Odkrywam najbardziej zdradliwy i podstępny sposób marnowania czasu (MP)

kaboompics.com_Happy Birthday Grandma

Oraz najlepszy sposób na pełne wykorzystywanie danych nam w życiu chwil.

Wiele jest sposobów na marnowanie czasu. Serio. Można czas marnować oglądając dziwne programy w telewizji, kłócąc się bez sensu z najbliższymi lub pielęgnując złe myśli i urazy. To są takie oczywiste oczywistości, które każdy z nas już dobrze zna i dość łatwo wychwytuje. Jednak istnieje inny bardziej perfidny sposób marnowania danego nam w życiu czasu. Marnując go w ten sposób ulegamy złudzeniu, że właśnie spędzamy go bardzo efektywnie. Wydaje się nam, że jesteśmy mistrzami organizacji, że nad wszystkim panujemy. Tymczasem jest wręcz przeciwnie. Stosując tę podstępną metodę zarządzania czasem, w rzeczywistości marnujemy nasze życie. Ono nam ucieka przez palce! Wiecie już o czym mowa?

Zła wielozadaniowość?

Tak. Wielozadaniowość. Potrafi być naprawdę super, a sama korzystam z niej nadzwyczaj często. Wiecie – gotuję obiad, a jednocześnie słucham wiadomości, rozmawiam z Pawłem i robię zakupy przez internet. Albo idę na spacer z dzieckiem, przy okazji łącząc to z wizytą w supermarkecie oraz słuchaniem audiobooka/podcastu. Biegam (dobra, teraz akurat nie chce mi się chodzić na jogging, ale chodzi o zasadę 😉 ) i planuję zadania na później. Kiedy byłym jeszcze na studiach podczas treningu powtarzałam wiedzę albo słuchałam kodeksów w wersji audio. Sprzątam i jednocześnie rozmawiam przez telefon w trybie głośnomówiącym. Bardzo wiele rzeczy robię w życiu równocześnie – inaczej się po prostu nie da. Doba ma dwadzieścia cztery godziny i trzeba ją jakoś rozciągać. To raczej jasne.

Jednak wielozadaniowość nie zawsze jest dobra. Wielozadaniowość nie zawsze się sprawdza. Owszem, przydaje się w sytuacjach kiedy zalewa nas fala pierdołowatych czynności, a także gdy nasze obowiązki sprowadzają się do bezrefleksyjnego machania ręką (patrz: prasowanie). Ale prawda jest taka, że sekretem pełnego i szczęśliwego życia, sekretem efektywnej i owocnej pracy jest koncentracja. Koncentracja na danej chwili. Skupienie się w stu procentach na aktualnie wykonywanym zadaniu.

Umiejętność bycia tu i teraz.

Kiedy bawię się z dzieckiem, to bawię się z dzieckiem. Codziennie staram się wygospodarować co najmniej godzinę na spędzenie czasu ze Ssakiem. To mało, powiecie? To wcale nie jest mało! To godzina, kiedy jestem tylko dla niego. Bawimy się razem, trenujemy nowe umiejętności, rozmawiamy (tak, tak!), śmiejemy się, miziamy, wygłupiamy, ostatnio oglądamy przez okno samochody <3 Jestem wtedy tylko dla niego. I nie obchodzi mnie nic innego.

Kiedy spotykam się z przyjaciółmi i dobrymi znajomymi odkładam telefon na bok. Nie robię relacji na Instagramie z pitych właśnie drinków, mówię, słucham, opowiadam. Śmieję się i czerpię pozytywną energię. Wręcz ją chłonę. I daję swoją.

Kerry Johnson-3

Lubię raz na jakiś czas pójść na randkę ze swoim mężem. Staram się wtedy z nim rozmawiać. Nie o dziecku, nie o pracy, tylko prowadzić interesującą i wartościową konwersację. O kinie, o książkach, o podróżach, o marzeniach, o planach. Jestem wtedy z nim i od niego oczekuję tego samego. Żebyśmy w tej konkretnej chwili byli skupieni na sobie nawzajem. Tak w stu procentach.

I w końcu kiedy piszę, pracuję, wykonuję czynności wymagające jakiegoś wysiłku intelektualnego to robię tylko to. Przygotowuję sobie wielki kubas herbaty, zamykam się w gabinecie i skupiam się na zadaniu. Jednym jedynym zadaniu w danej chwili. Wyciszam telefon, nie odbieram maili, jestem w tym jednym jedynym miejscu na świecie. I tak: wtedy nie bawię się ze Ssakoliońcem. Nie spędzam czasu z bliskim ludźmi. To jest czas tylko dla mnie, ekskluzywny i wyjątkowy.

Quality time

Generalnie każda ważna, wartościowa czynność wymaga koncentracji na chwili obecnej. Amerykanie lubią określenie quality time. Nie liczy się ilość poświęcanego czasu, a jego jakość. I to jest przegenialne podejście. W swoim pierwotnym znaczeniu odnosi się do relacji z bliskimi, ale ja tę zasadę rozciągam na wszystkie strefy w których funkcjonuję, a więc również na grunt zawodowy. Zawsze będę twierdzić, że jeśli mam do dyspozycji trzy godziny, a w tym czasie chcę porozmawiać z bliską osobą, pobawić się z dzieckiem i napisać artykuł na bloga, to jeśli zaproszę przyjaciółkę do domu i w trakcie rozmowy będę jedną ręką stukać w klawiaturę, a drugą grzechotać zabawką przed oczami Ssaka, to nikt na tym nie skorzysta. Jeśli zaś najpierw przez godzinę wymiziam i wybawię Lorda Pandemoniusza, potem sprzedam go Pawłowi/posadzę w bujaku i dam coś do zabawy (pozwolę słuchać rozmowy, co bardzo lubi) i porozmawiam z kumpelą koncentrując się na niej całkowicie, a na koniec spędzę godzinę odcięta od świata przed klawiaturą kompa, to skorzysta na tym moja relacja z dzieckiem, moja relacja z przyjaciółką i moje relacja z czytelnikami 😀 Lepiej nawet z czegoś zrezygnować (w tym zestawieniu przegrywa wpis na bloga/ewentualnie koleżanka, która chce tylko niewinnie poplotkować), i zrobić dwie rzeczy dobrze, niż zrobić wszystkie trzy, ale każdą źle.

Naprawdę, quality time jest jedną z mądrzejszych rzeczy jakie wymyślił człowiek. No bo co z tego, że będę z dzieckiem przez trzy godziny, jeśli tak naprawdę nie poświęcę mu ani minuty prawdziwej uwagi? Dzieci (nawet tak małe jak Ssako) doskonale wyczuwają takie rzeczy i potem mogą się czuć odrzucone. Serio. Co z tego, że przez trzy godziny będę miała włączony komputer, skoro prawie nic nie napiszę, albo nawet coś tam wymodzę, tylko po to, by to usunąć?

Pojęcie quality time w odniesieniu do pracy zawodowej nabiera nowych znaczeń dla wszelkiej maści freelancerów. Jeśli jesteś jednym z nich to doskonale zdajesz sobie sprawę z tego, jak trudno jest oddzielić życie domowe od pracy zawodowej. Jak trudno jest postawić tę granicę, wyłączyć się, olać bałagan, zignorować niepodlane kwiatki i zająć się tylko pracą. Dla niektórych osób jest to wręcz niewykonalne i często właśnie wtedy uciekają w pułapkę wielozadaniowości. Bo ona jest tak niezwykle kusząca, tak obiecująca. I pozwala odkładać ważne rzeczy na później. Oszukiwać się: przecież przez cały dzień coś robiłem. Obiad zrobiłem, maile sprawdziłem trzy razy, posprzątałem pokój i … coś tam napisałem dla klienta. Jestem wielozadaniowy – prowadzę dom i firmę. Ach. Tylko, że w rzeczywistości to coś tam, to raptem kilka zdań, które można by przygotować w pół godziny. Znacie to, prawda?

Dlatego ja stawiam w życiu właśnie na quality time. Kiedy pracuję – to pracuję. Kiedy jestem z moim dzieckiem – jestem z moim dzieckiem. I nie czuję wyrzutów sumienia, że  sprzedaję go regularnie jego babci albo tacie, a sama zajmuję się wtedy innymi sprawami – spotykam z ludźmi, pracuję, ogarniam dom. Zupełnie nie. Bo ten czas, który spędzamy razem ma dla niego ogromną wartość. Większą niż rzucane co chwila zaraz Hubciu przyjdę, tylko powieszę pranie/zrobię kanapki/dokończę pisać zdanie. Kiedy jestem z przyjaciółmi – jestem z przyjaciółmi. Kiedy jestem z Pawłem – jestem z Pawłem. Przykład z wczoraj: spędziliśmy we trójkę cudowne czterdzieści minut bawiąc się na podłodze, wygłupiając, przytulając. Nic innego nie było ważne, nic innego się nie liczyło. Ssak czuł się doceniony, ukochany i najważniejszy. I nie miał potem problemu z tym, że mama poszła powiesić pranie, a tata wrócił do swojego laptopa zarabiać pieniądze na jego zabawki 😉 Pięknie zajął się swoimi sprawami i szeleścił radośnie książeczką. Gdy do niego zaglądałam śmiał się do mnie i mówił tymi swoimi wielkimi oczami, że mnie kocha.

Sroki, ogony, pióra

Myślę też, że lepiej zrobić mniej, ale naprawdę dobrze. Powiem więcej – czasem po prostu lepiej z czegoś zrezygnować i skupić się na jednej rzeczy, niż na siłę łapać trzy sroki za ogon. Bo jak złapiesz te trzy sroki, to pewnie Ci uciekną wszystkie i  w rezultacie zostaniesz z garstką nic nie wartych piór. A jak złapiesz za ogon tylko jedną, ale za to porządną srokę, to bardzo prawdopodobne, że będziesz miał swoją własną wypasioną srokę 😉 Żadne (?) z nas nie jest super-człowiekiem, każdy ma swoje ograniczenia i taką samą ilość godzin w dobie. Lepiej sobie po prostu uświadomić, że coś jest poza naszym zasięgiem, niż wchodzić w kolejny projekt, z którego nic twórczego nie wyjdzie, a ucierpią przez to inne ważne rzeczy. Przykład? Proszę bardzo. Marzy mi się kurs językowy, chciałabym odświeżyć mój raczkujący niemiecki. Środki by się znalazły, nawet Ssako miałby z kim zostać, pod domem mam trzy szkoły językowe. Długo kusiła mnie ta perspektywa, ale jednak z niej zrezygnowałam. Dlaczego? Mam inne priorytety. Gdybym zapisała się na kurs językowy musiałabym zrezygnować z innych, ważniejszych w tej chwili dla mnie spraw. Być może musiałabym okroić mój quality time z Lordziskiem na rzecz jednoczesnej zabawy z dzieckiem i nauki słówek. A to byłyby niedopuszczalne! 😉 Więc nie uczę się teraz niemieckiego. Trudno.


Sami więc widzicie, że stawianie na wielozadaniowość w każdej dziedzinie życia, jest wbrew pozorom masakrycznym marnowaniem danego nam czasu. Żeby czerpać z rzeczywistości to co najlepsze, żeby osiągnąć sukces i szczęście osobiste trzeba się koncentrować na chwili obecnej. Nie rozmieniać się na drobne! Wielozadaniowość przydaje się w wielu sytuacjach, ale trzeba ją ograniczać wyłącznie do tych dziedzin życia, którym brak pełnej koncentracji nie zaszkodzi. Inaczej wpadniemy w pułapkę niechlujstwa i działania po łebkach.

A Wy? Stawiacie w życiu na quality time i pełną koncentrację na danym zadaniu czy jednak obstajecie przy wielozadaniowości?

  • Tak sobie teraz myślę, że jestem freelancerem, pracuję w domu i z początku faktycznie wpadłam w tę pułapkę zatarcia granicy pomiędzy pracą a życiem prywatnym. W końcu powiedziałam sobie dość, staram się tak planować swoją pracę, aby mieć wieczory wolne. Kończę pracę mniej więcej wtedy, kiedy wraca mój mąż i zamykam swoje biuro. Owszem zdarza się większy projekt, kiedy muszę odrobinę więcej popracować, ale skupiam się tylko na jednym. To wynika też z jeszcze jednej rzeczy, braku podzielności uwagi. Jeżeli robię jedno, skupiam się na tym w 100% i nie chodzi mi o takie czynności jak rozmowa przez telefon i gotowanie, ale pisanie maila do klienta, przygotowywanie nowej kampanii dla innego klienta i pisanie postu na bloga w jednym czasie, bo efektywność mojej pracy spadnie i nic dobrze nie będzie przeze mnie zrobione, a ja będę tracić czas na złoszczenie się na siebie 🙂

    • To mi zawsze sprawia najwięcej problemów – zajęcie się jedną, konkretną rzeczą z listy zadań. Mam taką tendencję do skakania – popiszę trochę pozew, potem podzwonię, potem kawa i pudełek 😉 Walczę z tym, póki co nie idzie mi najgorzej 😀

  • Pięknie to napisałaś. Dobrze to znam tę, jak nazywasz, wielozadaniowość i to do czego ona prowadzi, Chociaż znam też takich ludzi i książki, które do tego stylu życia namawiają. Wiem, ze to przepaść, z której wcześniej czy później trzeba się wygrzebać.I zobaczyć co ona uczyniła.
    I znam Tu i Teraz 🙂

  • Aga

    dobrze mi zrobił ten post. czasem zatracam się w tym pragnieniu-bycia-idealną, a tak jak piszesz – doba ma tylko 24 godziny. trzeba wykorzystać je najlepiej jak potrafimy, a to oznacza właśnie odnalezienie własnej drogi do quality time 😉

  • Quality Time to podstawa 🙂 Jedynie prasowanie, którego niecierpię, wykonuję tańcząc (nie muszę iść na siłownie wtedy), albo oglądając hiszpańską TV, żeby podszlifować język 😀

%d bloggers like this: