Nigdy więcej nie kupię książki, którą…

DSC_0761_2

… gorąco polecają internety. Nigdy. Ślubuję uroczyście.

Chwalone nie znaczy dobre

Po bardzo nieudanej lekturze chwalonego przez wiele osób Motylka Katarzyny Puzyńskiej postanowiłam, że od teraz w doborze literatury kierować się będę tym, czym kierowałam się przed erą cyfryzacji życia, czyli czytać będę klasykę (bo jeśli powieść/autor przetrwała wystarczająco długo, by stać się pozycją z kanonu literatury, coś chyba w niej musi być), książki nominowane do nagród literackich oraz takie, które nagrodę zdobyły (bo prawdopodobnie nie są to takie znowu straszne gnioty, skoro ktoś uznał je za godne nominacji/nagrody), książki polecane przez osoby ze świata realnego i internetowego, którym literacko naprawdę ufam, książki autorów, którzy kiedyś już mnie porwali oraz to, co mój nos ocenia jako warte grzechu (o dziwo, dzięki takim spontanicznym zakupom udało mi się trafić na kilka literackich perełek). Ale już nigdy, nigdy, nigdy więcej nie dam się  internetowej modzie. Pewnie się tym wpisem komuś narażę, pewnie ktoś tam przestanie mnie czytać. Trudno. Ale nie można dłużej milczeć 😉 Otóż: szeroko pojęty internet często-gęsto poleca złe książki. Nie kontrowersyjne powieści, nie lekkie czytadła, ale po prostu złą, kiepską i zrobioną mocno na odwal literaturę. 

Do tego wniosku skłoniła mnie trauma, jaką przeżyłam po przeczytaniu (a raczej niedoczytaniu) książki autorki, która wyskakuje z lodówki, Instagrama, pralki, Facebooka, zmywarki, portali typu Lubimy Czytać, kuchenki mikrofalowej i blogów. Zapowiadała się nawet nieźle. Język może trochę kulał (wybaczę!), widziałam pewne podobieństwa do Camilli Lackberg (wybaczę…). I tak wybaczałam, wybaczałam, bo sielsko, anielsko i lekko, aż tu nagle język przesiadł się na wózek inwalidzki, bohaterowie stali się tak sztampowi i banalni, że chciało się rzygać żółcią, a ilość podobieństw do szwedzkiej autorki przekroczyła poziom przyzwoitości. I tylko wydanych pieniędzy żal. Kolejna książka przeczytana przeze mnie pod wpływem zachwytów internetu, którą dostanie w prezencie gdańska biblioteka. Za dobrze im.

Co to znaczy dobra książka?

Rozumiem, że ktoś może uwielbiać Harlequiny, ale już chyba wszyscy się ze mną zgodzicie, że nazywanie Harlequina wybitną literaturą, a ich autorów wspaniałymi, rokującymi pisarzami, jest sporym nadużyciem. To są książeczki pisane w dziesięć minut, na odwal, byle jak, bez dbałości o język, oryginalność, przekaz. W których liczy się wyłącznie tandetna i do bólu przewidywalna fabuła. Tak w każdym razie przypuszczam, bo z Harlequinem miałam kontakt parę razy w sytuacji, że tak powiem, łazienkowej. Starczyło.

Wszyscy więc zgadzamy się co do tego, że Harlequiny oczywiście można lubić (bo czemu nie?), można czytać, ale raczej na pewno nie można ich zachwalać pod niebiosa i nazywać dobrą książką. Albo co najmniej książką przyzwoitą. Byłaby to po prostu nieprawda.

Czym więc, stosując kryterium w miarę obiektywne, powinna charakteryzować się przyzwoicie napisana książka? Po pierwsze autor musi umieć posługiwać się językiem. W stopniu co najmniej podstawowym. Po drugie, autor powinien choć troszeczkę się wysilić i stworzyć w miarę autentycznych, wzbudzających emocje bohaterów. Po trzecie, jeśli autor pisze o czymś co wymaga jakiejkolwiek wiedzy, powinien tę wiedzę uzupełnić i poszerzyć, zadbać o autentyzm. Po czwarte, wypadałoby nie kopiować w sposób chamski i bezczelny rozwiązań spotykanych u innych pisarzy (aczkolwiek tu, o ile pozostałe punkty są spełnione, można autorom sporo wybaczyć – patrz Arthur Conan Doyle i jego Sherlock Holmes, który całkiem sporo zaczerpnął od Edgara Allana Poego i jego Chevaliera Augusta Dupina). I tyle. Język od którego nie bolą zęby, umiejętność budowania postaci, dobry reaserch i trochę oryginalności. To wystarczy, by napisać przyzwoite czytadło. Takie, które można z przyjemnością pochłonąć. Do napisania powieści naprawdę wybitnej potrzeba wiele, wiele więcej: talentu, daru, dotyku Boga. Sama nie wiem już czego 🙂 Do czytadła wystarczą te cztery punkty. Zwróćcie uwagę, że nawet nie wymagam porywającej akcji – bo to już jest dość subiektywna kwestia. Jedni lubią, by akcja pędziła do przodu jak wściekła, inni (na przykład ja) preferują taką, która toczy się wolno, w zamian lubując się w długich opisach i stopniowym budowaniu napięcia. Jednak te cztery punktu to jest minimum, którego należy wymagać od autora. No bo jeśli ktoś nie umie pisać, budować ciekawych postaci, wymyślać swoich światów, a do tego jest śmierdzącym leniem i nie chce mu się nawet badać opisywanego tematu, to zdaje się, że pomylił zawód. Nadal jednak rozumiem, że nawet książki osób, które po prostu pisać nie potrafią, mogą komuś przypaść do gustu. Okej. Naprawdę mi to nie przeszkadza.

Nie przeszkadza mi też to, że takie książki polecane są dalej, jako coś fajnego, ciekawego, wartościowego. To ja robię błąd, a jest nim to, że jestem po prostu zbyt ufna. Wierzę, że jeśli ktoś napisze, że książka jest świetnie skonstruowanym kryminałem z uroczym tłem obyczajowym i rozkosznym wiejskim klimatem, to tak właśnie jest. Do tego jestem chyba dość podatna na reklamę, bo liczne zdjęcia w mediach społecznościowych zachęcają mnie do kupna. Zamawiam więc. Z nadzieją na coś dobrego. Nie wybitnego. Nie powalającego na kolana. Zwyczajne, lekkie czytadło do spokojnej lektury przed zaśnięciem. A dostaję… cóż… kilka godzin irytacji.

Motylek nie jest dobrą książką, bo…

Chcecie wiedzieć dlaczego Motylek Katarzyny Puzyńskiej to nie jest dobra literatura? Ależ proszę.

  1. Język. Płaski, brzydki, momentami mocno zmanierowany (opisy wypasionej rezydencji miejscowych bogaczy pełne są sformułowań typu mięsiwo czy łoże… brrrrr). Szczyt rozpaczy osiągnęłam, gdy autorka wprowadziła postać Klementyny Kopp, której wypowiedzi napisane są w tak irytujący i pretensjonalny sposób, że musiałam rzucić tę powieść w kąt. Inaczej chybabym kogoś zamordowała.
  2. Wszystko (prawie) jest żywcem ściągnięte z Camilli Lackberg. I nie chodzi tu wyłącznie o samą ideę kryminału, którego akcja rozgrywa się na prowincji (to jest raczej dość uniwersalny motyw literacki, który bardziej kojarzy się z Aghatą Christie), czy nawet o formę literacką, którą jest kryminał z silnie zarysowanym tłem obyczajowym. Problem tkwi w tym, że podobnie jak u popularnej Szwedki, mamy tu młodą kobietę, która przeprowadza się na wieś, spotyka tu miłość w osobie prowincjonalnego policjanta. Policjant ten jest jak nieoszlifowany diament, taki bardziej opiekuńczy misio z lekkim brzuszkiem niż super-maczo glina. Ale inteligentny, dzielny, odważny, blablabla. Dalej mamy postacie policjantów, którzy wykazują zaskakujące podobieństwo do ekipy z Fjallbacki. Jest więc najmłodszy, ale obiecujący apiranto-komisarzo-coś-tam, rozwijający swój talent pod opiekuńczymi skrzydłami głównego bohatera. Jest policjant najstarszy, znękany życiem i najmniej zaangażowany w pracę zespołu. W końcu jest bohater negatywny: głupi, butny i reprezentujący wszystko co najgorsze w ludzkiej naturze. Brakuje tylko zadufanego w sobie szefa. Dalej mamy miejsce akcji, którym jest mała, cicha i sielankowa miejscowość leżąca nad zbiornikiem wodnym i latem odżywająca i przyciągająca turystów. Kolejną kalką jest sposób konstruowania fabuły, gdzie w bieżące wydarzenia wplatane są krótkie, dość enigmatyczne elementy przeszłości, mające znaczenie dla rozstrzygnięcia zagadki. Podobieństw jak sami widzicie jest wiele, a biorąc pod uwagę to, że już sam pomysł obyczajowego kryminału, którego akcja rozgrywa się na prowincji, jest identyczny, to dodatkowe zbieżności sprawiają wrażenie, jakby Puzyńska pewnego pięknego dnia sięgnęła po prozę Lackberg i postanowiła, że też napisze taką samą książkę, tylko zmieni kilka małych szczegółów dla przyzwoitości.
  3. Płascy i banalni bohaterowie. Wszystkie postacie są obrzydliwie przewidywalne, sztampowe i schematyczne tak bardzo, że aż bolą zęby. Bogaty jest burakiem, blondynka jest idiotką, dobry policjant jest dobry, zły policjant jest zły, fryzjerka jest sympatyczną plotkarą. Dość łatwo można się domyślić co i jak zrobią, kto się w kim zakocha, a kto nie, kto kogo pobije, a kto zapłodni. Do tego nie wzbudzają żadnych emocji, ani sympatii, ani niechęci. Są płascy, papierowi i nudni. Poza Klementyną Klopp (o, przepraszam: Kopp), która chyba dla przeciwwagi została wyposażona przez autorkę w absolutnie każdą cechę – fizyczną i psychiczną, która jest oryginalna, niebanalna i inna niż wszystko. I takie natężenie tychże cech sprawia, że owa bohaterka stanowi postać irytującą, nieprawdziwą i bzdurną. Przykre.
  4. Brak napięcia. No brak. Naprawdę nie byłam ciekawa, kto zabił. Naprawdę nie byłam ciekawa, jak potoczą się losy głównych bohaterów. Nie byłam ciekawa niczego, chciałam tylko skończyć tę męczarnię i zabrać się za jakąś porządną powieść. Tak też zrobiłam (a ja niemalże zawsze kończę książki, zwłaszcza kryminały) i już nigdy nie dowiem się, kto zabił. Nie jest mi z tego powodu nawet trochę przykro.

No to dlaczego innym się podoba?

Jak to więc się stało, że ludziom kryminały Puzyńskiej się podobają? I być może podobały się Tobie czytelniku, a może spodobają Ci się w przyszłości? Myślę, że wynika to z kilku czynników. Jednym z nich niewątpliwie jest doskonała promocja. Trochę też jest tak, że każdy z nas posiada inną literacką wrażliwość, która wykształca się z wiekiem i z rosnącą ilością przeczytanych książek. Przykład? Na początku studiów nie widziałam wielkiej różnicy między Achają a Nędznikami i gdyby mnie ktoś zapytał, obie powieści uznałabym za doskonałe (w swoich kategoriach, ale jednak) i warte polecenia. Dziś, kiedy sięgnęłam po leżącą na stole powieść Ziemiańskiego i przeczytałam kilka stron, aż włos zjeżył mi się na głowie, tak bardzo grafomański okazał się ten tekst. Wiktora Hugo natomiast nadal i niezmiennie uważam za pisarza genialnego. Dziesięć lat temu nie czułam jeszcze tak języka, jak czuję dziś. Pewnie za dziesięć lat spojrzę na swoje dzisiejsze recenzje i wypociny, złapię się za głowę i zakrzyknę: co ja sobie myślałam! A może nie? Zobaczymy 😀

I wiecie co? Nie widzę nic złego w tym, że komuś podobają się powieści Puzyńskiej. One mogą się podobać, ale Katarzyna Puzyńska (podobnie jak Katarzyna Mistrzyni Niechlujstwa i Beznadziejnej Redakcji Bonda) nie jest żadną tam królową polskiego kryminału, a Motylek to w najlepszym razie mocno przeciętne czytadło, skrzyżowanie Lackberg z domem-w-Toskanii-nad-rozlewiskiem (tak sądzę, bo nigdy nic o odkrywaniu siebie w Toskanii i życiu nad rozlewiskiem nie czytałam, z góry zakładając, że nie jest to proza dla mnie 😉 ). Nazywanie tego dobrą literaturą jest zbrodnią i może sprowadzić na manowce takie niewinne i naiwne duszyczki jak ja.


Jeśli więc lubicie prozę lekką, taką, którą szybko i łatwo się czyta, którą można w kilka dni skonsumować w drodze do pracy, jeśli podobają się Wam obyczajowe powieści o przenoszeniu się na prowincję, w końcu jeśli nie jesteście trzydziestoletnią marudną, wybredną i wymagającą babą, to sięgajcie śmiało po prozę Puzyńskiej. Jeśli zaś macie w zwyczaju rzucać książkami i wymagać od pisarza nieco więcej, lepiej sięgnijcie po coś innego (na przykład najnowszego Krajewskiego, bo Arena szczurów to moim skromnym zdaniem jedna z jego lepszych powieści, zdecydowanie warta poświęconego jej czasu).

Moja ocena: 3/10

  • b.

    no to mnie zachęciłaś 🙂

  • Magdallena

    Bardzo podoba mi się Twoja opinia :)))
    Nie przeczytam!

  • Nie czytałam jeszcze żadnej książki tej autorki, ale bardzo mnie ciekawi i chętnie bym sięgnęła. 😀

  • To samo mogłoby się chyba powiedzieć o książkach Mroza. Przeczytałam, niby było to lekkie czytadło, oceniłam nawet dobrze (7/10) ale rewelacja to nie była i jestem świadoma jej wad. Też widać „zapożyczenia” z Nesbo i innych zagranicznych autorów, ale język jest mocno średni, a sama fabuła w Polsce dość… nieprawdopodobna. Ja też już od dawna przestałam się w stu procentach kierować dobrymi opiniami innych, bo ileż to razy się zawiodłam i dostałam coś naprawdę kiepskiego.

    • Mróz mi się akurat podobał, ale podeszłam do niego jak do prostej i odmóżdżającej literatury rozrywkowej – sprawdził się idealnie i już niedługo do niego wrócę. Mimo wad 😉 „Motylek” za to był dla mnie po prostu niestrawny 😀

%d bloggers like this: