O tym, dlaczego Skrytka nigdy nie zostanie blogiem parentingowym

DSC_0883

A także o tym, dlaczego nie będę już publikować zdjęć mojego syna w sieci. Oraz coś w rodzaju mojego manifestu blogowego.

Narodziny Huberta i zgubiony kierunek

Blog Skrytka Magdaleny powstał w celach czysto hobbystyczych, jako odskocznia od pracy oraz forma umilania sobie codzienności. Kiedy go zakładałam, koncepcja była taka: piszę o wszystkim co mnie kręci i fascynuje. Czyli przede wszystkim o kulturze, podróżach, gotowaniu. Czasem wyrzucę z siebie jakieś mniej lub bardziej poważne przemyślenia. Jednak od czasu kiedy Skrytka powstała zmieniło się w moim życiu bardzo wiele. Przede wszystkim zaszłam w ciążę i urodziłam doskonałe i najpiękniejsze na całym świecie dziecko. Okazało się raptem, że całe moje życie kręci się wokół małego kuporoba, a największą radość sprawiają rozmowy o tym co Hubercik jadł, pił, jak się bawił, jak się nie bawił i na co może być chory. Musiałam znacznie ograniczyć ilość podróży, spotkań towarzyskich, wyjść do kina i teatru. Pojawił się też temat poważnych zmian w moim życiu zawodowym, takich dzięki którym nie będę musiała oddawać dziecka do żłobka. W każdym razie, z osoby, która nie potrafiła usiedzieć w domu jednego popołudnia zamieniłam się w kobietę, która większość swojego czasu spędza w czterech ścianach, rozdarta między pieluchą, sprzątaniem i gotowaniem. I nie jest tak, że narzekam. Nie. Teraz jest taki czas w moim życiu i ma on zdecydowanie więcej zalet niż wad.

Jaki to wszystko ma związek z blogowaniem? Siłą rzeczy na blogu zaczęły się pojawiać wpisy parentingowe oraz zdjęcia syna. Kiedy planowałam sobie posty na następny miesiąc zawsze najłatwiej przychodziło mi wymyślenie tych o dzieciach. Szykowałam nawet wielki poradnik wyprawkowy. Pisałam też oczywiście o innych rzeczach. I tak powoli, stopniowo zaczęłam tracić kierunek i gubić wątek. Kiedy zadawałam sobie pytanie: o czym właściwie jest mój blog, nie byłam w stanie na nie odpowiedzieć. O wszystkim. O niczym. Dla kogo? Dla każdego. Dla nikogo. Blog zagubił się na wzburzonych wodach internetu i zupełnie nie wiedziałam dokąd zmierzam.

To nie jestem ja

Szybko zdałam sobie też sprawę z tego, że parenting i tematy związane z rodzicielstwem tak naprawdę zupełnie mnie nie interesują. To znaczy, nie zrozumcie mnie źle, nadal chętnie o tym mówię. Jeśli w prywatnej rozmowie ktoś zapyta mnie co słychać u Hubercika, to czyni to na własną odpowiedzialność i na własne ryzyko 😀 Dziecko jest w moim życiu dominantą. Rządzi moim dniem i rozkładem zajęć. Czasem tego wszystkiego jest po prostu za dużo. Kocham go bardzo i zrobię wszystko żeby był szczęśliwy, ale szczerze mówiąc już nie bardzo chce mi się o nim pisać. Kiedy już dorwę się do klawiatury, chcę pisać o dorosłych sprawach, oderwać się choć na chwilę od robienia a gu gu i słuchania Lionela Ritchie (tak, Lajonel to chwilowo największy idol syna, a piosenka Say you, say me jest hitem naszego domu…). Nie chcę zamieniać się w kobietę, która nie ma nic więcej do powiedzenia (i napisania), poza historyjkami z życia swojego dziecka. Bo to nie jestem ja. Zupełnie nie.

Co z tymi zdjęciami?

Poza tym w ostatnich tygodniach miało też miejsce inne zdarzenie. Otóż (nie wiem czy powinnam się do tego przyznawać 😉 ) wykupiłam reklamę na Facebooku. Głównie po to, żeby zobaczyć jak to funkcjonuje, jakie przynosi efekty i jak to robić w przyszłości, wtedy gdy może być mi naprawdę potrzebna. Ćwiczyłam różne warianty, między innymi promowanie konkretnych postów. I tak: napisałam wpis, jako zdjęcie tytułowe dałam słodki pyszczek Huberta, po czym kliknęłam promuj. I nagle zdałam sobie sprawę, że właśnie próbuję coś zyskać poprzez zdjęcie mojego dziecka. Że to już nie jest niewinne wrzucanie jego słit foci na Instagram, tylko reklamowanie moich treści jego twarzą. Wykorzystywanie jego wizerunku do moich prywatnych celów, które nie służą jego dobru, w ogóle mu nie służą, a mi mają przynieść potencjalną korzyść. I wtedy powiedziałam: stop. Nigdy więcej. Nie będę już nigdy więcej wykorzystywała wizerunku mojego dziecka żeby coś osiągnąć. Bo… wydało mi się to niewłaściwe.

I może początek tego wpisu jest zbyt ostry. Będę czasem wrzucać zdjęcia Huberta na Instagramie i na Facebooku czy na blogu. Bo w samym wrzucaniu zdjęć nie widzę nic złego. Nie kompromitują go, są ładne i nie widzę możliwości żeby miały mu w przyszłości zaszkodzić. A pokazywanie Huberta światu to dla mnie mnożenie mojego szczęścia. Jednak już nigdy więcej nie będę promowała siebie i swoich treści jego niewinną mordką. Bo nie mam do tego prawa.

No to co z tym parentingiem?

Dlatego też nigdy nie zostanę blogerką parentingową. Nie chcę żeby osoba mojego dziecka była środkiem do osiągnięcia czegokolwiek: popularności, fanów, like’ów. I szczerze mówiąc, nie sądzę żeby tak popularne ostatnio nie pokazywanie twarzy dziecka na zdjęciach było tu rozwiązaniem problemu. Szczerze: dla ludzi z zewnątrz wszystkie dzieci są, no, hmmm, podobne, więc nawet jak zobaczą mojego syna na żywo, prawdopodobnie go nie rozpoznają. A ja tylko już pisząc o życiu dziecka i promując w ten sposób treści zaczynałam je wykorzystywać do swoich celów, niekoniecznie idących obok jego dobra. Ja tego nie chcę. Dlatego: Skrytka Magdaleny nie będzie blogiem parentingowym czy okołopraentingowym. Nie będę szukała korzyści pisząc o swoim dziecku czy pokazując jego zdjęcia w sieci. Jeśli jakieś zdjęcie czy tekst o dziecku się pojawią to rzadko (zdjęcia będą na pewno na podsumowaniach miesiąca) i na pewno nie po to, by uatrakcyjnić bloga czy kontent instagramowy. To będzie dzielenie się szczęściem. Bo czasem naprawdę ciężko się od tego powstrzymać 🙂 Poza tym, blog ma być odskocznią od codzienności, a nie ciągłym babraniem się w niej. To ma być moje, dorosłe miejsce w sieci. Koniec i kropka.

Nie chciałabym też, by ktoś odebrał ten tekst jako atak na blogerki parentingowe zarabiające pieniądze na wpisach i zdjęciach swoich dzieci. Nie krytykuję tego. Blogi parentingowe ewidentnie są potrzebne i samo pisanie o dzieciach nie robi im krzywdy. Jednak każdy człowiek ma swoje granice, każdy rodzic podejmuje swoje decyzje i sam wie najlepiej czy one będą dla jego dziecka dobre (na przykład mama dzięki zarabianiu na blogu i korzystaniu z wizerunku dzieci zarabia i nie musi siedzieć całymi dniami w pracy – to samo w sobie może być korzyścią dla dziecka). I naprawdę nie daję sobie monopolu na prawdę absolutną w tej kwestii. Ja tak czuję i będę postępować zgodnie ze swoim sumieniem. Tyle.


Nie będzie więc Skrytka Magdaleny blogiem o dziecku i Ci, którzy szukają takich treści nie bardzo mają tu po co zaglądać. O czym więc będę pisać? Przede wszystkim kulturze. Oraz o szczęściu, motywacji, podróżach i życiu, przede wszystkim widzianych w kontekście kultury. Czasem pewnie zboczę z toru i napiszę trochę o Hubercie. Ale tylko czasem 🙂 

  • Fajne, mądre podejście kobieto! Niech ten blog będzie oznaką Twojego hobby i miejscem oderwania się od codzienności. Super! 🙂

  • Wpadnę do spamu, czy nie wpadnę, oto jest pytanie ;)… Masz bardzo mądre podejście i w porę to przemyślałaś. Ogólnie blogosfera parentingowa to z tego co obserwuję niezłe bagienko, więc może lepiej, że się na to nie piszesz.

    • Wpadłaś 😀 A co do samej blogosfery parentingowej to w sumie nawet nie wiem jak wygląda, bo mało co z tego czytam 😉

  • Ja na początku miałam konkretny pomysł na blog- praca w domu z jej wszystkimi blaskami i cieniami. A potem to się rozlazło. Już sama nazwa mojego bloga może wprowadzać małe zamieszanie- Mama sama w domu 😉 Potem nastąpił przełom, również stwierdziłam, że w swoich wpisach za bardzo odbiegam od głównego tematu… Opamiętałam się i dobrze mi z tym 😉 Mam jeden dzień, który poświęcam na tematy rodzicielskie, ale i to nie zawsze- taka mała furteczka dla parentingowych zapędów 😉

%d bloggers like this: