radość z małych rzeczy – dokładnie! I docenianie każdej chwili! 🙂

  • Rodzicielstwo dało mi właśnie lepszą wersję siebie. 🙂 Odkąd jestem mamą, to stałam się bardziej wyczulona na potrzeby innych. 🙂 A cierpliwość wciąż ćwiczę. 🙂

  • Mi na razie wystarczy posiadanie psa 🙂

%d bloggers like this: