MP: jak nauczyłam się walczyć ze strachem nawykowym

kaboompics.com_Woman with pink nails & coffee

Chciałabym podzielić się dzisiaj z Wami moją historią walki z nawykowym strachem. To będzie dość osobisty wpis, ale wydaje mi się istotny, zwłaszcza w kontekście odważnych działań, podejmowania wyzwań i poprawiania jakości swojego życia (a przecież to właśnie ma na celu cykl Motywacyjnych Poniedziałków). Jednak zanim zacznę się wymądrzać i sypać mądrościami życiowymi, to chcę zaznaczyć jedną, bardzo ważną kwestię. Nie jestem psychologiem, a to co piszę jest oparte wyłącznie na moich doświadczeniach i obserwacjach mojej osoby. Tak samo „nawykowy strach” jest nazwą wymyśloną przeze mnie na moje własne potrzeby 🙂 Zapewne istnieją psychologiczne teorie na ten temat, ale celem tego wpisu jest po prostu podzielenie się moją historią, która może kogoś z Was natchnie do dokonania zmian w swoim życiu. Jeśli jednak masz problem, którego nie umiesz rozwiązać, potrzebujesz pomocy, nie radzisz sobie ze swoimi emocjami, najlepiej porozmawiaj z psychologiem. Ja nim nie jestem. Nie szukaj informacji w internecie, a mój wpis potraktuj po prostu jako historię dziewczyny, która poprawiła jakość swojego życia 🙂

Parę słów o mojej babci

Ale zanim przejdę do sedna opowiem Wam o mojej babci. Jest cudowną osobą i bardzo ją kocham. Jednak ma pewną cechę, która dość mocno utrudnia jej życie. Otóż moja babcia zawsze się martwi. Wszystkim. Tym czy wszyscy dookoła są zdrowi, tym że pies, który wyszedł na dwór do ogrodu nie wraca długo, tym, że będzie wojna. Na podstawie najmniejszych, najdrobniejszych przesłanek (jak to, że jamnik wyszedł do ogrodu piętnaście minut temu i nie szczeka pod płotem) potrafi wysnuć czarny scenariusz i spędzić następne minuty/godziny/dni w grozie i lęku. Że coś się stanie. Coś złego. Oczywiście, nie muszę chyba wspominać, że w 99,9% przypadków nic się nie dzieje? Pies zawsze wraca do domu, wszyscy są zdrowi, wojny póki co nie ma.

Moja babcia już się nie zmieni, jedyne co można robić żeby jej pomóc to pójść do ogrodu i znaleźć psa 😉  Najgorsze jest jednak to, że ten lęk o wszystko przeszedł dalej i drogą nauki na przykładach oraz dziedziczenia mam go ja. Nazywam go roboczo strachem nawykowym. Bo tak naprawdę przejmuję się z przyzwyczajenia. Tak się nauczyłam, a mój mózg ma już opracowane do perfekcji odpowiednie schematy i kiedy tylko ma okazję włącza właśnie ten strach. Ale wiecie co? Ja z dziadem walczę!

Mój pierwszy krok do pozbycia się nawykowego strachu

Nie jest to prosta sprawa. Oj nie jest. Ale wiecie co? Pierwszym krokiem do walki ze strachem nawykowym było uświadomienie sobie, że mam z takim strachem do czynienia. Dużo czasu upłynęło, zanim zdałam sobie sprawę z moich reakcji i moich schematów myślowych. Przez długi czas wiedziałam tylko, że ciągle się czymś martwię i niepokoję, ale dlaczego akurat tak się dzieje w moim przypadku? Skąd to się bierze? Zwalałam na charakter, geny, stresujące życie. Jednak to nie było to. Okazało się, że ja mam po prostu bogatą wyobraźnię! Funkcjonuję na zasadzie: czuję zapach dymu w powietrzu -> mój mózg włącza niepokój -> myślę, że to może być jakiś pożar u sąsiadów -> widzę zwęglone resztki domu, czarny szkielet samotnie stojący wśród normalnych budynków, straż pożarną -> włącza się panika -> mózg pracuje coraz szybciej -> widzę spalonego kota, którego nie zdążyłam wynieść, bo ratowałam siebie i dziecko i … dalej już nie będę pisać co widzę… Oczywiście okazuje się, że zapach spalenizny to były palone liście. Albo dym z komina. Albo faktycznie od sąsiadów, którzy przypalili obiad.

I wiecie, tak było po prostu ze wszystkim. Mój mózg stopniowo i zupełnie poza moją świadomością, napędzany lękiem zawsze wyszukiwał najgorsze rozwiązanie. Pesymistycznie. Dramatycznie. I to wcale nie było tak, że ja wpadałam wtedy w jakąś panikę. Nie. Normalnie sobie żyłam czując pod skórą te wszystkie straszne rzeczy, które mogą się przecież nam przydarzyć. I zupełnie nie zdawałam sobie sprawy z tego, co się ze mną dzieje. Co gorsza, ja się do tego przyzwyczaiłam i chwile, kiedy żadne wyimaginowane niebezpieczeństwo nie zaprzątało moich myśli były dla mnie… dziwne.

A jakie były dla mnie konsekwencje tego nawykowego strachu? Oj, niemałe. Przede wszystkim powodowało to życie w ciągłym, nieustannym i nieuświadomionym stresie. Ciągły podskórny, podświadomy lęk. Moja wyobraźnia, nękana kilka razy dziennie czarnymi wizjami, nie wyrabiała na zakrętach. A przecież to nie tylko ja się męczyłam, bo moje nerwy i stresy udzielały się również mojemu mężowi. Co więcej, ten mój nawykowy strach powodował blokady, wielu rzeczy nie robiłam, tylko dlatego, że widziałam cały szereg negatywnych konsekwencji. I o ile w przypadku skoku z urwiska na główkę, takie myślenie o złych dla nas skutkach ma sens, tak w przypadku zapisania się do chóru (to tylko przykład, nie bójcie się, ja wcale nie chcę wstępować do chóru!) jest zupełnie pozbawione logiki.

Grzędowicz

Dlaczego zaczęłam walczyć z nawykowym strachem?

I przyszedł dzień, kiedy zdałam sobie sprawę co tak naprawdę robię i jak negatywne konsekwencje ma to dla mnie. Nie wiem właściwie jak do tego doszłam, chyba przyłapałam moje myśli na takiej pożarowej gonitwie. I wtedy do mnie doszło. Prowadzę tak naprawdę mega szczęśliwe życie. Mam ukochanego i wymarzonego synka, wykształcenie, pracę, super męża, idealnego kota, piękne mieszkanie, cudownych przyjaciół, blisko rodziców, hobby, podróżuję po świecie, jadam w dobrych restauracjach, chodzę do kina i teatru, robię to co lubię. No bajka. Co jakiś czas pojawiają się mniejsze lub większe problemy, ale jakoś nie psują tego pięknego obrazu. A ja zamiast doceniać to dobro, które mnie otacza i skupiać się na chwili obecnej, żyję w ciągłym lęku przed jakąś koszmarną katastrofą. Ba! Więcej! Ja tę katastrofę widzę codziennie, za każdym zakrętem. Wystarczy zapach dymu, dziwny ból brzucha czy złe prognozy ekonomiczne. I schemat myślowy się włącza. Spinają się mięśnie na karku, staję się podenerwowana i nieszczęśliwa.

Kiedy zaczęłam walczyć z nawykowym strachem?

Tak naprawdę momentem w którym postanowiłam raz na zawsze skończyć z tym nawykowym strachem była ciąża. Ciąża, która od początku była trudna, niepewna, potem powikłana nadciśnieniem tętniczym. Ciąża zakończona dość koszmarnym pobytem w szpitalu, ciężkim porodem. Ale do czego zmierzam? W tej wyczekanej ciąży, która stała się jednym z trudniejszych i bardziej stresujących okresów, zdałam sobie sprawę, że nie mogę już tak żyć. Nie mogę przekazać mojemu dziecku takiego myślenia, nie chcę żeby całe życie funkcjonował w nawykowym strachu, bo nauczył się go od mamusi. Chcę żeby był skupiony na chwili obecnej, żeby cieszył się życiem, żeby był optymistą i odważnym człowiekiem. I tak – geny mają tu wpływ. Ale jestem głęboko przekonana, że przykład jaki wyniesie z domu jest tu równie istotny. Hubert będzie przez najbliższe lata patrzył na swoją mamę i widział człowieka z jego wzorcami zachowań, lękami i wadami. Będzie patrzył i kopiował. Będzie się na moim przykładzie uczył życia. I ja muszę mu pokazać tę dobrą stronę świata. Bez funkcjonowania w ciągłym lęku. Co więcej jego zadowolenie i poczucie bezpieczeństwa zależą też od moich fluidów, od mojego nastawienia i mojego sposobu bycia. To była wystarczająca motywacja, żeby przejść na optymistyczną stronę mocy.

Jak walczę z nawykowym strachem?

Zaczęłam więc pracować nad sobą. Już w ciąży. Nie było mi łatwo, zwłaszcza, że wszyscy dookoła snuli czarne scenariusze porodu, włącznie z prognozą mojej totalnej ślepoty (mam dużą wadę wzroku, a moim marzeniem był poród naturalny), a po porodzie dużo czasu zajęło mi pozbieranie się do kupy. Jednak walczyłam cały czas. I teraz też walczę 🙂 Jak?

Po pierwsze zawsze staram się myśleć optymistycznie. Kiedy się czymś martwię, mówię sobie na pewno będzie dobrze. Wybieram wariant optymistyczny, jednocześnie zabezpieczając się przed negatywnymi opcjami (ale robię to tylko na wszelki wypadek). Bo wiem, że będzie dobrze. I takie mówienie sobie (nawet głośno), że wszystko się ułoży działa naprawdę. Niby to jest straszny banał i klisza. Ale działa. Czasem to co najprostsze, okazuje się najlepsze.

Po drugie wiem kiedy powiedzieć swojej wyobraźni stop. Gdy tylko wyczuwam ten kamyczek (ten dym), który rozpoczyna lawinę negatywnych myśli, zatrzymuję drania i nie pozwalam mu się rozwijać. Czasem włączam wtedy wiadomości w telewizji, czasem staram się zająć czymś innym. Ale nie pozwalam sobie na rozwój takiego myślenia. Negatywne, wyniszczające myśli – stop!

Po trzecie mam plan i się go trzymam. Czasami moim bliskim wydaje się, że ja działam przypadkowo, nieprzemyślanie. Otóż nie. Mam plan na wszystko (dobra, prawie wszystko). I go realizuję. Ale kiedy już coś zaplanuję, to nie widzę potrzeby, żeby o tym rozmyślać godzinami, prowadzić długie dysputy i narady. Naprawdę mam co robić w życiu, nie będę go marnować na dzielenie włosa na czworo i roztrząsanie rzeczy na które mam dobrze przemyślaną receptę. Oczywiście nie oznacza to, że nie analizuję swoich założeń i że ich nie zmieniam. Ale nie spędzam próżnych minut/godzin na wyszukiwaniu kolejnych bzdur w internecie i nakręcaniu swojego lęku. A kiedyś tak robiłam.

Po czwarte staram się być zajęta. Najgorsze co można zrobić, to siedzieć i myśleć 😉 Serio. Trzeba po prostu zebrać się w sobie i zacząć robić coś. Cokolwiek. Dlatego tak lubię pisać bloga! Bo kiedy piszę, zapominam o problemach – tych prawdziwych i tych najgorszych, czyli potencjalnych.


Walka z nawykowym strachem trwa u mnie tak na poważnie już od ponad roku. Jak na razie idzie mi dobrze. Bo wiecie co? Ja się już naprawdę dość w życiu nastresowałam. I jeszcze się na pewno nastresuję bardziej ;). Ale zamierzam się martwić wyłącznie rzeczami, które się już przydarzyły. Szkoda mi życia i zdrowia na mnożenie negatywnych scenariuszy i najgorszą rzecz na świecie, czyli martwienie się na zapas.

A Wy? Znacie takie zjawisko? Zdarza się Wam wpaść w taką lawinę negatywnych myśli? Macie na to swoje sposoby?

  • Gosia Sz

    Cześć Madziu! Chciałam Ci powiedzieć, że od kilku dni mam wrażenie, że jakieś fale kierują mnie ku Tobie:) Dziś bowiem oddawałam się podobnym rozmyślaniom:) Raczej jestem optymistką choć już wiele, naprawdę wiele w życiu przeszłam. Los mnie nie rozpieszczał a mimo to zawsze miałam siłę śmiać się mu w nos. Ostatnie kilka lat to oaza spokoju. Śmiało mogę powiedzieć, że mam wszystko co wymieniłaś:) Kochane dzieci, męża, dom, prace, pasje i w sumie cudowne życie. I wiesz co? Przestałam to trochę ostatnio doceniać. I właśnie z tego powodu dziś się porządnie zdyscyplinowałam. Bo co to za ględzenie i smutki? Popłakiwanie bez powodu i szukanie sobie zmartwień z tytułu idiotycznych drobiazgów ( O tak! jak czuje dym to na pewno spłoniemy!:) Sama sobie tym pecha ściągnęłam! Od stycznia dzieciaki ciągle chorują i może bym powiedziała, że to przypadek jakby nie to, że córka w piątek złamała rękę! Matko co ja się przez te dwa dni namartwiłam! Dziś więc mówię sobie tak: Jak nie wiedziałaś co Ci jest to teraz masz durna babo:) Pilnie i natychmiast porzucam nawykowy strach (świetna nazwa:) i biorę się do roboty! Jak zwykle dziękuję za znakomity tekst! Pozdrawiam serdecznie G.

    • Dziękuję za miłe słowa Gosiu. Nie wolno się martwić na zapas, ale kiedy jest się matką, to rzecz robi się jakieś milion razy trudniejsza! Bo jak tu się nie martwić o swoje maluchy? A Twoim dzieciom życzę zdrowia, zdrowia i jeszcze raz zdrowia! Wyczerpaliście już na ten rok limit chorób 😉

  • Bardzo podoba mi się wpis. Warto naprawdę starać się myśleć optymistycznie. Wiadomo, że złe chwile też się pojawiają, ale wszystko w przyrodzie jest zmienne i tak samo zły czas mija. Też robię plany i staram się ich trzymać. 🙂

  • Dziękuję Ci za ten wpis.. przekazujesz w nim dużą porcję pozytywnych emocji, zawsze warto walczyć o siebie.. nawet jak jest trudno.
    Myślę, że w dzisiejszych czasach w ogóle ciężko być optymistą, chyba że się człowiek zupełnie odetnie od świata. Bo negatywne emocje bombardują nas ze wszystkich stron.. i nie można udawać, że tak nie jest. Jak ja sobie z tym radzę?? Mimo wszystko staram się unikać negatywnych osób, niczym gąbka chłonę pozytywne emocje od najbliższych, uciekam w świat literatury fantazy i.. tez zaczęłam pisać bloga w którym daje upust moim lękom, rozterkom ale też radościom…
    Pozdrawiam Cię serdecznie 🙂

    • Literatura z gatunku fantasy to też jedna z moich ulubionych odskoczni 🙂 Przenoszenie się w zupełnie inne, nierzeczywiste światy i przeżywanie szalonych przygód to jest to 😀 Pozdrawiam i dziękuję za tak miłe słowa 🙂

  • Magdo, bardzo ważny tekst. Strach zjada nas tylko jeśli mu na to pozwolimy.Gdy spuścimy ze smyczy emocje i za bardzo pofolgujemy wyobraźni.Bywają sytuacje, że jest on uzasadniony. No ale bez przesady.Gdybyśmy potrafili się nieco zdyscyplinować, na polskich ulicach byłoby więcej pogodnych twarzy:).
    Przyznam, że dziś odkryłam nowe, świetne miejsce, do którego będę wracać: Skrytkę Magdaleny!

    ps Życzę sukcesów w pokonywaniu strachu nawykowego każdego dnia:)

    • Dziękuję bardzo, będę walczyć! 🙂 I cieszę się, że będziesz tu zaglądać <3 A co ulic, to prawda – mniej strachu=więcej uśmiechu 🙂

  • Pingback: Jak czuć się młodo - 8 sprawdzonych sposobów - Skrytka na kulturę()

%d bloggers like this: