Wszystkie twarze Szczepana Twardocha

Twardoch_wieloryby

No i stało się… Po serii rzeczy doskonałych, powieści idealnych oraz dobrych, solidnych pozycji trafiłam na książkę, która odstaje poziomem od reszty. Książkę, która mnie bardzo zawiodła. I był to zawód bolesny. Moi Drodzy! Oto pierwsze w tym roku, prawdziwe, porządne, pełnokrwiste marudzenie! Wchodzicie na własną odpowiedzialność 😉

Jeśli podczytujecie bloga od jakiegoś czasu, to wiecie, że bardzo sobie cenię pisanie Szczepana Twardocha. Jestem absolutną fanką Morfiny (klik), a Drach (klik) mnie podbił w sposób totalny. Będę polecać te powieści w nieskończoność i nie dam o nich powiedzieć złego słowa. Dlatego, kiedy zobaczyłam, że jeden z moich ulubionych polskich autorów wydaje dzienniki, najpierw się bardzo ucieszyłam (kolejna książka do połknięcia!), a potem trochę zmartwiłam. No bo… dzienniki? W tak młodym wieku? Skok na kasę? Efekt przerostu ego? Nie mogłam jednak nie spróbować, miałam nadal nadzieję, że może to będzie coś dobrego. Tym bardziej, że przecież dziennik dziennikowi nierówny, forma jest pojemna, a bliższe poznanie Twardocha, od tej bardziej prywatnej i osobistej strony wydawało się dość kuszące. Z tą cichą nadzieją książkę kupiłam, przeczytałam i powiem tylko: Oj Szczepan, Szczepan… Co Ty tam nawypisywałeś…? Bo choć Wieloryby i ćmy mają swoje momenty, mają też pewien potencjał, to niestety został on całkowicie zbezczeszczony przez samego autora. Bo Twardoch pokazuje w książce swoje bardzo różne oblicza. Niektóre z nich są fajne, ciekawe, dobre i gdyby na nich skończył byłoby naprawdę ładnie, przyzwoicie i miło. Ale nie. On poszedł dalej…

Obserwator, ojciec, pisarz

Trzeba jednak zacząć od tego, że Szczepan Twardoch potrafi pisać pięknie. Jego pióro jest bardzo zręczne, ma swój specyficzny, niepowtarzalny styl. Doskonale opowiada historie. Umie obserwować innych ludzi oraz otoczenie i opisywać je trafnie, dosadnie i prawdziwie. I jeśli spojrzeć na Wieloryby i ćmy jako na zbiór refleksji o świecie autora, to książka nawet się broni. Świetne są fragmenty w których Twardoch wspomina przypadkowe spotkania z przechodniami, taksówkarzami, pijaczkami spod sklepu. Z widzianych przelotem ludzi stara się wyłuskać historie, fantazjuje, bawi się i to jest super. Bardzo dobre są liczne opowieści i rozmowy z synami (szczególnie spodobał mi się dialog o lwie). Ciekawie się czyta o jego rodzinie, przyjaciołach, widać, że to są tematy bliskie sercu i opowiadając o nich zachowuje autentyczność. Szalenie interesujące są też fragmenty dotyczące pracy pisarza. Generalnie to w czym Twardoch jest prawdziwy opisane zostało porządnie i czytało mi się to naprawdę przyjemnie. Ładnie też chwyta codzienność i są momenty, kiedy pisze o niej przepięknie. Takie jak ten:

Twardoch3

Artysta kulturalny i podróżnik

Jest jeszcze jedna rzecz, która w Wielorybach i ćmach jest wartościowa. Otóż Twardoch dzieli się z czytelnikiem swoimi literackimi, muzycznymi, a nawet filmowymi miłościami. I to mi się spodobało najbardziej: podglądanie kulturalnego życia artysty, a tym samym szukanie inspiracji dla swoich literacko-muzyczno-fimowych wędrówek. Bardzo tak 🙂 Pisarz słucha między innymi Jamiroquai, Toma Waitsa, Milesa Davisa, Rage Against the Machine, Depeche Mode. A książkowe fascynacje? Zachwyca się Sandorem Marai (którego Dzienniki wielkim dziełem są i chyba dzięki temu można się trochę domyślać, do czego aspiruje Twardoch), czyta Drogę McCarthy’ego, Stulecie detektywów Thorwalda, Tysiąc jesieni Jakuba de Zoeta Davida Mitchella (zgadzam się z Twardochem: świetna rzecz!). Wiele z tych pozycji ląduje na mojej liście must read, no bo jeśli podobają się one jednemu z moich ulubionych pisarzy, to ja też muszę ich spróbować.

Twardoch2

Dużo jest też relacji z podróży, ciekawych, trafnych spostrzeżeń. Czyta się je trochę jak reportaż, trochę jak luźne wspomnienia, ale bez wątpienia w większości są to fragmenty dobre, szczere i w jakiś sposób przybliżające osobę autora.

Zblazowany mizantrop

I gdyby Wieloryby i ćmy składały się wyłącznie z takich wyimków byłoby całkiem przyzwoicie: pozycja, którą fani pisarza (do których i ja się zaliczam przecież!) chętnie kupią i w oczekiwaniu na kolejne, wspaniałe powieści, pożrą z przyjemnością w jeden wieczór.  Niestety, Twardoch postanowił pójść dalej…

Bo ewidentnie coś chciał nam, czytelnikom (a może sobie? sama nie wiem) udowodnić. Bo pisząc to (albo wybierając fragmenty swoich autentycznych zapisków, nie wiemy jak Wieloryby i ćmy powstawały) Twardoch próbuje nam usilnie i uparcie pokazać, jaki to jest zajebisty. Zblazowany artysta, jedzący carpacio z ośmiornicy (sic!) i pijący dobre wina z przyjaciółmi, czasem samotnie i bez celu szlajający się po knajpach. Mizantrop znudzony zwykłym życiem. Wszystko już widział, wszystkiego już spróbował, a teraz będzie upajał się swoją doskonałością. Och, jaki ten Szczepan wspaniały, zbuntowany, alternatywny. I ten obraz siebie, który z uporem wpycha czytelnikowi jest żenujący. Tym bardziej, że przecież z licznych fragmentów w których pisze szczerze (o synach, rodzinie, o pracy, o książkach) wyłania się zupełnie inny człowiek: inteligentny, wrażliwy artysta, który szuka swojego miejsca w świecie. Trochę zagubiony, ale chłonący rzeczywistość jak gąbkę. I ten człowiek próbuje nam jednocześnie wciskać kit. Szkoda.

Żeby dopełnić czarę goryczy Twardoch postanowił podzielić się z czytelnikami swoimi licznymi snami, a także wpleść abstrakcyjne rozważania o… niczym? Zabił mnie (ale jakoś się odrodziłam, żeby Wieloryby i ćmy dokończyć) fragment, który jest zbyt długi, by go przytoczyć. Autor rozmyśla w nim nad nazwą zaimek dzierżawczy i zastanawia się dlaczego po angielsku i łacinie i w ogóle wszędzie, to są zaimki posesywne (possessiva) – więc posiadające słowa, a w Polsce tylko je dzierżące. Że my tylko dzierżymy słowa, a inni posiadają. Wszystko fajnie, tylko Twardoch chyba nie sprawdził w słowniku, że słowo dzierżyć po polsku oznacza po prostu mieć coś w posiadaniu. I takich kwiatków niestety jest więcej. Szkoda.


Wieloryby i ćmy polecam oddanym fanom Twardocha, którzy tęsknią za jego kolejną dobrą powieścią. Jeśli chcecie poczuć trochę tego charakterystycznego stylu, poobserwować świat oczami pisarza i nie boicie się  jego irytującej autokreacji – powinno się Wam spodobać. Osobom, które jego twórczość niespecjalnie zachwyca, a także tym, którzy pisarza jeszcze nie znają – stanowczo odradzam. Lepiej sięgnąć po którąś z jego wspaniałych powieści i zakochać się bez pamięci.

Moja ocena: 5/10

%d bloggers like this: