Motywacyjny poniedziałek: książki, które dają mocnego kopniaka

kaczkowski_2

Nie jestem wielką fanką poradników i typowych książek motywacyjnych. Patrzę na nie raczej z przymrużeniem oka i dużym sceptycyzmem. Po pierwsze nie bardzo wierzę w to, że jakaś książka może mnie zmienić. Po drugie, niespecjalnie wierzę w to, że osoby, które je piszą mają ku temu kompetencje, bo tak naprawdę nie wiemy kto stoi po drugiej stronie tekstu. Czy ich autorzy faktycznie prowadzą idealne życie o którym opowiadają? A może raczej siedzą w wielkim bajzlu, żrą się z partnerem i krzyczą na swoje dzieci zamiast z nimi rozmawiać? Po trzecie, i chyba najważniejsze, jakoś zawsze po lekturze poradnika zapominam te złote porady szybciej niż je przeczytałam.

Nie oznacza to oczywiście, że krytykuję zjawisko poradników jako takich. Ja im po prostu nie ufam do końca 😉 Zresztą lubię czytać motywacyjne teksty w internecie, mam kilka ulubionych blogów o tematyce psychologiczn0-ogarniającej życie. Trafiłam też kilka razy na poradniki wcale przyzwoite i ciekawe. Ale chyba po prostu szkoda mi życia na czytanie książek, które dają mi tylko chwilowe zadowolenie i chwilowe poczucie zmiany, sprawczości. Wolę w tym czasie łyknąć dobrą powieść albo biografię. Albo wywiad rzekę.

Bo najbardziej motywujący są dla mnie inni ludzie. Tacy prawdziwi. Z krwi i kości, którzy swoim życiem i działaniem dają wyraźny sygnał: można więcej, można mocniej, można bardziej. Nie tacy, którzy zapewniają mnie, że jeśli tylko zastosuję dziesięć magicznych zasad, to moje życie zmieni się w krainę szczęśliwością i dobrobytem płynącą. Tylko tacy, którzy biorą się z rzeczywistością za bary i, za przeproszeniem, napierdalają najmocniej jak się da. Którzy robią. Których efekty pracy widać gołym okiem.

(…) nie marnuj czasu, odnoś się do faktów, a nie swoich wizji

Taką osobą jest dla mnie ksiądz Jan Kaczkowski, który sam siebie (chyba słusznie) nazywa onko-celebrytą. Bo jest znany głównie z tego, że ma raka i jest księdzem (celebrować, celebrans). Takiego bardzo złego raka, który raczej na pewno nie daje mu szans na długie życie. Nie jest to zresztą jego pierwsza choroba. Od dzieciństwa ma poważne problemy ze wzrokiem, a przed aktualnym nowotworem cierpiał na raka  nerki. Mimo tych przeciwności, ksiądz Jan się nie poddaje. Zrobił doktorat z bioetyki i ma w tej dziedzinie naprawdę dużo do powiedzenia, prowadzi hospicjum w Pucku, które sam stworzył, regularnie udziela się w mediach i daje swoją postawą przykład wielkiej woli walki. W końcu, udzielił dwóch długich wywiadów, które ukazały się w formie książek: Szału nie ma, jest rakŻycie na pełnej petardzie. Ten drugi tytuł zdecydowanie lepiej oddaje ich treść. Bo rozmów o chorobie jest w nich bardzo niewiele, większość to opowieści księdza Jana o jego życiu, poglądach, rodzinie, hospicjum, bioetyce.

Sam staram się stawiać sobie granice, stale przypominać, że nie znam się na wszystkim, że wszystko co mówię na tematy inne niż hospicjum i moja choroba, to tylko zwykłe impresje, które podlegają krytyce i mogą być kwestionowane.

Z tych książek wyłania się przede wszystkim obraz człowieka, który działa. Obraz człowieka, który żyje pełnią życia, cieszy się nim. Obraz człowieka, który mimo strachu, mimo niepewności prze do przodu. Obraz człowieka, który szanuje innych. Obraz człowieka, który ma własne zdanie i nie boi się go wyrażać. Głośno i wyraźnie. Bardzo mi to wszystko imponuje.

Życie jest takie ciekawe, takie smaczne. Także smaczne dosłownie. Nie ma pan przypadkiem ochoty na wspaniałą, świeżutką polędwicę, z dobrym winem, w cudownym sosie? Lub choćby talerz aromatycznej grochówki?

Dlatego jeśli potrzebujecie kopa motywacyjnego, jeśli tak ja najlepiej Was ładują do działania żywe i prawdziwe przykłady z życia, a nie sucha teoria to ja bardzo, bardzo polecam Wam oba wywiady. Mnie dały one energię na więcej, a przede wszystkim silne przekonanie, że ja też mogę (i muszę) żyć na pełnej petardzie :).

%d bloggers like this: