O tym, dlaczego postanowiłam świętować Dzień Kobiet

kaboompics.com_Woman Planting a Hyacinths

Dzień Kobiet… Zasadniczo nie obchodzę i niespecjalnie mnie on interesuje. Nie wydaje mi się żeby z racji mojej płci należały mi się jakieś szczególne gratyfikacje, tak samo jak nie należą mi się z racji tego, że mam biały kolor skóry. Ot, taka tam cecha nabyta w genach, która może i jakiś wpływ na moje codzienne funkcjonowanie ma, ale też niespecjalnie (czy może raczej: w niewielkim stopniu) mnie definiuje. Nie czuję też klimatu manif, feminizmu i walki o lepsze jutro. Moje dzisiaj i jutro są dobre, co do zasady  bardzo równościowe i nie muszę o nic walczyć dla siebie. Solidarność z tymi co mają gorzej, powiecie? To ja odpowiem, że jeśli już miałabym zwlec swoje umęczone i niewyspane (Syn Ssak a.k.a. Mały Zdrajca* zafundował mi dzisiaj 3 godzinną przerwę w spaniu…) cztery litery i o coś walczyć, to znalazłabym ze sto innych, ważniejszych dla mnie powodów niż równouprawnienie. Doceniam wysiłek sufrażystek, jestem im wdzięczna, ale widzę sporo poważniejszych problemów w Polsce i na świecie. Widzicie więc, że powodów do świętowania Dnia Kobiet specjalnie nie mam. Dzień jak każdy inny. W każdym razie tak mi się jeszcze do wczoraj wydawało. Jednak zupełnie przypadkowo, pewna wizyta u fryzjera zmieniła moją optykę. Jak, zapytacie? 

Bo w mojej głowie mieszka stereotyp kobiecej kobiety

Lecz zanim opowiem Wam o tym, dlaczego jednak postanowiłam uczcić Dzień Kobiet należałoby coś ustalić. Kwestię elementarną: czym jest kobiecość? Ja mam z tą definicją pewien problem. Otóż kiedy myślę kobieta w mojej głowie pojawiają się pomieszane obrazy, z których można wyodrębnić między innymi: zgrabną nogę w wysokiej szpilce, czerwoną szminkę, kobiece czasopisma, romanse, delikatność, sukieneczki, kolczyczki, bezradność, macierzyńskość, ciepło i uprzejmość, ewentualnie buzujący seksapil. I wiem. To są tak chamskie i głupie stereotypy, że aż się w głowie nie mieści. Ale to właśnie te stereotypy mieszkają w mojej prywatnej głowie. Tak mi media, społeczeństwo i otoczenie utrwaliło, no co zrobić. Niby wiem, że to bzdury, ale podświadomość też wie swoje. I w konfrontacji z tymi kliszowatymi wyobrażeniami wypadam nadzwyczaj słabo. Bo ta moja wizja kobiecości to tak bardzo nie ja, że aż bolą zęby (poza sukienkami – te kocham niesłabnącą miłością od lat) 😀

A w mojej duszy mieszka niekobieca kobiecość

No bo co? Z typowo kobiecych zainteresowań? Siatkówka i … podnoszenie ciężarów. Poza tym w sumie większość sportów, poza boksem i piłką nożną. Romans w książce i filmie to tak raczej raz na rok. Wolę fantasy, dobrą prozę psychologiczną i obyczajową, horrory, powieść historyczną. Poza tym interesuję się trochę polityką (kiedyś bardziej, teraz staram się po prostu być na bieżąco), wiem co się dzieje na świecie, bardzo lubię historię (nawet dwa lata studiowałam 😉 ), a zawód wyuczony i wykonywany też raczej nie sprzyja kobiecym cechom. Nienawidzę chodzić do fryzjera i kosmetyczki, z bólem serca dokonuję wszelkich czynności typu kremowanie, makijaż, fryzura, paznokcie. Szkoda mi na nie czasu i uważam za wielką niesprawiedliwość to, że Paweł tylko się kąpie, myje zęby, raz na trzy tygodnie się goli, i wygląda całkiem nieźle. Ja natomiast żeby z grubsza przypominać człowieka muszę się nieco bardziej narobić. Zbieram książki, nie szpilki. Buty na obcasach lubię, ale tylko pod warunkiem, że nie muszę w nich nigdzie chodzić. Nie jestem i nigdy nie byłam na wiecznej diecie. Widzę potrzebę zrzucenia wagi i zapewne niedługo podejmę wyzwanie, ale uwierzcie: to jest realna potrzeba, a nie wyimaginowane za grube łydki. Niespecjalnie się też swoją wagą i wyglądem przejmuję. Macierzyńskość? Kocham Syna Ssaka a.k.a. Małego Zdrajcę* całym sercem, ale niech no tylko ktoś wyrazi chęć opieki nad moim słodkim dzieciątkiem! Jakże wielka jest to radość i jak szybko uciekam 😉 ! (oczywiście po 10 minutach tęsknię, ale to inna sprawa). Nie czuję jakiejś specjalnej macierzyńskiej misji, nie definiuję się przez macierzyństwo i nie buduję na nim mojego poczucia własnej wartości. Delikatność? Łagodność? Ktoś mi kiedyś powiedział, że powinnam pracować w rzeźni, bo wystarczyłoby moje spojrzenie, a świnie same podrzynałyby sobie gardła. A jak mówię NIE to sama się siebie czasem boję 😉 Przeklinam gorzej niż mój mąż (no dobra, Paweł nie przeklina wcale), muszę mieć nad wszystkim kontrolę i można o mnie powiedzieć wszystko, tylko nie to, że jestem jakoś przesadnie miła.  Bywam mocno złośliwa, zwłaszcza dla najbliższych. Jeśli chodzi o poziom beznadziejności w prowadzeniu tzw. gospodarstwa domowego, nie mam sobie równych. Tzn. umiem sprzątać, a gotować nawet lubię, ale tak bardzo szkoda mi na to czasu! 

Sami więc widzicie, że odbiegam od obrazu kobiety, który podświadomie zbudowałam w swojej głowie. Jakoś się jednak złożyło, że mimo tych wszystkich niby niekobiecych cech, znalazł się taki frajer (sorry Misiu :*), który poprosił mnie o rękę i nawet chce mieć ze mną dzieci. Widzi we mnie kobietę. Ba! Twierdzi, że nie mógłby być z dziewczyną, z którą nie ma o czym porozmawiać i która nie interesuje się kinem, światem, polityką, nie ma pasji i tylko gapi się w lusterko. Mimo osobowości odbiegającej od klasycznej matki-polki wydaje mi się, że mój Syn Ssak a.k.a. Mały Zdrajca jest niemowlęciem szczęśliwym, docenionym, wycałowanym, wykochanym i zadbanym. Mimo tego braku zainteresowania modą i kosmetykami zdarza mi się przypominać człowieka i nie chodzę na co dzień w dresie i bez makijażu. Czyli coś tam jednak z tej kobiety mam. W każdym razie, na pewno znam parę osób (choćby Pawła), które kobietę we mnie widzą. Więc może to z moimi schematycznymi wyobrażeniami jest coś nie tak?

Aż do pewnej wizyty u fryzjera

Jednak ja byłam twarda. Cały czas starałam się sobie samej udowadniać, że jestem ponad to. Te wszystkie kobiece rzeczy robiłam z westchnieniem politowania i poczuciem marnowania czasu. Aż do dziś. Od rana byłam poirytowana, bo będę musiała spędzić dwie koszmarnie nudne i nieproduktywne godziny u fryzjera. Nudzić się. Słuchać jakiś bredni. Siedzieć tak bezczynnie, gapić się w lustro… Siedzieć bezczynnie, lustro.. I nagle mnie olśniło! Przecież ja niczego tak bardzo dziś nie potrzebuję, jak dwóch godzin bezczynnego siedzenia, połączonego z gapieniem się w lustro i obserwowaniem, jak robię się ładniejsza. Nic mi tak dobrze nie zrobi jak lekka rozmowa o niczym. Przecież mi jest to potrzebne! Całymi dniami jestem na maksymalnym chodzie. Dzielę swoją uwagę między dziecko, rodzinę, blogowanie, dom (no jednak!). Właściwie KAŻDA sekunda mojego dnia jest zajęta i efektywnie wykorzystywana. A nawet gdyby nie była, to przy dziecku, przy domu i przy blogu ZAWSZE jest co robić. Dlaczego więc upieram się, że taka zwykła, luźna wizyta u fryzjera nie sprawi mi przyjemności?

I tak sobie myślę, że ulegam stereotypom. Bo gdzieś tam mam zakodowane, że dbanie o siebie jest próżne. Że poświęcanie dużej ilości czasu na wygląd świadczy o wewnętrznej pustce. Żyję w podświadomym przeświadczeniu, że to przede wszystkim moja głowa jest organem o który muszę dbać najbardziej. Ewentualnie zdrowie jest ważne. Wiecie: dieta, sport, regularne wizyty u lekarzy. Ale przecież to tak nie działa! Bo czy to, że dbam o umysł oznacza, że nie mogę czasem wyjść do fryzjera, trochę się wylaszczyć, pogadać o super witaminowym serum na wszystko, dzieciach i celebrytach, których się nie znam. I mieć z tego przyjemność?

Przecież mogę być sobą, lubiącą sport, dyskusje, kino i jednocześnie kobietą? Zresztą, czy to dotyczy tylko mnie? Ile jest kobiet w biznesie, polityce, kulturze, na ulicy, które chcą być i czują się kobietami, mimo licznych cech uznawanych przez społeczeństwo za niekobiece? Czy zostać prawdziwą kobietą, trzeba być od razu stereotypową panną z moich wyobrażeń? No pewnie, że nie!

A z drugiej strony, może warto czasem poświęcić sobie więcej czasu i nałożyć nawilżającą maseczkę, bez poczucia, że to co robię to wielka strata czasu? Poplotkować o niczym i obejrzeć głupią komedię. Bez tego poczucia, że na oglądanie kiepskich filmów szkoda życia? (bo przecież szkoda, ale raz na jakiś czas można zrobić wyjątek!). Może warto czasem sobie po prostu odpuścić?

Jednak świętuję Dzień Kobiet

I tak sobie dziś myślałam i doszłam do wniosku, że płeć ma znaczenie i warto ją w sobie pielęgnować. Może nie definiuje człowieka całkowicie, ale jednak natura tak nas stworzyła, a nie inaczej. Z jednej strony trzeba być sobą i nie można udawać kogoś innego. Ale z drugiej, może warto czasem się przełamać i podkreślać kobiecość? Nie bać się tego, że dbając o siebie poczuję się pustakiem. I żeby samą siebie do tego przekonać postanowiłam spędzić Dzień Kobiet w baaardzo babski sposób 🙂 Zaczęłam od kąpieli z kawowym peelingiem i starannego makijażu. Teraz piszę tekst o kobiecości, a zaraz zmykam do fryzjera na farbowanie włosów (edit: wyszło świetnie! Nie chcę zapeszać, ale chyba znalazłam Świętego Graala w postaci kumatej i niezłej fryzjerki, która pracuje jakieś 100 metrów od mojego domu!). Potem zrobię jakiś pyszny i zdrowy obiad, a wieczorem, kiedy dopracuję i opublikuję ten tekst, najpierw będzie manicure i pedicure, a potem romantyczny seans filmowy (biedny Paweł 😉 ). Zakończę dzień czytając biografię Natalii Gałczyńskiej. Bardzo kobieco, prawda?

Dnia Kobiet jako takiego nadal nie obchodzę. Nie chcę prezentów, ani dyskusji o aborcji i antykoncepcji. Za to chcę się tak zwyczajnie poczuć bardziej kobietą. Sama dla siebie i sama ze sobą. I chcę porobić te wszystkie kobiece rzeczy, o których zawsze myślę, że są marnowaniem czasu. Może właśnie wcale nie są?

I w ogóle tak sobie myślę, że marzec to dobry czas na odkrywanie i pielęgnowanie mojej zewnętrznej kobiecości! Znalezienie złotego środka, między jestem ponad to wszystko, a dramatami złamanego paznokcia. To co? Jesteście ze mną? A może wcale nie musicie, bo bycie kobiecą kobietą macie już w małym paluszku? Jeśli tak to podzielcie się tym, jak to robicie! Jak być inteligentną i mądrą babką, jednocześnie atrakcyjną i dbającą o swą kobiecość?


*Syn Ssak a.k.a. Mały Zdrajca –  już wyjaśniam skąd nowe przezwisko. Otóż ten robiący kupy Zdrajca powiedział w weekend pierwsze świadome słowa. To znaczy, prawie na pewno świadome, bo przecież nie wiemy na 100%. Dwa, kurde, słowa. Pierwsze z nich to tata, wypowiedziane z czułym spojrzeniem w oczy swemu ojcu. Drugie z nich to hau na widok przechodzącego psa. I tak to jest. Człowiek czołga się z nim po podłodze, gotuje mu kaszki, zmienia pieluchy, nosi na drugie piętro bez windy, uczy ptaszków co mają oczy i listków co są zielone, i co? Najważniejszy jest tata, a potem pies dziadków. Mama się nie liczy 😉

  • A ja chcę równości płac. Poczucie się kobietą mogę sobie zafundować od ręki.

    • Pewnie, ale dla mnie jako jednostki ten problem praktycznie nie występuje. I choć wiem, że ze statystyk wynika, że kobiety mniej zarabiają, zajmują niższe stanowiska niż mężczyźni, spotykają się z seksizmem w miejscu pracy (tego akurat w pewnym stopniu sama doświadczyłam) i to są realne problemy, to jednak wolę swoją energię skupiać na walce o inne kwestie, które uznaję za ważniejsze. A z czuciem się kobietą, to ja mam czasem poważne problemy 😉

      • Praca w seksistowskim otoczeniu… i od razu czujesz, że jesteś kobietą 😉

      • To tak jak ja 😛
        Fajny artykuł 🙂

      • Haha 🙂 tak… czujesz się kobietą i … robiącym kawę zerem…

%d bloggers like this: